„Ludzie kochają nas za to, jakie jesteśmy, a nie za to, jakie mogłybyśmy być…”. To słowa Justyny z jej książki. Jak przekładają się na jej związek z Borysem? W 2025 roku Justyna Szyc-Nagłowska i Borys Szyc opowiedzieli nam o historii miłości pisanej przez życie. Pełnej troski i czułości. Patrzenia sobie w oczy, ale i przewracania oczami. Braku zrozumienia i totalnej empatii. Szczery, poruszający, emocjonalny, inspirujący dwugłos. Z okazji urodin uwielbianego aktora, przypominamy wywiad sprzed roku.
WIDEO…
Borys Szyc i Justyna Szyc-Nagłowska o kryzysach. „Z każdego wychodziliśmy silniejsi”
Przewrotnie zapytam: Czego dowiedział się Pan o sobie z opowieści żony?
Borys: Dowiedziałem się z dedykacji, że jestem ważną częścią tej książki, przynajmniej od strony motywacyjnej i wspierającej, co jest dla mnie najcenniejsze. Nie ukrywam, że czasem miałem już dosyć. To był bardzo długi proces. Justyna ma cechę, którą poznałem u mojego dyrektora, Macieja Englerta…
Justyna: (Śmiech). Ależ porównanie…
Borys: …aby dojść do sedna tego, co naprawdę chce, musi najpierw wypowiedzieć to na głos. Nagłowska – na głos. „Pisała” tę książkę przez lata, opowiadając o różnych pomysłach, a ja słuchałem. Byłem też świadkiem jej frustracji – musi wreszcie zacząć, ale nie może, chce, ale się boi, kocha pisać, ale nienawidzi długich form. Mówiłem: „Dasz radę, po prostu usiądź i pisz”, ale ona ma w sobie wielką niepewność. A na drugim biegunie gigantyczną potrzebę udowodnienia światu – i sobie – że choć jest moją żoną, wszystko może zrobić sama. Przy pracy nad tą książką nie chciała ode mnie nic, żadnej pomocy. Zaryzykowała i sama ją wydała, za to jeszcze bardziej ją podziwiam. Ale koszty zdrowotne są wysokie. Jak pani widzi, a raczej słyszy, dzisiaj ledwo mówi. Jeśli więc udało mi się jakoś żonę wesprzeć, to się cieszę.
Piękny panegiryk, ale… uciekł Pan od pytania!
Justyna: Wiem, dlaczego uciekł od tego pytania! Nie doczytał do końca…
Przeczytał Pan rozdział o miłości?
Borys: Jeszcze nie.
Zacytuję Panu fragment: „Jest z kim dzielić radość i smutek. Jest troska i czułość. Jest pożądanie, jest seks. Jest złość i bezradność. Czasem kompletny brak zrozumienia. (…) Jest patrzenie sobie w oczy, a czasem przewracanie oczami. Jest sens. Moim sensem jest mój mąż. Jeden człowiek, a tyle mi już dał w życiu”. Piękne, przyzna Pan!
Borys: No piękne! Dostałem skrypt książki, który przeczytałem do połowy na leżaku w Hiszpanii. Wie pani, jakie to jest uczucie, gdy ktoś, kogo bardzo się kocha, robi coś ważnego, na przykład po raz pierwszy występuje na scenie jak moja córka albo pisze książkę jak moja żona? Bardzo tej osobie kibicujesz, a z drugiej strony boisz się i mocno trzymasz kciuki: Boże, żeby to było dobre! Żebym nie musiał mówić: „Kochanie, no piękna okładka! Miałaś świetny pomysł”…
Justyna: …ślicznie uśmiechasz się na tym zdjęciu (śmiech).
Borys: No więc zacząłem czytać i po paru kartkach poczułem ulgę i radość: O Boże, jak ona dobrze pisze. Jakie ma lekkie pióro, jakie to jest dowcipne, inteligentne i wzruszające. Pamiętasz, że się wzruszyłem?
Justyna: Pamiętam.
Borys: Justyna z powodu swojego ADHD odkłada wszystko na końcóweczkę końcóweczki i kiedy wszyscy są gotowi ją powiesić, siada i wena na nią spływa. To jest niesamowity moment w twórczości.
Justyna: Ekstatyczny. Człowiek wstaje od komputera i czuje, że zadziało się coś bardzo ważnego, choć nie do końca wie co. Pamiętam taki moment na Mazurach. To jest moje miejsce mocy, tam chciałabym się zestarzeć i umrzeć. Wiem, że mój mąż woli ciepłe klimaty, więc na koniec być może będziemy musieli się rozdzielić… (śmiech).
CZYTAJ TEŻ: TYLKO U NAS: Tak mieszkają Magdalena i Mateusz Lisieccy-Waligórscy. Oazę spokoju z uroczym ogródkiem znaleźli na warszawskim Mokotowie

Terapia i trudne rozmowy zmieniły ich małżeństwo. Tak dziś dbają o swoją relację
Pisanie jest formą terapii. Robiąc tę wiwisekcję, dowiedziała się Pani czegoś o sobie?
Justyna: Oooo, wielu rzeczy! Przede wszystkim tego, że jestem fajną osobą. Lubię siebie w tej książce. Dowiedziałam się, że jestem dzielna, bo napisanie tej książki wymagało odwagi. Miałam chwile wątpliwości, czy nie za dużo zdradzam. Ale potem pomyślałam: Co komu do mojej prawdy? Taka jestem. Komuś może nie podobać się moje życie, ale ono jest… moje!
„Sat Nam”. Prawda o mnie.
Justyna: Mam to wytatuowane na ramieniu (Justyna podciąga rękaw swetra – przyp. red.). Wszyscy boimy się osądu innych. Też się bałam, ale już się nie boję – cudowne, że mogę tak powiedzieć – że ludzie będą mówić: „Żona Szyca napisała książkę”, a ja chcę być i jestem autorką. Cały czas buduję siebie. W relacji z tak silnym mężczyzną jest mi trudniej. Nigdy nie proszę o żadną protekcję. Praca nad książką pokazała mi, że jestem wytrwała. Pomimo dużych deficytów uwagi, pomimo stanów lękowych, wstydu, doprowadziłam ją do końca. Dumna jestem z siebie.
Borys: Ja z ciebie również. Justyna ma wiele sprzecznych cech w sobie, jest bardzo lękowa i bardzo odważna. To scrollowanie, z którego tak się śmiałem, było dla niej symboliczne, bo sama nie wierzyła, że ta książka kiedyś powstanie. Widzę w nas podobieństwo. Widzę w tobie artystkę, którą pamiętałem z czasów, gdy po raz pierwszy byliśmy parą. Mieliśmy wtedy po 20 lat. Kochałaś sztukę i teraz, po latach, do niej wróciłaś. Powiedziałaś: „Co komu do mojej prawdy?”. To pokrywa się z moim podejściem do grania, mówię głównie o teatrze. Albo pokazujesz wszystko, całą prawdę, albo nikogo to nie obchodzi. Wywalasz bebechy, odsłaniasz całego siebie – co często bardzo boli – i mówisz: „Oto jestem ja”. Inaczej nie ma sensu uprawiać sztuki. Oczywiście czasami się ukrywamy, ty za formą literacką, ja za maską teatralną, ale baza jest ta sama – chęć opowiedzenia czegoś prawdziwego.
Piękna recenzja.
Justyna: Wzruszyłam się. Aż muszę ci dać całuska… To jest fascynujące, że przy okazji tej książki mogę usłyszeć takie słowa o sobie od ciebie. Teraz mój mąż mnie widzi innymi oczami.
Rozdział „Czas dokonany” zaczyna Pani zdaniem: „W listopadzie 2023 roku przestałam być dzieckiem. W moim sercu powstała ogromna wyrwa. Ogromny ból przeszył moje ciało. (…) Śmierć zawsze przychodzi znienacka. Nie można się na jej wizytę tak naprawdę przygotować. Przychodzi i zabiera nie tylko człowieka, którego kochasz, ale też cząstkę ciebie. Na zawsze”.
Justyna: Wierzę w energię, wierzę w to, że się odradzamy, wierzę w duszę. Kiedy mój tata odszedł, poczułam z nim duchową bliskość, jakiej nigdy wcześniej nie doznałam. To był nasz czas. Mój i taty. Wiem, że nasze dusze jeszcze się spotkają. Od śmierci taty minęło półtora roku. Rozmawiamy z moją mamą o tym, że trzeba żyć. Nie odkładamy marzeń „na stare lata”. Wszystko, czego pragniemy, robimy tu i teraz.
To tato jest autorem zdania, które naznaczyło Pani życie: „Rodzina to jest siła”.
Borys: Lekko z tego dowcipkowaliśmy. Tato Justyny był znany z tego, że każde spotkanie rodzinne rozpoczynał przemową, którą miał przygotowaną. Elegancko ubrany wstawał od stołu i mówił. Zawsze było w tym odniesienie do jakiegoś tematu, jakaś myśl przewodnia, jakiś morał. Bardzo mu zależało, żeby jego wnuczęta, a miał ich sześcioro, odebrały lekcję o wartościach wyższych. I każda przemowa niezmiennie kończyła się zdaniem…
Justyna i Borys jednym głosem: „…bo pamiętajcie, że rodzina to jest siła”.
Justyna: Brakuje mi tego i mam oczekiwania wobec mojego męża. Patrzę na niego z nadzieją, że teraz on będzie tę tradycję kultywował. Ma już na koncie kilka rodzinnych wystąpień.
Pana teść i ojciec reprezentują dwa różne typy ojcostwa?
Borys: Zupełnie. Kiedy zaczynałem być z ojcem blisko, on odszedł. Na pogrzebie w Krakowie powiedziałem, że dziwne są te nasze drogi. Ciągle się rozjeżdżały, a kiedy w końcu zaczęły się coraz mocniej splatać, ojciec zachorował i szybko umarł. Miał 80 lat, mógł jeszcze pożyć. Nie zdążyliśmy o wielu rzeczach porozmawiać. Nie zdążyłem go poznać. Mam w życiu wyrwę, której nie da się zasypać. Kiedy na świecie pojawił się Henio i zacząłem z nim budować własną ojcowską relację, poczułem z potrójną mocą, czego ja nie dostałem. Jak jestem – w jakimś sensie – wybrakowany. Całe dzieciństwo ojciec był dla mnie obcym facetem. Nie potrafiłem wymówić słowa „tato”, bo z niczym mi się nie kojarzyło. Nie wiedziałem, co znaczy. Wstydziłem się. Henio woła cały czas: „Tato, tatusiu!” i ja się rozpływam. Potrafi mnie też wkurzyć. Sprawdza, kto jest silniejszy – on czy ja. Dwa męskie ego (śmiech). Ma świetne poczucie humoru, to ważne. Między innymi na poczuciu humoru zbudowaliśmy z Justyną nasz związek.
Justyna: Jest klonem mojego męża. Widział, jak Borys mnie rozśmiesza, puszczając do mnie oczko, więc siedzi z nami przy tym stole, patrzy na mnie i robi tak (Justyna zabawnie mruga okiem – przyp. red.). A ja reaguję jak pani teraz…

Śmiechem.
Justyna: Potrafi mnie owinąć wokół palca. Moja przyjaciółka powiedziała ładne zdanie: „Henio się wami mieni”. Kiedy Henio mówi: „Tato, tatusiu”, wzruszam się, że mamy wspólne dziecko i jesteśmy rodziną. Z pierwszym mężem się rozstałam, gdy dziewczynki były malutkie. To jest moja wyrwa à propos słowa „tato”. Nie miałam radości przeżywania dzieciństwa córek wspólnie z ich ojcem. Teraz jest kompletnie inaczej. Bardzo często razem odprowadzamy Henia do przedszkola. Potem we dwójkę jedziemy na śniadanie, to nasz ulubiony poranny rytuał.
Borys: Wcześniej zawsze spotykamy się w tej kuchni, zaczynamy dzień od kawy. Lubię to miejsce. Stół, przy którym teraz siedzimy, „słyszał” bardzo dużo historii.
Justyna: Prowadzimy przy nim wszystkie trudne rozmowy. Siadamy naprzeciwko siebie, jak teraz z panią, w dystansie, który nie jest ani duży, ani mały. Pozwala się zatrzymać. Nie można odejść, nie można niczym walnąć.
Borys: Trzeba mówić.
Pani jest mamą Franciszki i Stefanii, Pan – ojcem Soni, oboje jesteście rodzicami Henia. Udało Wam się zbudować fajną patchworkową rodzinę.
Justyna: Udaje nam się. Pracujemy nad tym nieustannie, bo to jest turboskomplikowane. Jesteśmy teraz w bardzo dobrym momencie, bo mamy wszystkie dzieci zaopiekowane. To nam daje poczucie satysfakcji, rodzaj ulgi. Nie można się w tej uldze zagnieździć, bo dzieci potrzebują nieustannej uwagi. Zmieniają się i trzeba cały czas tropić, co u nich, bo świat, w którym żyją, jest nam obcy. Staram się być na bieżąco, ale za TikTokiem już nie nadążam. Cały czas ze sobą rozmawiamy. Przekleństwo i dar naszego domu. Tu wszyscy mówią o swoich emocjach, co czasem bywa trudne do zniesienia, bo jest nas sporo. Dziewczyny przychodzą ze szkoły i chcą mieć nas na wyłączność. Nastolatki żyją w innym rytmie. O godzinie 22 dopiero się rozkręcają, a my po całym dniu spędzonym osobno chcielibyśmy chwilę pobyć sami. Ponieważ to są moje córki, zawsze mówię do Borysa: „Wiem, że to trudne, ale cieszmy się, że chcą z nami rozmawiać. Gdyby się z nami mijały, mielibyśmy prawdziwy problem”. Poza tym nasze dzieci lubią się przytulać.
Sonia też?
Borys: Sonia mniej. Ale „wymuszam” przytulenia. Uczę, że to jest ważne. Moja córka jest Koziorożcem, chowa emocje w sobie, my jesteśmy bardziej wylewni. Studiuje wokal na Akademii Muzycznej w Łodzi i ma swoje pierwsze koncerty. Tydzień temu pojechałem do Łodzi, żeby jej posłuchać. Kiedy odwoziłem Sonię do domu, powiedziała: „Tato, jestem tutaj szczęśliwa, mam tu swoje mieszkanie, swoją szkołę. Jest mi dobrze”. Uffff… O tym mówiła Justyna – wszyscy są zaopiekowani. Nie mamy cierpiącego ogniwa, które czuje niedosyt naszej uwagi czy miłości.
Jest Pan innym ojcem w stosunku do Soni i do Henia?
Borys: Z pewnością. Kiedy urodziła się Sonia, miałem 26 lat, przyznaję, że nie byłem gotowy na ojcostwo.
Justyna: Bardzo się zmieniłeś. Nauczyłeś się być ojcem.
Borys: Teraz moje ojcostwo jest świadome, spokojne. Constans. Od pierwszego dnia budujemy z Heniem naszą relację ojcowsko-synowską. To jest wspólne bycie, trwanie razem. Dwadzieścia lat temu byłem rozdygotanym, nieodpowiedzialnym, pełnym szalonych pomysłów na życie kawalerem. Sonia mieszkała z mamą, ale cały czas mieliśmy bliski kontakt. Przeżyliśmy mnóstwo pięknych chwil. Od zawsze łączyło nas porozumienie artystyczne, „sprzedałem” córce moje zainteresowania sztuką, muzyką, ale… Rozstanie rodziców jest cholernie trudne dla każdego dziecka, bez względu na wiek. Tym bardziej jestem dumny z Soni, że pomimo tego, co jej zafundowałem w dzieciństwie, jest fantastyczną młodą kobietą, która wie, co chce robić w życiu. Od jakiegoś czasu rozmawiamy ze sobą jak dorośli, bardzo to lubię.
W rozdziale „O miłości bez końca” notuje Pani: „Dużo rozmawiamy. Rozmawianie jest ważne. Mój mąż się pięknie tego nauczył. Czasem to on mówi więcej niż ja. (…) Wciąż unowocześniamy naszą komunikację. Czasem zdarzy nam się fatalnie cofnąć, wykonać kilka fałszywych ruchów, wypowiedzieć zdania, które ranią zbyt mocno, ale wtedy oboje czujemy zgrzyt – przecież to już nie o nas… I staramy się wracać na właściwe tory”. Mieliście moment, kiedy baliście się, że się Wam nie uda?
Justyna: Przeżyliśmy wiele kryzysów – i pewnie sporo przed nami – ale z każdego wychodziliśmy silniejsi. Przestaliśmy się bać. Cały czas uczymy się siebie nawzajem. Kiedy nie udaje nam się czegoś wyjaśnić w rozmowie, piszemy do siebie, tak jest prościej. Pisanie pozwala zachować chłodny osąd. Nie mamy cichych dni. Potrafimy się przepraszać i nie znosimy napięcia, które kłótnia generuje. Oboje szybko wypieramy z pamięci złe rzeczy. Żartuję, że co kilka miesięcy nasza relacja musi pójść do czyśćca.

Oboje nie ukrywacie, że terapia bardzo Wam pomogła. Niedawno usłyszałam zdanie: „Terapia ma nas naprawić i oddać światu”.
Borys: Bardzo ładnie powiedziana prawda. Nasze deficyty odbierają nas światu. Sami sobie ograniczamy bliskość z drugim człowiekiem, radość przeżywania. Na terapii dowiedziałem się, kim jestem i w jakim miejscu. Wcześniej robiłem wszystko, żeby od siebie uciec. Terapia to niekończąca się praca nad sobą. Wychodzenie ze strefy komfortu, żeby coś rozgrzebać, poczuć na nowo, oswoić, ponazywać emocje, spojrzeć na swoje życie w inny sposób.
Justyna: Dla mnie rzeczy ponazywane są oswojone. Oswojone – nie straszą. W książce piszę: „Spokojnie mogę powiedzieć, że terapia uratowała mi życie, i myślę, że nadal ratuje moje dni, moje małżeństwo, moje macierzyństwo, moje ja”. Kiedy jestem w słabej formie, zawsze proszę o pomoc psychoterapeutę, psychiatrę, specjalistę. Zrobiłam z tego narzędzie dbania o zdrowie, traktuję jak wizytę u dentysty czy ginekologa. Warto robić co jakiś czas przegląd techniczny…
…własnej duszy.
Borys: Terapia trwa, ponieważ my się cały czas zmieniamy. Rozwijamy, ale czasem zwijamy. Różnie bywa. Nagle robisz trzy kroki w tył i mówisz: „Kurde, przecież ja już tu nie chciałem być”. No, ale jestem! Trzeba znowu wykonać pracę z sobą, żeby pójść krok do przodu.
Justyna: Jesteśmy z mężem świetnymi teoretykami, z praktyką bywa gorzej. Potrafimy rozpoznać nasze emocje, nazwać je, ale one nadal nami rządzą. Nie jesteśmy oazami spokoju niczym niezmącone jeziora na mazurskiej ziemi.
Borys: Szkwał idzie często…
Justyna: Oj, idzie, ale staramy się nad emocjami pracować. Każde z nas ma swoje metody i sposoby.
Jakie dopalacze są dozwolone?
Justyna: Miłość.
Borys: Sport. Tenis. Na dole stworzyłem własną siłownię, wstaję o szóstej i trenuję.
Justyna: Kiedy nie budzimy się razem, zawsze wysyłamy sobie zdjęcia o poranku. Jeśli mojego męża nie ma w łóżku, pierwsza rzecz, którą widzę w telefonie, to jego zdjęcie z miejsca, w którym przebywa. Kilka dni temu wysłał mi filmik: „Misiaczki, zapraszam Was na siłownię”. Ubraliśmy się z Heniem na sportowo i o godzinie ósmej zeszliśmy do niego na trening.
Borys: Byłem z nich bardzo dumny.
Justyna: Mój mąż ma bzika na punkcie sportu, a ja muszę się wyciszać. Nie potrzebuję dopalaczy, raczej uziemiacze. Muszę się rozchorować – jak teraz – żeby się zatrzymać. Wczoraj była niedziela, Borys zrobił sobie z Heniem męski dzień, ja zostałam w domu. Pamiętasz, co ci napisałam? „Kochanie, chyba jestem bardzo chora, bo nawet nie posadziłam kwiatów”. To był znak, że naprawdę jest źle, bo uwielbiam zajmować się ogrodem. Kosić trawę, przycinać kwiaty, sadzić rośliny, wyrywać chwasty. To mój relaks. Poza tym praca w ogrodzie od razu daje efekt i pozwala napawać się satysfakcją.

Podobnie jak książka, która leży obok nas, na stole. Piękny przedmiot, w którym ukryte jest życie.
Borys: Za to podziwiam moją żonę, że najmniejszy element tej książki: wygląd, wycięcie okładki, każde zdjęcie, ilustracja, czcionka, wszystko jest dopieszczone.
Justyna: W tej książce nie ma kompromisów. Chciałam, żeby była piękna. Wzruszam się, kiedy sobie wyobrażam, że za kilkadziesiąt lat ktoś będzie sprzątał mieszkanie po swoich zmarłych rodzicach, weźmie tę książkę do ręki, spojrzy, pomyśli: Zostawić, wyrzucić, co z tym zrobić? I może przekartkuje, zatrzyma się, przeczyta coś o mnie, choć mnie już dawno nie będzie.
Borys: Albo, wzruszony, odkryje notatki swojej mamy pozostawione pod każdym rozdziałem.
Justyna: To jest bezcenne, aż mam dreszcze.
Rozmawiała: Beata Nowicka.





























