Spotykamy się w Uzdrowisku Ustroń w Beskidach, gdzie Stan Borys przebywa od miesiąca na rehabilitacji po udarze. Zarząd uzdrowiska wyciągnął pomocną dłoń do artysty i zafundował mu miesięczny pobyt. Było to szczególnie ważne, bo poprzedni kilkumiesięczny pobyt w innym ośrodku rehabilitacyjnym był bardzo kosztowny. Trzy miesiące przywracania Stana do sprawności pochłonęły ponad 40 000 złotych. Stan Borys mógł się rehabilitować dzięki pomocy przyjaciół, uzyskaniu środków z koncertów i zbiórek. Chwała im za to, bo wiadomo przecież, że jak artysta nie pracuje, nie zarabia.
WIDEO…
Najpierw rozmawiam ze Stanem w jego pokoju hotelowym, podczas gdy jego partnerka Ania Maleady zajmuje się sprawami związanymi z pobytem rehabilitacyjnym oraz wyjazdem do Warszawy po kilku miesiącach leczenia w Beskidach – wróci za godzinę. A potem musi zabrać się za pakowanie bagaży przed wyjazdem, ale może to dobrze, bo mam okazję rozmawiać ze Stanem Borysem w cztery oczy. Jest otwarty, prawie nie słychać w jego mowie śladów choroby. A Anna twierdzi, że nie ona w tym wywiadzie jest ważna. Jest konkretna i bardzo skupiona na Stanie i jego leczeniu. Tak, jakby życie zaczęło się dopiero wtedy, kiedy go poznała. Było to 11 lat temu i odtąd trwa przy nim z pełnym poświęceniem.
W 2019 roku Stan Borys opowiadał o rehabilitacji po udarze
Człowiek myśli, że jest nieśmiertelny, dopóki go nie dopadnie choroba…
Stan: Cały czas byłem zdrowy, co najwyżej dopadało mnie jakieś przeziębienie. A tu zdarzyło się coś takiego, co może człowieka wyłączyć na wiele lat. Mam jednak nadzieję, że wrócę do zdrowia. Mój lekarz neurolog twierdzi, że potrwa to jeszcze rok, oczywiście pod warunkiem, że cały czas będę się rehabilitował.
To są trudne ćwiczenia.
Stan: Dla mnie nie bardzo, bo ja w ogóle żyłem aktywnie, nie pozwalałem swojemu ciału na dłuższy odpoczynek. Często grałem w tenisa i w golfa, ćwiczyłem jogę. Trudność polega na tym, że należy nauczyć się sprawności na nowo, mając wciąż niedowłady, a likwidowanie ich nie jest łatwe. Wymaga to dużo cierpliwości, czasu i intensywnej pracy.

Z Anią poznaliście się przy tenisie.
Anna: To było na Florydzie na turnieju tenisowym dla Polonii. Sport zawsze mnie fascynował, co ciekawe, nie znałam wtedy Stana jako piosenkarza. Wydał mi się bardzo interesującym mężczyzną. Zauważyłam, że ma ciekawą osobowość i urok. W dodatku zabiegał o moją uwagę, adorował mnie. Czy to przypadek, że się spotkaliśmy?
Stan: Nie ma przypadków. Mieliśmy się spotkać i już. A ja też szukałem adoracji. Umiałem więc ją okazywać…
Anna: Po turnieju posłuchałam twoich piosenek i wtedy mnie olśniło, że przecież je znam. „Anna”, „Spacer dziką plażą” i „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” to piosenki, których słuchałam z rodzicami jako mała dziewczynka. Zdałam sobie sprawę, że „To »ten« Stan Borys”, którego uwielbiały miliony słuchaczy, i nagle zniknął z polskiej sceny muzycznej. Nie wiedziałam, że od tamtego czasu mieszkał w Ameryce.
Stan: Ania to moje wielkie szczęście. Rozbawiło mnie, że kiedy spotkałem ją w 2009 w Port St. Lucie, nie wiedziała, kim jestem. Dopiero gdy zadzwoniła do mamy, ona powiedziała: „Jak możesz nie znać Stana Borysa i jego piosenek?”. Może dlatego zaprosiłem ją wtedy na mój koncert w Arizonie. A potem w Czerwone Góry Sedony. I to była nasza pierwsza randka, medytacje i początek miłości.
Znałeś tyle kobiet, przeszedłeś przez trzy małżeństwa. Co takiego jest w Ani, że właśnie ona została Twoją życiową partnerką i tak już pewnie zostanie.
Stan: Przede wszystkim mamy wspólne myśli i ufamy sobie bardzo. Przecież na miłość nie ma lekarstwa (śmiech). Znalazłem w naszym związku szacunek, spokój, zrozumienie, a to zasługa Ani. Biorąc pod uwagę moje doświadczenia, przeszłość, nikt nie wierzył, że mogę być z jakąś kobietą dłużej niż w poprzednich związkach i stworzyć z nią taki, w którym oboje będziemy szczęśliwi. Ci, którzy mnie dobrze znają i wiedzą, że mam skomplikowany charakter, mówią o Ani, że jest aniołem i musi być bardzo inteligentna, skoro sobie ze mną radzi. Ja też tak często myślę, bo wiem, jak trudno mnie zrozumieć.
Ania jest Twoją menedżerką i opiekunką?
Stan: Teraz to ona prowadzi wszystkie moje sprawy zawodowe i szpitalne. Ludzie chętnie zaczynają z nią współpracę. Czasem już po jednym telefonie zapraszają mnie w Ameryce na koncert. Dzięki kreatywności Ani mogłem realizować bardzo różne pomysły i projekty. Jednym z najważniejszych jest program, w który angażowaliśmy polską młodzież w USA do poznania i recytowania wierszy Cypriana Kamila Norwida, które ja później śpiewałem. Było to szczególnie ważne, zwłaszcza w tych środowiskach, w których młodzież zapomina język polski albo zna go bardzo słabo.
Masz poczucie misji i duszę poety?
Stan: Misyjność? Coś w tym jest. Sam zresztą wydałem dwa tomiki wierszy. A Norwida znałem od 17. roku życia, nie wiedząc, że kiedykolwiek będę go śpiewał.
Wróćmy do niedawnej przeszłości. Jak to właściwie było? Nie wiedziałeś, że choroba się zbliża?
Stan: Nie miałem żadnych objawów udaru. Byłem tak bardzo zajęty przed wyjazdem, że nie zwracałem uwagi na swoje zdrowie. Planowałem za parę dni wylecieć do Stanów w trasę koncertową, którą zorganizowała Ania. Nagrywałem chyba przez dziewięć godzin audycję dla Radia dla Ciebie w Warszawie, a potem miałem jeszcze jedno nagranie. Byłem bardzo zmęczony po tym maratonie i, zamiast odpoczywać, następnego dnia pojechałem zagrać w tenisa z przyjaciółmi. Dopiero na korcie jeden z kolegów zauważył, że zaczepiam lewą nogą. Przyjaciele postanowili odwieźć mnie do domu. Tam zacząłem się pakować, straciłem równowagę i upadłem. Byłem zły, że nie mogę się podnieść. Zadzwoniłem do przyjaciela lekarza, doktora Sławomira Macieja Gostkowskiego, który zna mnie i mój organizm. Powiedział, że mam udar. Rozpoznał to po niewyraźnej wymowie. Kazał natychmiast zadzwonić po kogoś, abym nie był sam, i po karetkę. Ratownicy, chociaż stwierdzili, że nie mam objawów neurologicznych, jednak pod wpływem lekarza, z którym łączyłem się telefonicznie, zawieźli mnie do Szpitala Bielańskiego.

Natychmiast zawiadomiłeś Anię?
Stan: Nie, zabroniłem do niej dzwonić. Nie chciałem, żeby się zmartwiła. Na szczęście koledzy mnie nie posłuchali.
Anna: Kiedy się dowiedziałam, zarezerwowałam bilet do Polski, odwołałam wszystkie koncerty w Ameryce i Kanadzie, które przygotowałam, i przyleciałam do Stana. Gdy zobaczyłam, że jest sparaliżowany – miał porażoną lewą stronę, nie chodził, prawie nie mówił – przeraziłam się.
Bałaś się, że umrze?
Anna: Tak, bardzo się tego bałam.
Stan: Ja nie myślałem o śmierci, nie przywoływałem jej, bolało mnie tylko, że zadałem Ani tyle trudu i że ona musi to ze mną przeżywać. Ale poczułem, że to wielkie szczęście, że jest już przy mnie, że daje mi tyle czułości i jest bardzo opiekuńcza. Że ją mam tak blisko… Dawała mi poczucie bezpieczeństwa i daje mi je do dziś. Żałowałem jedynie, że nie będę mógł uczcić naszej okrąglej rocznicy tam, gdzie zrodziła się miłość między nami. Gdy przyleciała Ania, płakałem ze szczęścia.
Anna: A ja myślałam, że płaczesz z innego powodu.
Stan: Ludzie tak uparci jak ja nie płaczą, kiedy ich coś boli. Ja zwyciężam ból bólem albo się z nim zaprzyjaźniam, albo go zwalczam.
Anna: Myślę jednak, że też się bałeś, a ja wtedy postanowiłam, że zrobię co w mojej mocy, żeby cię uratować i doprowadzić do odzyskania zdrowia. Dlatego jeździłam codziennie do szpitala, będąc cały czas w napięciu, że może się zdarzyć coś złego, nieprzewidywalnego. Troska o ciebie i niepewność towarzyszą mi właściwie do dzisiaj.
Stan: Teraz już wiem, jak życie jest kruche. Ale wtedy, na szczęście, nie słyszałem twojej rozmowy z ordynatorem o tym, jak byłem blisko śmierci. Mózg się broni przed takimi informacjami, a ja jestem naprawdę uparty i bardzo chcę żyć.
Gdybyś nie wyjechał do Ameryki w 1975 roku i nie został tam 30 lat, to nie poznałbyś Anny, którą teraz nazywasz swoją wielką miłością. I która opiekuje się Tobą najczulej, jak umie.
Stan: Masz rację, w życiu jedno zdarzenie wypływa z poprzedniego. A kiedy po 30 latach przyjechałem do Polski, poczułem, że tu jest moje miejsce, i wymyśliłem nawet taki koncert pod tytułem „Jaskółki wracają do gniazd” razem z grupą muzyczną Imię jego czterdzieści i cztery. Od 2004 roku praktycznie mieszkam w Polsce.

Tak ukochana wspierała Stana Borysa
Ale Norwid jest nadal bardzo ważny w Twoim życiu…
Stan: A wiesz, że moją zachwianą mowę ćwiczyłem, mówiąc na głos wiersze Norwida? Recytowałem je od trzeciego dnia choroby. Głośno przez kilka minut. Najczęściej „Fortepian Chopina”, który w moim wykonaniu trwa siedem minut. I zaczęła wracać do mnie mowa i czucie w lewym policzku.
Anna: Kiedy Stan był unieruchomiony, kiedy jeszcze prawie nie mówił, kiedy woziłam go na wózku, myślał o poezji, powtarzał sobie w pamięci wiersze. Myślę, że ta poezja wpłynęła na jego wolę życia i postępy w opanowaniu skutków udaru.
Stan: Ale i ty, Aniu, wpłynęłaś na to, bo nie mogłem pogodzić się, że się nie poruszam samodzielnie i wozisz mnie wszędzie na wózku inwalidzkim. Codzienne wożenie mnie na spacery potęgowało moją wiarę w to, że niedługo wstanę z wózka i zacznę chodzić sam. Ta wiara i to, że jesteś przy mnie, wyzwalała we mnie chęć życia. To cudowne uczucie miłości i wsparcia dawało mi siłę. Ruch jest przeciwieństwem śmierci i dlatego tak ważny jest dla zdrowia. A moje myśli, o których mówisz… Zamykałem się w sobie, pomiędzy chorobą a sztuką, bo denerwował mnie świat zewnętrzny. Nie chciałem z nikim się spotykać, bo szybko się męczyłem i nie mogłem rozmawiać.
Anna: Twoi przyjaciele to rozumieli. Są bardzo szlachetni. To wtedy Fundacja Lex Nostra, artyści i Polskie Radio zorganizowali koncert, by uzbierać fundusze na twoją rehabilitację. Następny koncert odbył się w sierpniu, zorganizował go Marcin Daniec wraz z przyjaciółmi – artystami z turniejów tenisowych w Bielsku-Białej.
Ale podobno chciałeś oddać te pieniądze ze zbiórki. Zdenerwował Cię hejt bezmyślnych ludzi?
Stan: W ogóle nie zgadzałem się na zbieranie pieniędzy na moje leczenie. Zrobiono to po cichu za moimi
plecami, za co dziś jestem bardzo wdzięczny tym, którzy okazali się wtedy moimi przyjaciółmi. Dopiero po czasie wiem, że bez tych środków leczenie byłoby niemożliwe. Z jednej zbiorki rzeczywiście pieniądze oddałem na leczenie żony muzyka. Bo w tamtym momencie jej były potrzebne jeszcze bardziej niż mnie. A nienawiść w internecie wiem, że była, ale Ania izolowała mnie od tych informacji.
Anna: Nigdy w życiu nie przeżyłam tylu przykrości co podczas choroby Stana. Przecież on sam tej zbiórki nie wymyślił, ludzie chcieli bardzo pomóc. To oni ją zaproponowali, a potem dołączyła lawina nienawiści, stymulowana interesami innych osób. Stan chory i bezbronny leżał w szpitalnym łóżku. To jest jak kopać leżącego, bo on nie mógł się bronić. Niektórzy perfidnie wykorzystali jego chorobę. Uprzedzano mnie, że tak będzie. Ale ja nie wierzyłam, bo nie mieściło mi się w głowie, że ludzie potrafią posunąć się tak daleko, jednocześnie promując na przykład takie akcje, jak „Stop Nienawiści”.
Stan: Ale gdyby nie ty i przyjaciele, i moi wierni fani, nie wyszedłbym z choroby tak szybko. Gdyby nie wiara w ciebie i twoja wiara we mnie.
Bo Ania naprawdę Cię kocha.
Anna: Nie umiem opowiadać o miłości i nie chcę słowami nazywać tego, co jest między nami. O uczuciu do kogoś, o bliskości świadczą czyny, a nie deklaracje, jak to często się dzieje, a potem cała ta wielka miłość czy przyjaźń ulatnia się w powietrzu i już nic po niej nie zostaje. Nigdy bym nie zostawiła kogoś, kto jest mi tak bliski, chociaż wiem, że niektórzy bez żadnych skrupułów nie chcieliby znosić trudów czyjejś choroby. Byli i tacy, którzy zawiedli i nas bardzo rozczarowali, bo jak się później okazało, nie byli przyjaciółmi. Ale objawili się nowi, którym zależy na zdrowiu Stana.

I żeby wrócił do śpiewania. W młodości uwielbiałam Stana i jego śpiew, ale przez te lata, kiedy go nie było, zapomniałam o nim. A teraz ponownie się Twoimi piosenkami zachwycam i myślę: Jak ja mogłam o Tobie zapomnieć?
Stan: Nie gniewam się, inni też zapomnieli, przecież nie było mnie tu przez 30 lat, a gdy wróciłem, to nie śpiewałem tanich rock and rolli ani rapu, który teraz w Polsce dominuje. Za to pamiętam o Chopinie, patrząc na wierzby płaczące, przypominam sobie jego piękne preludia.
Który moment był najtrudniejszy w ciągu Waszych 10 lat? Nie mówię tu o udarze.
Stan: Nie było takiego momentu, mimo że jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Nigdy między nami nie było czegoś, co mogłoby wpłynąć na osłabienie naszych więzi czy na zawahanie.
Ale to nie jest łatwa miłość. O 30 lat młodsza kobieta…
Anna: Różnica wieku naprawdę nie jest ważna. Ważna jest bliskość i przyjaźń, którą zbudowaliśmy. Zaufałam Stanowi i się nie pomyliłam.
Stan: Powierzyłaś mi nawet Julkę, ukochaną shih tzu, gdy leciałem do Polski, a ty musiałaś jeszcze zostać w Ameryce.
Anna: To rzeczywiście był dowód mojego wielkiego zaufania (śmiech).
Wasze relacje teraz, kiedy Anna nie opuściła Cię w tak trudnych chwilach, zapewne bardzo się pogłębiły?
Stan: Ludzie w szpitalach opowiadali mi, jak pozostali sami, na wózkach, i płakali, bo ktoś ich zostawił. Zostali tylko na łasce rehabilitanta. Na ile znałem Anię, wiedziałem, że ona mnie nie opuści. Nie zdajemy sobie sprawy, że może będziemy potrzebować czyjejś pomocy, dotyku, przytulania. Że ktoś weźmie cię pod pachę i przeprowadzi na drugą stronę trudnej ulicy. A tak przecież może się zdarzyć w każdej chwili. Ania mnie nigdy nie zawiodła.

Jednak dużo śpiewałeś o samotności?
Stan: Mylisz się, to nie była moja samotność, tylko tych, dla których śpiewałem, gdy miałem program radiowy w Chicago. Oni mi opowiadali o tym, jak czują się samotni.
Anna: Stan nie miał czasu na samotność, zawsze miał piosenki i sport, i wiele innych zajęć.
A kobiety?
Stan: Zawsze były, zwłaszcza gdy schodziłem ze sceny. Ale ja się z takim życie rozwiodłem, bo mi nie odpowiadało. Kiedy spotkałem Anię, nie interesowały mnie już inne kobiety. Mówię o Ani, że to „najdłuższa” kobieta w moim życiu. To dlatego, że wcześniej nie udało mi się spotkać żadnej, z którą mógłbym stworzyć taki związek i na wiele lat.
Anna: A miłość i przyjaźń powinny przejść próby, bo dzięki temu można zadecydować, czy ludzie zostają razem, czy nie. Świadomość, że możemy kogoś stracić, i nasze odczucia w tym momencie dają odpowiedź na wiele pytań. Wielokrotnie bałam się o Stana, o to, że może nie przeżyć po udarze, i modliłam się o niego. Taki był słaby. Widziałam też, że jest o krok od załamania, ale ja musiałam być silna jak żołnierz, pocieszać go, przekonywać, że udar się cofa i wszystko wróci do normy.
Stan: No i widzisz? Widziałaś, jak schodziłem dzisiaj ze schodów, nie czepiając się poręczy? Już nawet równowagę dobrze trzymam. Moi rehabilitanci są ze mnie bardzo zadowoleni. Dlatego chodzę regularnie na te ćwiczenia, masaże i spotkania z psychoneurologiem.
Twoja Anna przeszła już do historii muzyki. Tyle Twoich piosenek powstało dla niej.
Stan: I choćby ta „A on szukał burzy”:
Z powodu miłości serce szaleje
Z powodu miłości oczy pełne łez
Z powodu miłości po twarzy się leje
Z powodu miłości do ciebie mój śpiew
Z powodu miłości wilki wyją nocą
Z powodu miłości kolorowe sny
Z powodu miłości odurzony w lesie
Z powodu miłości zakwitają bzy
A on szukał burzy, jakby w burzy spokój był...
W burzy nie ma spokoju. Powiedziałaś mi, że byłaś na Stana zła o tę chorobę.
Anna: Tak, bo zaniedbał siebie. Jak wyjeżdżałam do Ameryki, bardzo go prosiłam, żeby się nie przemęczał i dbał o siebie. A on przez dziewięć godzin nagrywał audycję, nic nie jadł i nie pił. Gdybym była, nie pozwoliłabym mu, aby tak się wyczerpał. Nie wszystko i nie za wszelką cenę, ale Stan taki jest obowiązkowy i oddany dla innych. I dotrzymuje słowa.
Kim teraz Stan jest dla Ciebie? Jak jego choroba Was zmieniła?
Anna: Stan jest upartym mężczyzną, z którym trzeba sobie poradzić. Z powodu choroby nie stał się ani trochę bardziej uległy. Nie ma nudy, zawsze wymyśli coś takiego, że adrenalina pójdzie do góry. W tej chorobie potwierdziła się nasza silna więź, oddanie… I miłość.
Stan: Twoja adrenalina wzrośnie, gdy posłuchasz „Rozmowy lirycznej” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którą mam zamiar nagrać.
Anna: O, to coś nowego…
Stan: Nie mówię wszystkiego. Dobrze mieć jakąś tajemnicę.
Anna: Ale ja i tak zawsze wiem, co ty myślisz i co cię denerwuje.
Stan: Może dlatego między nami nie było nigdy cichych dni. Nikogo nie udajemy, nie prowadzimy gry. A ty jesteś dobrym człowiekiem i lubisz pomagać. Teraz już wiem, jak bardzo. Trzeba pamiętać, że życie jest kruche, szanujmy je.
Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Może o naszym związku zacznie się pisać wreszcie w innym kontekście”. Magdalena Cielecka zdradza kulisy pracy na planie z życiowym partnerem



























