„Może gdybym wiedziała, co mnie czeka, nie chciałabym tego przejść”. Przypominamy ostatni wywiad z Korą dla VIVY!
Kora. Wybitna artystka, która od samego początku elektryzowała publiczność, dzisiaj skończyłaby 75 lat. Na swoim koncie miała wiele hitów, które nieustannie nucą kolejne pokolenia. Wciąż trudno pogodzić się z faktem, że nie ma jej wśród nas. I choć już nigdy się do nas nie uśmiechnie, nie opowie magicznych historii, ani nie zaśpiewa, to w naszych sercach pozostają cudowne wywiady, nagrania i piękne fotografie. W rocznicę urodzin wokalistki przypominamy archiwalne zdjęcia oraz wywiad z 2016 roku. Piosenkarka wraz z ukochanym - Kamilem Sipowiczem opowiadała między innymi o życiu na Roztoczu. To właśnie tam odnaleźli swój azyl i ukojenie.

Archiwum VIVY!. Kora i Kamil Sipowicz w wywiadzie z 2016 roku. Koty, psy, alpaki i oni. W magicznym miejscu na końcu świata znaleźli spokój i klimat do tego, by znów tworzyć i budować swoją miłość. Kora wracała wówczas do zdrowia i malowała. Kamil pisał książki i załatwiał codzienne sprawy. O swoim życiu na Roztoczu po raz pierwszy opowiedzieli Beacie Nowickiej.
Kora i Kamil Sipowicz na Roztoczu. Dlaczego zamienili miasto na odludzie?
Na trzeciej stronie swojej książki „Ramona, Mila, Bobo i pięćdziesiąt sześć innych zwierząt” pisze Pan: „Żyjemy w odludnym miejscu, na zboczu góry Szczob, blisko lasu. Żadna oficjalna droga do nas nie prowadzi. Gdyby ktoś chciał do nas dojechać z pomocą GPS-u, będzie błądził godzinami. Aż w końcu zakopie się w śniegu lub błocie. Zrezygnowany i pokonany będzie czekał na jakiś traktor, którego kierowca (…) wyciągnie go z tarapatów”. Ja byłam sprytniejsza…
Kamil: (śmiech). I rozsądnie porzuciła pani samochód na polance, dwa kilometry od domu… Mówiłem, żeby do mnie z drogi zadzwonić.
Wszyscy mnie ostrzegali, że Kora z Kamilem mieszkają na końcu świata. Ja mam wrażenie, że w raju.
Kora: (śmiech). Ludzie pytają mnie często: „No, jak to? Nie brak ci tego wszystkiego, co zostawiłaś za sobą? Ludzi, kipiącego życiem miasta…? A ja mam wrażenie, że mając dostęp do internetu, filmów, książek i ogromnej ilości czasu na twórczość, czuję się tutaj tak, jakbym była jednocześnie w Nowym Jorku, Paryżu, Rzymie. Wszystkich miastach, które kocham, łącznie z Warszawą i Krakowem, które też kocham. Tęsknię, ale z kolei przyciąganie tego miejsca jest silniejsze niż ta tęsknota. Jeśli nie muszę, do miasta nie jeżdżę. Żadnego. Czasami tylko do Zamościa, to jest teraz nasza stolica.
Kamil: To miejsce ma magnetyczne przyciąganie i pewien paradoks polega na tym, że głównie wiedzieli o tym Niemcy w czasie II wojny światowej. Himmler zaczął wysiedlenie Polaków, ponieważ ziemie na Roztoczu, Zamojszczyźnie przeznaczył w prezencie dla swoich najlepszych oprawców. Miał zainteresowania ezoteryczne i wiedział, że jest tu bardzo dobre promieniowanie do życia, przyroda, nasłonecznienie. Zamość nazwano Himmlerstadt, tu miało być centrum Europy niemieckiej. Kora się tu wspaniale czuje, bo do Lwowa, skąd pochodzi jej rodzina, o rzut beretem.
„Kot nie marnuje ani sekundy swojego kociego życia. Tak samo pies. Żadne zwierzę tego nie robi. Robi to tylko człowiek. Tylko on nie czuje cudu istnienia”. Ja czuję tu ten cud istnienia.
Kora: Bo tu jest jasna energia. Ten dom budzi się bardzo wcześnie… Lepiej, żeby Kamil opowiedział, bo jak ja powiem, nikt nie uwierzy.
Kamil: Przez długi czas Kora wstawała o godzinie czwartej. Byłem tym trochę przerażony. Nasz dom ma kształt litery L. Nowa część to przeniesiona ze wsi Bliżów stara stodoła przerobiona na dom, a stara część to wyremontowana tutejsza chałupa z oborą, gdzie zachował się zapiecek, na którym wiejskie babcie kiedyś się wygrzewały. Od kiedy Kora przeniosła się ze swojej sypialni na piętrze do starej chałupy w przyziemiu, śpi do siódmej (śmiech).
Kora: Dziś obudziłam się o piątej, bo tutaj rytm życia jest też związany z pogodą. Zresztą jak nie wstanę rano, to brakuje mi tych godzin. Ogarniam dom, zwierzęta, gaszę światła wokół domu, krzątam się wokół siebie, co zajmuje mi dużo czasu. Wszystko toczy się wolno. Żaden pośpiech nie jest wskazany. Bardzo lubię mieć ten czas dla siebie, bo jak Kamil śpi, to jakby dzieci w domu spały, panuje cudowna cisza. Kiedy wstaje, dom zaczyna inaczej energetyzować, przygotowuje śniadanie, robi to, tamto, siamto… Dnia za mało, żeby ogarnąć cały ten świat, który tutaj mamy.
Powiedziała Pani, że na Roztoczu ma Pani dużo czasu na twórczość.
Kora: Maluję, robię różne rzeczy manualne, lubię to bardzo. To jest dla mnie ogromne nowe wyzwanie. Od wczoraj czytam książkę Kamila de facto po raz pierwszy, bo wcześniej tylko ją przerzucałam. Przygotowuję się do nagrania tej książki, więc muszę ją najpierw linearnie poznać, przeczytać kilka razy na głos… Zależy mi, żeby nagranie świetnie wypadło, zaczynam nad tym pracować.
Podoba się Pani książka?
Kora: Mój mąż użył w niej takich słów, że ja podejrzewam, że on mnie w ogóle nie kocha (śmiech). To są cudowne sformułowania z języka poetyckiego, filozoficznego, bo Kamil świetnie się w tych obszarach porusza. Kamil jest człowiekiem bardzo naturalnym, a jednocześnie bardzo wykształconym. Ma serce po właściwej stronie, dzięki temu nie ma między nami konfliktów, choć… gdyby mógł, pozwoliłby, żeby wszystkie psy mieszkały z nami w domu, a jest to o tyle trudne, że one są czasami nieprawdopodobnie brudne, o czym nie wiedzą. Utaplane w błocie na drodze, która w deszczu jest nieprzejezdna dla samochodów.
Tak, pamiętam ten fragment, bardzo dowcipny, i wyobrażam sobie ten błotny pancerz na ich sierści leżący w pościeli.
Kamil: Kora po raz pierwszy czyta tę książkę w sposób linearny i chyba odkrywa tam…



„To miejsce ma magnetyczne przyciąganie”. Jak wyglądało życie Kory na końcu świata?
…że jej Pan nie kocha???
Kamil: (śmiech) …bo takich słów jak w książce nie używam wobec żony.
Kora: Pisze na przykład, że niezbadane są komnaty umysłu i dotyczy to kota Bobo. Natomiast, że niezbadane są komnaty mojego umysłu, to ja czegoś takiego nie usłyszałam przez 40 lat naszego wspólnego życia. No to chyba można być zazdrosnym? Ale jakie piękne słowa są w tej książce użyte! Tak się śmiałam, że łzy zalały mi oczy i nie mogłam czytać. Ale imię Bobo nie jest od kota bohatera serii angielskich książek. Mam o to wielką pretensję, ale wyprostujesz to w następnej książce, powiesz, że się pomyliłeś. To ja byłam nazywana Bobo jako malutkie dziecko. Ludzie pochylali się nade mną w wózeczku: „Jakie śliczne bobo, takie czarne bobo”, i mama tak na mnie mówiła.
Kamil: Ale pisarz nie odtwarza wszystkiego tak, jak było, tylko trochę też kombinuje i konfabuluje. To książka dość nietypowa, pojawiają się różne historyjki, trochę niby-dziennik. Czasami są to lapidaria. To daje oddech. Wychodzę od szczegółu do obserwacji, czasami coś dodam.
Kora: Wiem. W każdym razie chciałabym, żeby książka była dobrze przeczytana. A mam problem z utrzymaniem głosu, bo nie śpiewam.
W ogóle?
Kora: Drę się. Trzeba się drzeć, wtedy polepsza się inteligencja. Oczywiście nie jeden na drugiego, ale w niebo. Dużo darłam się tutaj z rozpaczy, ale nie nad sobą. W naszym świecie zwierzęcym mamy różne dramaty, o tym będzie kolejna książka. Tu dzieje się na okrągło, buzują niesamowite emocje.
Czy Pani wyobraża sobie, że tu przeniesie całe swoje życie?
Kora: Ja już je przeniosłam. Przewieźliśmy ostatnio na Roztocze najważniejsze książki. Resztę przeniesiemy wkrótce. Przeprowadzamy się w samej Warszawie z jednego punktu do drugiego, ponieważ musimy wynająć dom, żeby mieć pieniądze na mój lek Olaparib. Zabezpieczamy się. Uspokaja mnie świadomość, że mam lekarstwo na parę miesięcy. Kiedy jakiś czas temu była zwłoka w aptece, musiałam czekać, zastanawiać się: zdobędę je czy nie zdobędę, byłam nieprawdopodobnie rozdygotana, choć w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że z tego powodu. Wpadłam w depresję, przestałam jeść. Wszystko widziałam w czarnych kolorach po raz pierwszy, odkąd choruję. W tym lekarstwie jest coś pozaracjonalnego. Nie wiemy do końca, czym ono jest. Jego działanie polega na blokowaniu aktywności nowotworu. Ono jest jednocześnie jak hostia. Jak ktoś wierzy w hostię, doskonale rozumie, jakie to lekarstwo ma dla mnie znaczenie. Ono mi ratuje życie. Tak jak wcześniej ta cudowna operacja, którą zrobiła mi profesor Beata Śpiewankiewicz. Bardzo chciałabym, żeby to zostało zaznaczone w tym tekście, bo jak patrzę z perspektywy czasu na drogę, jaką przeszłam, wydaje mi się, że to, co profesor zrobiła dla mnie było niezwykłe.
Kamil: Proszę też napisać, że ja przepraszam panią profesor za to, że byłem nieznośnym członkiem rodziny.
Dlaczego Kamil przeprasza?
Kora: Dlatego, że chyba dopiero teraz jesteśmy w stanie zrozumieć i docenić to, co dla mnie zrobiła przy tych skomplikowanych stosunkach i zależnościach, jakie panują w polskich szpitalach za sprawą Narodowego Funduszu Zdrowia. Uważam, że człowiek powinien mieć świadomość, kto na drodze jego leczenia zrobił coś dobrze, a kto źle. Przecież ja żyję! Małgosia Braunek nie żyje. Cudowna aktorka Ania Przybylska również nie żyje. Kiedy pomyślę, że ta choroba zmogła tak młodziutką osobę, aż dostaję dreszczy.
CZYTAJ TEŻ: W dzieciństwie przeszła przez piekło. Te wydarzenia mogły złamać Korę, ale ona do końca kochała życie


Roztocze jako lekarstwo. Kora szczerze o chorobie, zdrowiu i codziennym odzyskiwaniu sił
Andrzej Żuławski wybrał inną drogę, nie chciał w ogóle się leczyć.
Kora: Szkoda, bo to niezwykły reżyser, artysta, diamentowa postać. Gdyby spróbował, być może jemu by się udało? Ale to jest ciężkie leczenie. Może gdybym wiedziała na początku tej drogi, co mnie czeka, nie chciałabym tego przejść? Tego nie wiem. Gdyby człowiek wiedział, co mu życie przyniesie, być może w ogóle nie chciałby żyć. Być może „uratowała” mnie totalna nieświadomość, fakt, że wiadomość o chorobie spadła na mnie nagle, że natychmiast byłam operowana. To wszystko działo się w sekundach, a ja byłam jak ogłuszona. I trwało to bardzo długo.
Co dla Pana było najtrudniejsze w tamtych chwilach? Bezradność? Pewnego rodzaju bezużyteczność?
Kamil: Byłem tak blisko tego, co się działo, że nie miałem czasu na zastanawianie się nad tym, co jest najgorsze, co czuję, na użalanie się nad sobą. Musiałem działać, pokonywać różnego rodzaju absurdy i opór naszego systemu opieki zdrowotnej. To totalnie wyczerpywało moją energię.
Kora: Kamil był zajęty od rana do nocy. Bo w nocy też podejmowało się różne dramatyczne decyzje. Był taki okres, że Kamil cały czas, non stop, dzwonił po lekarzach, szpitalach…
Kamil: Gdyby operacja, notabene mistrzowsko przeprowadzona przez doktora Pukaluka w Zamościu, spóźniła się 10 minut, Kora mogłaby nie żyć. Wtedy człowiek nad niczym innym niż to, co dzieje się tu i teraz, się nie zastanawia. I całe szczęście, że nie musi o tym myśleć. Tylko ja byłem od początku święcie przekonany, że Kora z tego wyjdzie. Nawet bardzo bliskie osoby bały się, że tak nie będzie. Ja miałem jakąś intuicję, że musimy stoczyć walkę, ale ona dobrze się skończy. Ani razu nie pomyślałem, że może być inaczej.
Kora: Teraz leczy mnie też Roztocze. Dla miejscowych często to jest niepojęte, że ktoś nie chce blichtru wielkiego świata, do którego oni wszyscy tęsknią, zmierzają. Ludzie z naszej okolicy często mają wykształcone dzieci, które nie chcą tu wrócić. Pewnie nas też by tu nie było, gdyby nie sytuacja, która jest, jaka jest. Jednak dokonałam pewnego wyboru. Mogłabym dochodzić do zdrowia w Warszawie i wrócić do pracy koncertowej, bo o to głównie chodzi. Ale nie wiadomo, czy byłabym w stanie udźwignąć taki wysiłek. Może byłby skazany na straty? Ja żyję z pewnym wyrokiem. Zrobię próby, poświęcę temu pół roku, wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, po czym nagle okaże się, że mój stan się pogorszył, muszę wziąć chemię i co wtedy?
Myśli Pani o tym czasami?
Kora: Oczywiście, że myślę. I racjonalnie do tego podchodzę. A z drugiej strony wiem, dlaczego dokonałam takiego wyboru. Przede wszystkim znajduję ukojenie w sztuce, a po drugie, magia tego miejsca jest niezwykła. Po raz pierwszy w życiu odebrałam dobrze zimę. Zawsze marzyłam o tym, że kiedyś obudzę się i zima przestanie istnieć. Tu jest mikroklimat, jakby ciągle było święto natury. Cały czas jest krystalicznie czysto. Dlatego wyostrzył mi się tu apetyt. Wielu rzeczy, które kiedyś jadłam, nie jem. Wszystko, co ma w sobie chemiczną truciznę, wyczuwam natychmiast. Jak jaszczurka wysuwam jęzor i wiem, czego nie tykać (śmiech).
Kamil: Ja jestem mniej wrażliwy. Zjem wszystko.
Kiedy ludzie żyją ze sobą ponad 40 lat, zakochanie, namiętność, seks… trochę się wypala, co wtedy zostaje istotnego?
Kora: Najbardziej liczy się człowiek. Czyjaś osoba jest bezcenna. Kiedyś wydawało mi się, że można sobie taką osobę wymienić…
Kamil: …na inny, nowszy model.
Kora: A teraz sobie tego nie wyobrażam. Owszem, w złości mówi się różne rzeczy, ale Kamil stał się dla mnie osobą bezcenną. Po tylu latach potrafi mnie rozśmieszyć, jak na przykład tą książką. Zakochałam się w tej książce i dzięki niej znowu zakochałam się w Kamilu. Kamil przez moją chorobę popadł w twórczy marazm, który odczuwaliśmy oboje bardzo boleśnie. Ja byłam zajęta domem, jak to kobieta. Kobieta w domu zawsze znajdzie sobie pasjonujące zajęcie. Im więcej się ruszałam, tym lepiej się czułam. I tak jest do dziś. Kamil jest inaczej skonstruowany przede wszystkim dlatego, że jest mężczyzną. A wiemy, że mężczyźni to słaba płeć. W pewnym momencie atmosfera w domu była bardzo ciężka, bo ja wiedziałam, że to jest coś, czego bardzo mu brak. Jakoś to trzeba było odblokować. Teraz cały czas każę mu całować się po rękach. Dzięki komu napisałeś tę książkę?
Kamil: (całując Korę w rękę) Dzięki tobie, kochanie.
Kora: Pchałam go do czegokolwiek. A wie pani dlaczego? Bo doskonale wiem, jaki ma język, jak potrafi pisać. Zazwyczaj pisze hermetyczne książki: „Heidegger: degeneracja i nieautentyczność”, „Encyklopedia polskiej psychodelii”. Trzeba naprawdę pochylić się i mieć dużo wiedzy, żeby je zrozumieć, ale Kamil jako dziennikarz i eseista pokazał fantastyczny styl. Mało jest takich osób, które mając głębokie, akademickie wykształcenie – Magda Środa też taka jest – potrafią tę ogromną wiedzę cudownie przemycić dla „normalnego” czytelnika. Ta książka trafia i do pani, i do mnie, ale też do dzieci. Te przeskoki skojarzeń, ta logika, rytm…
Ależ żona Pana chwali. Jest dumna!
Kamil: Ja się bardzo cieszę (śmiech). Kora bardzo pięknie mówi o mojej książce, ale od razu każdy powie, że to jest subiektywne. Ale mam też opinie od ludzi, z których zdaniem zawsze bardzo się liczyłem. W napięciu czekałem na opinię Jerzego Jarniewicza, krytyka, fantastycznego tłumacza, poety. Dostałem cudownego maila od pani Olgi Tokarczuk. Czytam w tej chwili jej „Księgi Jakubowe”.
Frida przysłuchuje się naszej rozmowie. Ramonka leży obok, Mila mnie obwąchała i poszła popatrzeć na alpaki. Pewnie lepiej pachną. Wokół hektary lasów, łąki, pola… Oboje zapełniacie sobą całą tę przestrzeń, zastanawiam się, czy potrzebujecie tu kogoś innego?
Kora: Pytanie dobre. Ale mamy gości i chcemy ich: rodzinę, przyjaciół, znajomych. Czasami jest tu taki sznur samochodów, jakbyśmy byli w jakiejś ambasadzie roztoczańskiej (śmiech). Samochody przyjeżdżają z całego świata. Ostatnio wpadła do nas Kasia Maimone, jedna z najbardziej cenionych kostiumologów na świecie. Właśnie robi drugi film ze Stevenem Spielbergiem. Kiedy pracowali nad „Mostem szpiegów”, wpadała na Roztocze prosto z Berlina. Teraz przyjechała specjalnie dla mnie na jeden wieczór, tak się kochamy. Cudowna osoba. Niedawno pracowała przy filmie z Johnnym Deppem. Kasia od lat nosi na szyi takie złote blaszki, jakie mają żołnierze idący na wojnę. Ma tam świętego Krzysztofa, świętą Katarzynę, swoje dzieci. Depp przyuważył, że ona przywiązuje do tego szczególne znaczenie, i do kompletu podarował jej złotą kulkę. Widać, że naprawdę zastanawiał się, co jej sprawi przyjemność. No, czyż nie można faceta jeszcze bardziej pokochać, niż się go kocha?
Można. Na przykład za książkę.
Kora: Książka Kamila jest kolejnym przełomem w naszym życiu.
Kamil: Chciałem powiedzieć, że Kora mówiła: „Napisz, napisz”, a ja nigdy w życiu nie wierzyłem, że mogę pisać prozę, bo pisałem wiersze i książki, powiedzmy, antropologiczne czy filozoficzne. Napisać prozę, mając 63 lata, to jest skok na głęboką wodę. Ale coś się takiego zjawiło, jakby duch święty na mnie spłynął, jakaś bardzo dobra energia, która mówi: usiądź i napisz. No to usiadłem i napisałem w ciągu dwóch tygodni, tu, w naszym starym domu. Kora za ścianą malowała. To był przypadek. Ona malowała nasze zwierzęta, ja zacząłem pisać o zwierzętach. To nie są ilustracje do książki, tylko równoległe działanie.
Kora: Ja to robię już od dwóch lat, tych obrazów jest coraz więcej i więcej. Widziała pani moje świnki?
Nie.
Kora: To zapraszam do środka. Kamilku, teraz pokażę pani obrazy. (Wchodzimy do ogromnego, przepięknego salonu połączonego z kuchnią. Obok lodówki wisi obraz Kory). Oto „Apoteoza świnki”. Kamil na nią patrzy, żeby nie jeść kiełbasy. A to jest świnka z małymi…
Kamil: Kora musi coś robić bez przerwy. Maluje, sprząta, gotuje, zajmuje się ogródkiem. Jest bardzo pracowita.
Kora: Albo czytam. Przez cały czas choroby bardzo mało czytałam i odczuwałam to jako ogromny brak. Teraz dużo czytam i sprawia mi to wielką przyjemność.

„Powietrze u nas podobno można jeść łyżkami. Ola nie lubi, gdy używam tego zwrotu. Ostatnio po powrocie ze stolicy zgodziła się ze mną. Wzięliśmy łyżki i jedliśmy powietrze. Jod i olejki eteryczne. Buki, sosny, jodły, świerki, wielkie brzozy”. Czujecie tu Państwo upływ czasu?
Kora: Nie. W ogóle. Tu czas stoi.
Kamil: W pozytywnym sensie. Taki powrót do dzieciństwa, do wakacji. Szczególnie teraz, lipiec to jest najpiękniejszy miesiąc.
Kora: Włożyliśmy tu mnóstwo pracy. Nawet miejscowi ludzie, których nie ma tu kilka dni, wpadają i dostrzegają różnicę. Pojawia się zupełnie inny obraz natury, niż był. Człowiek czuje się, jakby przechodził z jednego obrazu w drugi, a każdy jest niezwykle kolorowy: powoje, chabry, przeróżne odcienie czerwieni, wędrowniczki, dziwne osty (szczeć), jakby przeniesione tu prosto z Meksyku. Czyste, zachwycające piękno.
Kamil: Pod przywództwem Kory została tu całkowicie uporządkowana przyroda, przestrzeń. Na jej polecenie oczyszczono las brzozowy, las sosnowy, który już niemal umierał, a w tym roku odżywa.
Kora: Kamilek też ma swoje funkcje: zbiera śmieci…
Kamil: (śmiech) …interweniuję, jak znajdę dzikie wysypisko, walczę z gminą, jeżdżę na zakupy. Wczoraj byłem w Krasnobrodzie, największym najbliższym miasteczku, a podstawowe rzeczy kupiłem w Szewni Dolnej, to jest nasza wieś… Ludzie tu są bardzo mili, serdeczni, spokojni.
Kora: Oprócz tego kosi trawę, załatwia wszystkie sprawy formalnoprawne, pisze, rozśmiesza mnie…
Kamil: Koszę traktorkiem, a jest tu co kosić. Zbieram łajno alpak, bo to jest bardzo cenny nawóz, drogi nawet w Londynie. Nie pachnie brzydko, idealny na kompost. Wieczorem podlewam pomidory. Kora jest kierownikiem budowy. Dzięki niej ten dom został zbudowany w takim stanie, w jakim jest, mamy wspaniały ogród, pola, łąki, lasy… całą przestrzeń. Kiedyś wokół było takie typowo polskie bezhołowie: brud, błoto, syf.
Kora: Na wsi szalenie ważnym urządzeniem jest pompa, ponieważ zużywamy bardzo dużo wody. Wczoraj była jakaś awaria studni, przyjechał do nas nasz studniarz z ekipą. Stoimy nad tą studnią i on mówi do mnie w pewnym momencie, że ostatnio dyskutował ze swoim proboszczem na temat Trójcy Świętej i stwierdził, że Trójca Święta to nie jest ta, którą przedstawia Kościół katolicki. Trójcą Świętą jest woda. „Woda?”, pyta się na to proboszcz. „Tak, woda”. „Jak to woda?”. A on odpowiada tak: „Bo tylko woda ma trzy stany: stały, ciekły i lotny”. Na co ja następnego dnia odkryłam czwarty stan skupienia. Wczesny poranek, piąta godzina, idę do naszego warzywniaka, Słońce i wiatr. Bardzo ciepło, ale przez to, że jest wcześnie i wilgotno, od ziemi unoszą się opary. Ja idę, a naprzeciw mnie idzie czwarta, boska postać wody – duch wilgotny. I ten duch wilgotny owiał mnie, ja się natychmiast wyprostowałam – bo właśnie z tym mam problem – nagle urosłam o parę centymetrów i, jak Jezus Chrystus, szłam po wodzie.
Kamil: Tu człowiek wszystko czuje: powietrze, wiatr, stare dębowe dechy, wsłuchuje się w liście. Kiedyś czytałem o tym, na czym polegały wróżby w starożytnej Grecji. Na przykład był święty dąb, pod nim siedziała stara wróżbiarka, ktoś zadawał jej pytanie, ona wsłuchiwała się w święte drzewo i udzielała odpowiedzi. Co zrobiło chrześcijaństwo, kiedy zwyciężyło? Ścięło dąb. Też zaczynam wsłuchiwać się w drzewa. Jesteśmy tacy trochę neopoganie, bo wsłuchujemy się w pierwotne żywioły, które, jak sama nazwa wskazuje, żyją. Physis, greckie słowo, z którego powstała cała filozofia i fizyka, odnosi się do rozwoju, dojrzewania roślin, zwierząt. Physis – rodzenie się i rośnięcie, kwintesencja naszego istnienia. Jeżeli można sobie w naszej Polsce ufundować taki prywatny raj, jaki my tu mamy, to jest cudowne. Polska takich rajów ma więcej: Bieszczady, Góry Słonne, Suwalszczyzna i cały południowy, także mistyczny Zachód.
W tym raju chętnie chodzicie na wycieczki. Oto jak opisał Pan obowiązującą na nich hierarchię: „Wśród zwierząt stado prowadzi Mila. Ona jest zawsze przewodnikiem. Za nią Pikuś, a na końcu Ramona. Ludzkiemu stadu przewodzi Ola. Za nią Krakers i ja”. Krakers to sąsiad.
Kora: (śmiech). Stado naszych alpak prowadzi Amy.
Kamil: To nowy nabytek. Przybyły do nas 6 lutego, na rocznicę naszego związku. Prezent. 6 lutego 1975 roku nastąpiło poznanie trzeciego stopnia, wybuch gejzeru (śmiech).
Kora: Pewnego dnia odwiedziła nas nasza sąsiadka Iwonka, również bohaterka książki. Ponieważ ona lubi marzyć, mówi tak: „Ach, ach, wiesz, o czym marzę? Tak bym chciała mieć alpaki”. „Alpaki?”, ja na to. Ponieważ mamy kilka hektarów ogrodzonych łąk i sadów, Kamil od razu zajrzał do internetu, znalazł renomowaną hodowlę na Podlasiu, zadzwonił, ja przejęłam telefon, porozmawiałam z panem. To był piątek. W sobotę po południu przyjechał z Podlasia, pokonał 300 kilometrów, przywiózł siedem alpak do wyboru, wypuściliśmy je wszystkie, chodziły tu sobie radośnie, a my wybraliśmy trzy: czarną Amy, brązową z białą twarzą Gagę i najmniejszą koloru ecru – Lilly. Teraz wszędzie stawiamy płoty, bo alpaki są strasznie ciekawskie i zjadły cały ogród (śmiech).
Kamil: Na razie dopełniają krajobraz. Jest z nimi zupełnie inny kontakt niż z psami czy kotami. One się nam przyglądają, a my im. Jeszcze nie chcą, żeby je głaskać. Dzikuski z bardzo dużego stada. Powoli się oswajają. Lubią, jak chodzimy na spacery, widać, że jest to zwierzę stadne. Orbitują, chodzą, gdzie chcą, mamy tu kilka ogrodzonych hektarów.
Pani ulubiony fragment z książki?
Kora: „Gdy oglądamy razem jakiś film, to trzy koty leżą na Oli, pośrodku łóżka Ramona, a Mila na podłodze, między poręczą schodów a ramą łóżka. Rusz się zatem, człowieku, aby ta misterna konstrukcja ludzko-zwierzęca się nie rozpadła. Chciałoby się zejść na dół po coś słodkiego albo po zimne czeskie piwo z lodówki. Ale nie ruszamy się, bo to przecież wielki zaszczyt być tak zwierzęco obłożonym”. Często leżymy tak obok siebie, struchlali, żeby tylko zwierzętom nie zrobić przykrości. W końcu ja dostaję białej gorączki, że tak nie może być (śmiech). Ale zawsze mija dużo czasu. Wtedy podnosimy się każde z osobna (Bobo, Kuki, Rudzik, Ramona), delikatnie jak monstrancję, z wielkimi przeprosinami, że naruszyliśmy ich błogi spokój.
Kto częściej wyjeżdża z raju do Warszawy?
Kamil: Ja. I za każdym razem, jak tam jadę na trzy–cztery dni, a ostatnio byłem tylko jeden dzień, to jak tutaj wróciłem, wydawało mi się, że byłem w Warszawie tydzień albo dwa. Tak radykalna jest różnica rzeczywistości. W mieście rzeczywistość jest zagęszczona, tym bardziej że jak jadę na krótko, muszę wiele rzeczy pozałatwiać. To świadczy całkowicie o względności czasu. Tu biegnie inaczej niż tam. Nie wiem, czym jest czas, ale na pewno nie jest tworzywem jednorodnym. Jeśli w ogóle istnieje, ale to już jest inna kwestia.
Lepiej się Pan czuje w tym czasie tu czy w tym czasie tam?
Kamil: Jedno i drugie jest interesujące. Nie chciałbym być skazany na jedno miejsce. Ale na szczęście cywilizacja pozwala nam żyć i tu, i tam. Mamy autostrady, komunikację, internet, służbę zdrowia w całym kraju, która nie jest doskonała, ale można się na niej oprzeć i przeżyć dzięki niej. Wszędzie są apteki, lekarze, szpitale. W naszym wypadku to jest szalenie ważne. Jest też pogotowie, które już raz jadąc do nas, zabłądziło, ale teraz wiedzą, jak dojechać. Odpukać. Podróżowanie pomiędzy tymi dwoma światami jest inspirujące. Ale myślę, że tu jest po prostu wspaniałe życie.
O czym Pan marzy tu, na tym pięknym odludziu?
Kamil: Marzenia oczywiście odnoszą się do Kory. Marzę o tym, żeby była zdrowa i żeby choroba nie wróciła. Ta choroba ma symboliczną nazwę i wolałbym, żeby w tym wypadku się powstrzymała. Mam też drugie marzenie, żeby książka znalazła czytelników. Nie jest to absolutnie marzenie finansowe. Po prostu kiedy autor ma czytelników, jest szczęśliwy.
Rozmawiała Beata Nowicka.
