W dzieciństwie przeszła przez piekło. Te wydarzenia mogły złamać Korę, ale ona do końca kochała życie
„Jestem zachłanna życia”, pisała. Kochała życie, choć to nie była łatwa miłość. Artystka, poetka, hippiska. Ikona. Do końca wierna sobie i swoim zasadom. Kora. Drugiej takiej nie będzie. Dziś świętowałaby urodziny.

- Katarzyna Sielicka
Choć wyrok – rak jajników w najcięższym stadium – usłyszała pięć lat wcześniej, jej śmierć była bolesnym zaskoczeniem. Nie tylko dla fanów Maanamu. W sobotni ranek 28 lipca 2018 roku bliscy poinformowali, że odeszła, i wtedy ruszyła lawina wspomnień. Teledyski, cytaty z wywiadów, zdjęcia, a przede wszystkim piosenki uświadomiły wielu ludziom, jak ważna była dla nich dziewczyna, która w 1980 roku wyśpiewała w Opolu swój pierwszy wielki hit – „Boskie Buenos” z taką pasją, że… pękły jej spodnie. A potem została ikoną kilku następnych pokoleń.
„Kora. Byłaś u nas w domu niemal codziennie od czterdziestu lat. I chcę Ci powiedzieć, że Twój koncert dla nas nigdy się nie skończy”, napisał na Twitterze Donald Tusk. „Odejście Kory dla wielu ludzi mojego pokolenia, w tym dla mnie, oznacza symboliczny koniec jakiejś epoki. Wychowaliśmy się na Maanamie, zwłaszcza w Krakowie. To były nasze pierwsze tańce, pierwsze miłości. Szanowna Pani Olgo, dziękujemy. Pamiętamy!”, pisał prezydent Andrzej Duda. „Co ją różniło od innych ludzi? Wszystko”, uważa wieloletnia przyjaciółka Kory – Hanna Bakuła. „Poza tym, że miała dwie ręce, dwie nogi, głowę i tak dalej, w niczym nie przypominała nikogo. Była absolutnym unikatem. Doskonała w swojej urodzie, osobowości. Kiedy do mnie przychodziła, zawsze ją malowałam. Bo szkoda mi było czasu”.
Przychodzę do was z półświata
„Marek Jackowski, mój świętej pamięci pierwszy mąż, gdy spadaliśmy z prowadzenia na listach przebojów, miał do mnie pretensje, że nie jestem dziewczyną z sąsiedztwa. Bo wtedy bylibyśmy – według niego – bardziej popularni. No nie jestem dziewczyną z sąsiedztwa. Pani zza ściany ma całkiem inne problemy niż ja. Sztuka i polityka nie polegają na tym, aby szukać najniższego wspólnego mianownika”, mówiła Kora rok temu w wywiadzie dla „Newsweeka”.
Była inna. Powiedzieć, że miała trudne dzieciństwo, to nic nie powiedzieć. „Przeszłam w życiu przez takie sytuacje, w których ludzie się degenerują. A ja przebrnęłam przez to bagno otaczające mnie z różnych stron w zasadzie nietknięta. W sensie psychicznym i fizycznym”, napisała artystka w swojej autobiografii „Podwójna linia życia”.
Urodziła się jako Olga Aleksandra Ostrowska 8 czerwca 1951 roku w Krakowie jako najmłodsze, piąte dziecko nauczycielki Emilii Siarkiewicz i Marcina Ostrowskiego. Oboje pochodzili z Kresów. Ojciec Olgi przed wojną był komendantem policji w Buczaczu. Cudem przeżył wejście wojsk radzieckich i przeprowadzoną przez NKWD eksterminację tamtejszej inteligencji. Jego pierwsza żona i dwie córki zostały wywiezione na Sybir. Żony już nigdy nie zobaczył. Pochodził z rodziny bogatych posiadaczy ziemskich i nie umiał poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Rodzina Ostrowskich zamieszkała w pralni, w jednym pokoiku z kuchnią w suterenie krakowskiej kamienicy. Jak wspominała Kora w swojej spisanej przez Kamila Sipowicza biografii „Podwójna linia życia”, ojciec zawsze uważał, że cały ten komunizm to sytuacja przejściowa i wkrótce odzyska swój majątek w Buczaczu. „Jako mała dziewczynka żyłam w wielkiej nędzy”, wspominała.

Gdy Olga miała cztery lata, jej matka zapadła na gruźlicę. Ojciec nie był w stanie zająć się piątką dzieci i dziewczynka wraz ze starszą o siedem lat siostrą Anią trafiła do prowadzonego przez siostry prezentki domu dziecka Caritasu w Jordanowie, gdzie spędziły pięć koszmarnych lat.
„Dzieci były bite różańcami, ciągnięte za uszy. Ja miałam zupełnie naderwane. Tak nas karano, żeby zmniejszyć poczucie własnej wartości”. Rodzeństwo rozdzielono, Oldze nie wolno było spotykać się z Anią. Uciekała w świat wyobraźni i książek. Czytała już jako pięciolatka, w co zakonnice najpierw nie mogły uwierzyć, a potem wykorzystały dziecięcą miłość do książek jako kolejną okazję do wymierzania kar. Za czytanie w nocy Olga otrzymywała zakaz korzystania z biblioteki. Karano ją za moczenie się w nocy, co znerwicowanej dziewczynce zdarzało się często. Musiała wstawać w nocy i prać zmoczone prześcieradła. Potem stała z rozpostartą płachtą i czekała, aż wyschnie. „Byłyśmy w ciągłym napięciu, zawsze niespokojne. (…) Człowiekowi wydaje się, że jest niewidziany, niedostrzegany, nikt go nie kocha, nikt nie chce. Ogromna potrzeba czułości zostaje potem na całe życie”.
Po latach w piosence „Zabawa w chowanego” wyzna też, że była mol*stowana przez księdza. „Ksiądz zaprosił mnie na swoje winogrona. Całkiem możliwe, że nie mnie jedyną”, opowiadała w rozmowie z dziennikarzem tygodnika „Wprost”. „Był starym śmierdzącym człowiekiem, który wpychał mi jęzor do ust i gmerał mi w majtkach. Miałam 10 może 11 lat”. Później w liceum w Krakowie dowiedziała się, że niedaleko siostry prezentki prowadzą szkołę, i przez chwilę planowała zemstę. Szybko porzuciła ten zamiar. Pomyślała, że w życiu tych zakonnic też wydarzyło się coś złego. „Musiały być nieszczęśliwe, dlatego były takie okrutne”. Czy wybaczyła? A czy można wybaczyć tyle zła? Nigdy nie pozbyła się niechęci do kleru. Krótko po jej odejściu do mediów przedostała się wiadomość, że przed śmiercią przyjęła ostatnie namaszczenie. Szybko zdementował to Kamil Sipowicz i przyjaciółka Kory, obecna przy niej do ostatnich chwil profesor Magdalena Środa. „Mało było spraw równie jej obcych jak religia katolicka z jej »urzędnikami«, sztywnymi rytuałami, coraz większą hipokryzją i zbrodniami ped*filii”, uważa Magdalena Środa. „Moja żona do końca była wierna religii słońca, wiatru i kwiatów. Nie przyjęła ostatniego namaszczenia”, napisał na Facebooku Kamil Sipowicz.

Gdy Olga wraca z domu dziecka, jej ojciec umiera nagle na zawał. To właśnie ona znajduje go martwego w łóżku któregoś poranka. W nienaturalnej pozycji, z grymasem bólu na twarzy. Próbuje go dobudzić, oblewa wodą, ale jest już za późno. Po śmierci ojca matka ledwo radzi sobie z utrzymaniem rodziny. Chwyta się różnych zajęć – szyje lalki. Kora wspominała potem, że najbardziej marzyła o „prawdziwej”, plastikowej lalce, nie szmacianej. „[Mama – przyp. red.] bardzo mnie kochała, wyróżniała, uważała, że jestem mądra”, pisała Kora w „Podwójnej linii życia”. To matka ma największy wpływ na dorastającą dziewczynkę. Sama doskonale wykształcona, kochająca książki, bardzo dba o edukację córek. Chodzą do teatru, opery. Sąsiadki zauważają, że zdarza się, że Ostrowscy nie mają co jeść, ale na bilet do kina dla Oli pieniądze znajdą się zawsze. Emilia uczy córkę dbania o siebie, pielęgnowania urody, choć w suterenie nie ma podstawowych wygód, jest zimna woda, a mycie odbywa się w misce. „Dbała o higienę, także intymną, pamiętam, że parzyła zioła”, pisze po latach Kora. „Miała ogromny gust. Nauczyła mnie, że jeżeli mnie nie stać na rzecz dobrej jakości, to lepiej nie kupować nic. Kupuje się rzeczy, które mają jakość i długo służą”. Kora bierze sobie do serca nauki mamy. Nigdy nie pokazuje się publicznie niestarannie ubrana czy „niezrobiona”. „Przyzwyczaiłam ludzi do tego, że jestem ładna, zgrabna, że czas się dla mnie zatrzymał”, powiedziała w 2011 roku w rozmowie z Ireną Morawską w „Wysokich Obcasach”. „Nie jestem społecznicą, która może sobie pozwolić na byle wygląd. Jestem kimś między Madonną a Tiną Turner”.
Także wykształcenie i obycie, które wyniosła z domu, będą procentowały przez całe życie Kory. „Z całą mocą podkreślała swój inteligencki i intelektualny status”, pisze o artystce dziennikarz muzyczny „Rzeczpospolitej” Jacek Cieślak. „Wychowała się na mitach greckich opisanych przez Parandowskiego – stąd jej pseudonim artystyczny. Grecka Kora, a w Rzymie Persefona, przedstawiana była jako groźna, zasiadająca u boku męża Hadesa władczyni podziemi (…). I była groźna, stanowcza. Potrafiła zmiażdżyć choćby spojrzeniem”. „Maanam pracował na najwyższych obrotach, nie tylko podczas koncertów, tam trzeba było być cały czas bardzo aktywnym, podczas rozmów, balang, wszędzie. O ile muzyczne dzieciaki lubiły pogadać o głupotach, w Maanamie łeb musiał pracować bardziej”, wspomina krakowska basistka Małgorzata „Tekla” Tekiel. Kiedy w 1994 roku Kora śpiewa wiersz Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy się nie zdarza”, Wojciech Młynarski żartuje: „Może zmieni pseudonim na Kora Mózgowa?”.
Z wychowaniem synów Emilia radziła sobie gorzej. W domu pojawia się alko*ol, zdarzają się awantury. „Dręczyli nas i siebie. Byli potworami. Nienawidziłam ich”, powie o nich siostra. Najstarszemu, Andrzejowi, życzy, żeby wpadł pod tramwaj. Uważała, że przepili swój wielki potencjał. Dwaj z nich umierają z powodu choroby alko*olowej. „Nie piję alko*olu. Nigdy”, deklaruje Kora w swojej biografii.
Bardzo brakowało jej przestrzeni życiowej, własnego kąta. Uciekała z domu, kiedy tylko mogła. Wiele miesięcy spędziła w szpitalu, gdzie leczyła gruźlicę oczu. Potem trafiła do internatu. „Tak naprawdę nigdy nie było tego domu. Jeśli już tam wchodziłam, to starałam się go upiększyć, co zostało mi do dzisiaj – z każdej dziury, z każdego gówna, z każdego sracza w pięć minut robię coś przyjemnego”.
Zdolności plastyczne dziedziczy po mamie. Wiele lat później zacznie malować obrazy i figury Madonny. W jej wymarzonym domu na Roztoczu obrazy wiszą nawet w pomieszczeniach dla alpak.
Sprawdź też: Ten numer Maanamu rozgrzewał PRL. Mało kto wie, że tytuł hitu lat 80. skrywa pikantny sekret

Tysiące twarzy, setki miraży
„Jako dziecko chciałam umrzeć milion razy, zasypiając, wyobrażałam sobie, że się już nie obudzę. Moja próba samobójcza to absolutna klasyka wśród młodych, którzy nie mają swojego miejsca w świecie i są bardzo wrażliwi. Tak to dzisiaj widzę”, powiedziała w jednym z wywiadów dla VIVY!. Miała kilka lat, gdy wzięła wszystkie tabletki, jakie znalazła w domu, i „popiła” śniegiem z podwórka. Kilkanaście – gdy podcięła sobie żyły w łazience. Była już wtedy hippiską – jedną z pierwszych w Polsce.
Pierwsze nark**yki zażywa na jakiejś łączce pod Zakopanem. Jej związek z substancjami odurzającymi trwa jakiś czas. Palą przywożony z zagranicy haszysz i marihuanę, „kleją się”, czyli wąchają środek do wywabiania plam („największe świństwo na świecie”, pisze Kora), biorą sprzedawany bez recepty jugosłowiański lek na odchudzanie – ferm*trazynę, odpowiednik amf*taminy. Włóczą się po „chatach” – mieszkaniach, gdzie akurat jest impreza. Seks? Najlepiej, kiedy jest z miłości. „Byłam niewinną dziewczyną, aż pewnego razu w deszczu objawiło się mnie i chłopakowi o pseudonimie »Pies« [Ryszard Terlecki – obecnie wicemarszałek Sejmu z ramienia PiS], że się bardzo kochamy. Tak bardzo się wtedy zakochałam, że straciłam swoją osobowość. Pochodził z inteligenckiego domu, był przystojny, wysoki. Bardzo dobrze się ubierał. Przebywanie w jego towarzystwie było nobilitacją”. W wydanej w 2011 roku książce „Kora, Kora. A planety szaleją” opisuje, że gdy był już politykiem, spotkała go na ulicy. „Był bardzo miły”.
Kora dużo jeździ po Polsce z „Psem” i najlepszą przyjaciółką Galią. Któregoś dnia wpadają na pomysł, żeby wymyślić sobie pseudonimy. To wtedy Olga zostaje Korą. Słuchają muzyki, biorą dużo ferm*trazyny. Kora ma długie ciemne włosy, jest bardzo szczupła, ale „ferma” wyraźnie jej nie służy. Dziewczyna ma tysiące pomysłów na różne projekty. Żadnego nie realizuje. Rozstaje się z „Psem”. „Bardzo mnie dręczył. Nasz związek miał taki trochę sadomasochistyczny charakter. Stwierdziłam, że należy to zakończyć. Zdradzilam go na jego oczach”.
Wspomina, że zanim to się stało, potrafili przez tydzień siedzieć w domu, słuchać muzyki, malować i pisać. Wszystko na haju. Była w depresji. Miała dość. „Popełniłam samobójstwo na wzór sceny z czeskiego filmu »Pociągi pod specjalnym nadzorem« (…). Złamałam żyletki na pół i wsadziłam w szpary takiego solidnego taborecika. Po kolei prawym i lewym przegubem uderzałam w te żyletki. Pamiętam, że nic nie bolało i było to zero przeżycia. Zamiast, jak sobie wyobrażałam, zasnąć, spokojnie zaczęłam się dusić. (…) Dusiłam się i zapragnęłam z powrotem żyć. Nie przewidziałam, jakie to nieprzyjemne uczucie dusić się”. Ostatkiem sił dowlokła się do okna, otworzyła je i przewiesiła się na zewnątrz. Tak zauważyła ją sąsiadka. Dla mamy próba samobójcza ukochanej córki była szokiem.

Jest bezkompromisowa. Kontestuje. Postanawia, że nie skończy szkoły, ale wtedy z pomocą przychodzi jej przyjaciółka Uta Kalinowska. Tłumaczy Korze, że ze zbuntowanym człowiekiem inni będą się liczyć tylko wtedy, gdy będzie umiał sformułować i wyartykułować swoje argumenty – kiedy jest wykształcony. Dzięki Ucie Kora kończy szkołę i zdaje na studia mimo – jak sama pisze – amf*taminy, depresji i intensywnego trybu życia. Również dzięki Ucie zdobywa później pierwszą pracę – z chorymi psychicznie dziećmi w szpitalu. „Co jest moją słabością? Ja się do żadnych nie przyznaję. Gdy jednak ktoś mówi do mnie, że stałam się tym, kim jestem, bo miałam takie trudne dzieciństwo, po prostu zalewa mnie krew. Nigdy nie dopuściłam do tego, żeby ucierpiała moja godność. Nigdy się nie poddałam. Nigdy nie spadłam na dno”, powie w 2012 roku w VIVIE!.
W tym samym roku jej pies, Ramona, „dostaje” paczkę z 60 gramami marihuany. Sprawa trafia do prokuratury, żyje nią cała Polska. W mieszkaniu Kory policjanci znajdują jeszcze trzy gramy trawy. Ale Kora od lat opowiadała się za jej legalizacją i przyznawała się, że kiedyś jej używała. Wierna swoim przekonaniom, kochająca wolność, demokrację, walcząca o prawa słabszych – taka była zawsze. A z czasem jej zaangażowanie w sprawy społeczne rosło. Choć przed laty napisała, że nie jest feministką, bo walczy o prawa człowieka bez względu na płeć, potem zmieniła zdanie. W gronie jej przyjaciół pojawiły się znane feministki – Nika Bochniarz, Magdalena Środa. Zaczęła zabierać głos w sprawach politycznych, choć polityki nie lubiła. W wywiadzie dla „Newsweeka” z 2017 roku ostro wypowiada się na temat Jarosława Kaczyńskiego. „To psuj”, oznajmia. „Jestem romantyczką i idealistką. Mówi się, że polityka to dno, bagno, zero skrupułów i hipokryzja. Naczytałam się całe życie o tym, a mimo to uważam, że władzę można połączyć ze sprawiedliwością”, oświadcza Aleksandrze Pawlickiej. „Inteligentny człowiek nie niszczy dobra i piękna”. „Była epoką w naszej kulturze. I tu nie chodzi tylko o kulturę artystyczną czy kulturę rockową, ale również kulturę polityczną”, mówi Magdalena Środa.
Zdrada, zdrada, zdrada
Jej artystyczne tęsknoty wyniesione z rodzinnego domu rozkwitły w czasach liceum. Śliczną licealistkę wciąga artystyczne życie Krakowa. Krzysztofory, Piwnica pod Baranami. Spektakle Teatru Starego, Tadeusza Kantora, w których bierze udział. Osiemnaste urodziny urządza jej Wiesław Dymny, u którego akurat mieszka. Ma 19 lat, gdy w Piwnicy poznaje Marka Jackowskiego. Po koncercie jego grupy Vox Gentis siada na wzmacniaczu, macha nogami. On podchodzi, ona ucieka. I tak jeszcze kilka razy. W końcu on mówi, że ją kocha, i zostają parą. „Przestałam brać amf*taminę i zamieszkaliśmy razem. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem ładną dziewczyną, bo miałam mnóstwo absztyfikantów, ale żadnego nie chciałam. (…) Poczułam się nagle bardzo zmęczona i miałam wrażenie, jakbym dobiła do jakiejś przystani. Marek był tą przystanią”, wspominała. Biorą ślub w grudniu 1971 roku. Na uroczystości stawia się cała krakowska bohema z Piotrem Skrzyneckim, Jerzym Beresiem, Ewą Demarczyk, którą Kora wielbi. Świadkami są Tomasz Hołuj i Jacek Ostaszewski. Podczas weselnej imprezy Kora pali haszysz, który jej szkodzi. „Umieram. Żegnam się z tobą”, mówi Markowi. „Nic ci nie jest”, orzeka Marek. Zabawa jest szampańska. Kora jest już wtedy w ciąży z Mateuszem. Jej drugi syn, Szymon, przyjdzie na świat w 1976 roku. Przez wiele lat Marek nie będzie wiedział, że nie jest jego ojcem.
Kamila Sipowicza widzi po raz pierwszy w windzie bloku przy Ogrodowej. „Był szczupłym chłopcem o pięknej wilczej twarzy. Iskrzył jak zwarcie w kontakcie”, wspomina. Marek Jackowski wychowywał syna jak swojego. „[Kamil] mieszkał z matką będącą przeciwniczką naszego związku. Zaprzepaścił największe uczucie mojego życia. (…) Zostałam sprowadzona do parteru, do bagna, bagna i jeszcze raz do bagna. Do nieuczciwości, zdrady, kłamstwa, rozpaczy”, pisała. Ich romans trwał z przerwami 15 lat, zanim zdecydowali się zamieszkać razem. Ślub wzięli, gdy Kora była już ciężko chora. Kamil był przy niej do końca. Na Roztoczu stworzyli dom, o którym zawsze marzyła. „Chyba po 1975 roku Kora z Markiem przenieśli się do Warszawy i zamieszkali przy ulicy Ogrodowej, na terenie dawnego getta… byłam tam u nich kilka razy z Maćkiem Zembatym. Zapamiętałam dwoje małych dzieci, piękną kobietę w jakichś hinduskich giezłach, parzącą cudowną herbatę… śpiewaliśmy Cohena, rozmawialiśmy o sztuce jako ratunku przed rzeczywistością, filozofowaliśmy do nocy. Wtedy już Marek nie grał w Anawie, tylko razem z Tomaszem Hołujem, Milo Kurtisem i Jackiem Ostaszewskim stworzyli cudowny zespół – Osjan. Chodziłam na ich koncerty i tam po raz pierwszy zobaczyłam Korę na scenie. Ją i Małgosię Ostaszewską, żonę Jacka (i mamę naszej słynnej Mai!). Obie niezwykłe, w jasnych szatach, na bosaka, były najpiękniejszą scenografią i czasem coś nuciły. Piękne!”, wspominała Magda Umer we wpisie na Facebooku. „Była serdeczna, kochana, dobra, piękna i… cicha… wtedy jeszcze cicha”.

Stoję, czuję się świetnie
Kora niedługo pozostała cicha. W 1976 roku dołącza do nowego zespołu Marka – Maanamu. Pisze większość tekstów piosenek. Ale na wielki sukces przyjdzie im poczekać cztery lata. Na scenie opolskiego amfiteatru w 1980 roku występuje już inna Kora. Ma krótkie włosy, punkowy image. Magda Umer wspomina: „Któregoś dnia spotkałam Korę w gmachu telewizji. Cała w skórach, w ostrym makijażu, pełna jakiejś nieziemskiej energii… dalej piękna, zjawiskowo zgrabna, ale jakby ktoś inny. Mówiła, że zakładają z Markiem zespół rockowy i że za chwilę będą najważniejsi i najlepsi w tym kraju. I tak się stało”. Śpiewa głośno, ostro. „Miała głos jak dzwon”, mówi Hanna Bakuła. „Zawsze starała się bardzo wyraźnie mówić, miała taką manierę przedwojenną, żeby każde słowo wypuścić w kształcie doskonałym. Ja to uwielbiałam!”.
„Boskie Buenos” i „Żądza pieniądza” porywają opolską publiczność. Kora z dnia na dzień zostaje wielką gwiazdą. Ale co to znaczyło „być gwiazdą estrady” w samym środku PRL-u? Niewiele.
„Kulisy małżeńskiego życia Jackowskich przypominały piekło”, pisze Jacek Cieślak. „Fani pisali na ścianach mojego bloku słowa uwielbienia, a ja tłoczyłam się z dwójką dzieci w kilkudziesięciometrowym mieszkaniu na parterze”, opowiadała mu Kora. Jedna z fanek przebija opony w maluchu swojej idolki, żeby ta choć przez to dowiedziała się o jej istnieniu. „W końcu dozorczyni przypięła pinezkami kartony do ściany i podpisała: »Tu pisać do pani Kory«. Wcześniej było jeszcze gorzej. Przecież pod koniec lat 70. mieszkaliśmy z dwójką dzieci na squacie. To był prawdziwy punk!”, opowiadała Kora.
Czytaj też: Przejmujący hołd dla Kory podczas festiwalu w Opolu. Kamil Sipowicz nie krył wzruszenia

Kolejne płyty sprzedają się wspaniale, co wcale nie przekłada się na sukces finansowy. W 1981 roku Maanam daje 500 koncertów, w tym trzy jednego dnia w Sali Kongresowej. Mimo to Kora wspomina, że nie miała tyle pieniędzy, żeby kupić sobie przyzwoite auto. Gdy pytano ją, kiedy wreszcie zacznie jeździć limuzyną, odpowiadała, że poruszanie się polskim fiatem 126p jest przejawem patriotyzmu. „Przez większość mojego życia nie miałam pieniędzy i uważam, że byłam bardzo szczęśliwa. Prowadziłam bardzo ciekawe życie i to, że nie miałam pieniędzy, nie umniejszało w ogóle mojej wartości jako człowieka”, pisała. Wiele lat później, gdy zachoruje na raka, będzie zmuszona sprzedać mieszkanie i zbierać fundusze na leczenie. Sprawa wywoła ogromne kontrowersje. Ale to dzięki determinacji Kory lek skuteczny w terapii raka jajników – Olaparib znajdzie się na liście leków refundowanych i stanie się dostępny za darmo. Lata 80. to pasmo sukcesów w Polsce i w Europie. „O!” byłoby zapewne największym fonograficznym hitem w historii Polski, gdyby starczyło czarnej masy do produkcji płyt winylowych”, czytamy w „Podwójnej linii życia”.
W 1983 roku Maanam nagrywa swój największy przebój „Kocham Cię, kochanie moje”. W 1984 roku po odmowie występów dla radzieckich dygnitarzy zespół dostaje zakaz występów na scenie, w radiu i w telewizji. W niczym mu to nie szkodzi. Ludzie nadal uwielbiają Maanam, a Marek Niedźwiecki prowadzący legendarną „Listę Przebojów Programu Trzeciego” wymyśla sprytny fortel, aby ominąć cenzurę. Zamiast całego utworu „Tango” puszcza tylko pierwsze zapętlone, grane na perkusji takty utworu. Fani są zachwyceni, a popularność zespołu rośnie także za granicą, gdzie z powodzeniem wydawane są płyty Maanamu. „Graliśmy na wielkim festiwalu w Roskilde w Danii”, opowiadała Kora Jackowi Cieślakowi. „Występowaliśmy w najlepszych salach. Te wyjazdy przywracały nam poczucie godności, bo w Polsce nie było nic i nic oficjalnie nie można było kupić. Nawet pieluszek dla dzieci! W końcu padła propozycja, żebyśmy zostali w Niemczech. Za późno. Byliśmy totalnie zmęczeni. Koncertowanie było jak dragi. Wyniszczało nas. (…) Gdyby nie dzieci i konieczność zajęcia się nimi, a potem wsparcie Kamila Sipowicza, chybabym umarła ze zmęczenia na scenie”.
Maanam był zmęczony nie tylko koncertowaniem. W biografii Kora napisze, że w 1985 roku muzycy mają poważne problemy z nadużywaniem alko*olu. Kora i Marek Jackowski są już po rozwodzie, a alko*ol jest jedną z przyczyn rozstania. „Małżeństwo niesie ze sobą przekupność uczuć i zbrodnie, takie jak niszczenie drugiego człowieka. Tak było w przypadku mojego małżeństwa. Małżeństwo jest grobem miłości”, napisze później artystka w swojej biografii. Styczniowy koncert w 1986 roku jest ostatnim. Kora ogłasza rozwiązanie zespołu.
Powrócą w latach 90. znów w wielkim stylu. Są nowe czasy, wielka popularność zaczyna oznaczać wielkie pieniądze. Ale czy cena za sukces nie okaże się zbyt wielka?

Śmierć jest dymem życia
„Bardzo ciężko pracowałam, taką mam konstatację, że my za dużo pracujemy. Doprowadziłam się do wykończenia totalnego, szczerze mówiąc, za mało odpoczywałam, za mało korzystałam ze świata, za mało korzystałam z pieniędzy, które zarobiłam. Żyłam za mało luksusowo”, powiedziała w jednym z ostatnich swoich wywiadów dla programu „Uwaga” w TVN. Diagnoza spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Rak. I to w czwartym, najgorszym stadium. Później wielokrotnie mówiła, że objawy miała dużo wcześniej, że lekarze nie odczytali ich właściwie. „Miałam okropne bóle, zginało mnie do ziemi, łykałam mnóstwo środków przeciwbólowych. Pewnie to już był rak, ale nikt pod tym kątem mnie nie zbadał. Nawet jak przeszłam operację, nikt nie szukał komórek rakowych. To było już po 1989 roku, ale nadal obywatel był gówno wart, a jak chory, to jeszcze mniej. No więc cały czas byłam leczona na żołądek”, opowiadała po dwóch latach walki z nowotworem w rozmowie z Agnieszką Kublik w „Gazecie Wyborczej”.
Przechodzi operację, serię chemioterapi, które ją wykańczają. Walczy. Żeby nie stracić włosów, nosi specjalny hełm, który przysparza jej jeszcze więcej cierpień. Kilka dni po operacji staje na planie programu „Must Be the Music”, w którym jest jurorką. Nie widać po niej, przez co przechodzi. Ale ból jest tak silny, że odbiera jej pamięć – Kora w wywiadzie mówi, że nie pamięta niczego, co działo się na nagraniu.
Chowa się w Bliżowie, w swoim azylu na Roztoczu. Pisze teksty do nowej płyty, którą planuje. Ale nie ma już siły, żeby ją nagrać. „Ostatni miesiąc był bardzo trudny. Na końcowej drodze towarzyszyła jej rodzina, przyjaciele i wiele oddanych osób. W tę długą walkę zaangażowanych było wiele najlepszych szpitali, lekarzy, pielęgniarek i opiekunów, za co im z całego serca dziękujemy. Kora dawała ludziom miłość i otoczona była miłością. Zawsze będziemy ją kochać”, piszą bliscy w oświadczeniu o jej śmierci.
„W życiu najważniejsze jest życie”, powiedziała w ostatnim wywiadzie, jakiego udzieliła dwa miesiące przed śmiercią Pawłowi Piotrowiczowi z portalu Onet.pl. „Jak się je kocha, zaczyna się je doceniać”. „Zostaniesz na zawsze w naszych sercach. Wolna. Odpoczywaj, Koreńko!”, napisała na Facebooku Maja Ostaszewska. „Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho”.
Tekst KATARZYNA SIELICKA
Korzystałam z książek: Olga Jackowska i Kamil Sipowicz „Podwójna linia życia”, wydawnictwo ISKRY, 1998; Kamil Sipowicz „Kora, Kora. A planety szaleją”, wydawnictwo Agora, 2011; tekst Jacek Cieślak, „Kora, perfekcyjna punkowa dama”, „Rzeczpospolita”, 29.07.2018.
