Marcin Ziółko już w liceum wyróżniał się strojem i nie bał się pokazywać własnej osobowości. Na zakończenie szkoły przygotował pokaz mody z 40-sylwetkową kolekcją, a później konsekwentnie podążał własną drogą. W rozmowie z VIVA! mówi też o podejściu rodziców do jego sukcesów, potrzebie kontroli i panicznym strachu przed usłyszeniem słów: „Zawiodłeś mnie”.
WIDEO…
Marcin Ziółko już w liceum wyróżniał się strojem. Przygotował 40-sylwetkową kolekcję
[...]
Czym się wyróżniałeś?
Przede wszystkim strojami. Jak przyszło mi do głowy, że przyjdę do szkoły w czymś na kształt sutanny, bo świetnie w tym wyglądam, to tak szedłem. Koledzy na to machali ręką, bo wiedzieli, jakim jestem człowiekiem. Mój wygląd nie miał dla nich znaczenia, bo byłem otwarty i pozytywny. Ale wiem, że ludzie boją się inności, wtedy reagują agresją. Na szczęście nigdy nikt nie przestraszył mnie na tyle, żebym z pewnych rzeczy zrezygnował. Mogłem zostać wierny sobie. A na koniec liceum przygotowałem pokaz mody, bo postanowiłem pokazać coś, co jest mi bliskie. Zaprojektowałem 40-sylwetkową kolekcję – przerobiłem gotowe rzeczy i je wystylizowałem. Uznałem, że będzie to wisienka na torcie mojej edukacji.
Od zawsze pociągał Cię świat mody?
Jak widać tak. Nie poszedłem śladami taty, dziadka i pradziadka i nie związałem się z kolejnictwem. Ale jeden z utworów jest inspirowany stukotem kół pociągu i opowiada o podróży do domu, do rodziny, do źródła. A wiesz, u nas nie było żadnych artystów, ale tata potrafił zrobić coś z niczego i zawsze przy tym mówił, że coś wysztukuje. Chyba mam to po nim.

Marcin Ziółko nakłada na siebie ogromną presję. Boi się usłyszeć: „Zawiodłeś mnie”
Rodzice w pełni akceptowali Twoje wybory i dmuchali Ci w skrzydła?
Nigdy mi ich nie podcinali. Ale jak wydarzało się coś, z czego mógłbym być zadowolony, odnosiłem jakiś sukces, mówili: „Super, ale spokojnie. Spokojnie”. Długo się nad tym zastanawiałem i w końcu doszedłem do wniosku, że to z ich strony nie była krytyka, ale chłodna ocena. Oczywiście buntowałem się, bo chciałem, żeby bili mi brawo. Dzisiaj wiem, że to było dla mnie dobre, bo mam świadomość, że to, co się dzieje w moim życiu zawodowym, nie definiuje mnie jako człowieka.
Operacji na otwartym sercu nie robisz.
Dokładnie. Ale to nie znaczy, że nie żyję pod presją. I nie chodzi tylko o klientów, którzy obdarzają mnie zaufaniem. Chodzi o presję, jaką sam na siebie nakładam. Mam ogromną potrzebę dowieźć każdą rzecz, jakiej się podejmę, i chcę, żeby ona była jak najlepszej jakości. I lubię czuć, że nad wszystkim mam kontrolę. Nie po drodze mi z bylejakością i z łatwością docierania do celu. Chociaż uważam, że powinno się pracować mądrze, a nie ciężko (śmiech). Mam też paniczny strach przed usłyszeniem: „Zawiodłeś mnie”.
Usłyszałeś to kiedyś od kogoś?
Nie i może właśnie dlatego tak się boję, że to kiedyś nastąpi.
[...]
Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu VIVA!, który będzie dostępny w sprzedaży od czwartku 10 września.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie pieniądze i nie poczucie bezpieczeństwa. TYLKO W VIVIE! Mandaryna mówi wprost: „Nie czekałam na królewicza”


























