Dla najbliższych Jan Kaczkowski był nie tylko księdzem znanym z działalności w Pucku, ale też bratem, który potrafił być niecierpliwy, wymagający i bezkompromisowy. Jednocześnie – jak wspominają Magdalena Sekuła i Filip Kaczkowski – nie odmawiał pomocy i często robił to kosztem siebie. Gdy zachorował, nie zrezygnował z aktywności. Nagrywał filmiki, podróżował tam, gdzie go zapraszano, i przede wszystkim chciał zabezpieczyć hospicjum, które – według słów jego siostry – było jego najważniejszym dziełem. Choroba zmieniała go fizycznie i psychicznie, ale nie odebrała mu potrzeby działania.
WIDEO…
Ks.Jan Kaczkowski i hospicjum w Pucku. To było jego najważniejsze dzieło
– A jakie miał wady?
Filip: Na pewno był niecierpliwy.
Magda: Cierpliwie kończył rzeczy, bo to, co zaczął, doprowadzał do finiszu, ale to musiało być natychmiast. Ale jak ktoś do niego zadzwonił, że na przykład dziecko przyjęło komunię świętą, a potem się najadło cukierków i zwymiotowało, cierpliwie tłumaczył, co i jak. Często się śmialiśmy, że powinien mieć w telefonie taki automat: „Sprawy gastryczne – wciśnij jeden, dziecko zwymiotowało komunię świętą – wciśnij dwa”. Nikomu nie odmawiał pomocy i w dużych, i w błahych sprawach. Często kosztem siebie.
Filip: Praca w hospicjum to jest inny poziom wtajemniczenia i poświęcenia.
Magda: Trudno nawet powiedzieć, że poświęcenia. On podopiecznym hospicjum towarzyszył w odchodzeniu.
– Czy jego choroba go zmieniła?
Magda: Oj, tak. To jest przecież choroba mózgu, która akcentuje wszystkie dobre i złe cechy. Zdarzało mi się komuś powiedzieć: „Żałuj, że nie poznałeś go przed chorobą”.
Filip: Ale i przed, i w chorobie to był niesamowity gość.
Magda: Były różne momenty. Po operacjach czy biopsjach. Miał na przykład taki moment, że co miał w głowie, to na języku. Nie powstrzymywał się. Ale to nie była jego zła wola.
Filip: Potem miał taki straszny apetyt. Urósł do monstrualnych rozmiarów. To było szokujące. Zmieniał się i psychicznie, i fizycznie. Ale przecież i upływające lata zmieniają człowieka. To były trudne cztery lata, pełne stresu, niepokoju. Właściwie ja cały czas czekałem na ten jeden telefon.
Magda: Nikomu nie życzę takich przeżyć.
Filip: A mimo tego Jan mówił, że to były najlepsze lata jego życia. To, że on mówił fajne, mądre rzeczy w Pucku, że zbudował hospicjum, to jedno. Ale w chorobie poznała go cała Polska, bo zaczął kręcić filmiki i zamieszczać je w internecie. Ze swoją mądrością mógł dotrzeć do całej Polski, a nawet za granicę. To jest abstrakcyjne, ale nie miało znaczenia, że jest chory, bo jeździł wszędzie tam, gdzie został zaproszony. Nawet do Stanów i Australii.
Magda: Nie zwolnił ani na chwileczkę.

– Dlaczego?
Magda: Przede wszystkim chciał zabezpieczyć hospicjum. Bez dwóch zdań to było jego najważniejsze dzieło. Gdy chorował, działał już siłą rozpędu. I powtarzał: „Zarzucają mi, że ja mam parcie na szkło, a ja mam parcie na drewno”…
Filip: Wiedział, że ma mało czasu.
Magda: Chciał coś zostawić po sobie. Teraz widzę, że to było dla niego kolejne ważne zadanie. Misja. Chciał wykorzystać to świństwo, bo tak do nas mówił o raku, do zrobienia czegoś sensownego. Jak starych umierających ludzi wyrzucono ze szpitala, żeby umierali w domu, zbudował dla nich hospicjum. Jak sam zachorował, chciał pokazać, że choroba niczego nie kończy, że nie przestajesz być ojcem, matką, synem, po prostu człowiekiem, i że nie trzeba zwalniać. Wiem, że chorzy mu zarzucali, że nie każdy tak potrafi, ale na końcu taka postawa jest jednak bardziej pomocna niż użalanie się. Ale każdy ma swoją drogę i nie ma w tym nic złego. O leczeniu i o tym, czy przygotowywał bliskich na swoje odejście
– Leczyliście go za wszelką cenę?
Filip: Był doktorem bioetyki…
Magda: Jan mówił, że jest otwarty na cud, ale też na medycynę. Do końca chciał się leczyć, bo bardzo chciał żyć. Ale nie akceptował leczenia za wszelką cenę. Do Chin by nie pojechał, nie eksperymentował, ale godził się na to, co było naukowo uzasadnione. Gdy w Polsce wykorzystaliśmy wszelkie możliwości, pojechaliśmy do Szwajcarii. Jeden z lekarzy tutaj powiedział mu, że pacjenci w jego wieku z takim rakiem żyją do półtora roku. W Szwajcarii wylądowaliśmy, gdy półtora roku minęło. A tam młody profesor powiedział mu, że jego pacjenci żyją od dwóch do 10 lat. Janowi w tym momencie jakby kamień z serca spadł. I mówi: „A nie, 10 to za długo”. On po prostu wziął głęboki oddech, bo miał tu jeszcze sprawy do załatwienia i chciał swój czas wykorzystać do końca jak najlepiej. Dużo wcześniej napisał podręcznik do opieki, taką instrukcję obsługi choroby „Żyć aż do końca”. Polecam to każdemu, kto ma w swoim otoczeniu osobę chorą albo starszą, bo to jest po prostu mądre.
Filip: Dziwne jest, że śmierć w naszym domu była cały czas trochę obecna. Nigdy nie stanowiła tematu tabu. Ojciec nas przygotowywał na swoje odejście. Kiedy na przykład mieliśmy komunię córki i chrzest syna i postanowiliśmy zrobić z tej okazji jedną imprezę, tata mówił: „Świetny pomysł. To zróbmy jeszcze pogrzeb dziadka”. Takie były punktowe wrzutki, które pozwalały ten temat oswoić.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie pieniądze i nie poczucie bezpieczeństwa. TYLKO W VIVIE! Mandaryna mówi wprost: „Nie czekałam na królewicza”
ks. Jan Kaczkowski
– Czy Jan przygotowywał Was na swoje odejście?
Magda: Mamie opowiadał, jak to będzie, bo przecież wiedział, jak wygląda umieranie.
Filip: Pamiętam, jak powiedziała mu, że jak on umrze, to ona rozpadnie się na kawałki. A on jej na to: „Chciałabyś”. I tłumaczył jej, że musi żyć z tym ciężarem. Do dzisiaj nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co mama czuła, gdy straciła syna.
Magda: Nasi rodzice to były dwa mocne charaktery. Nie byli jak gołąbki, nie trzymali się za rączki. Oczywiście była między nimi bliskość, ale każde żyło swoim życiem. Gdy Jan odszedł, myślałam, że oni się kompletnie rozjadą, a oni odwrotnie, zbliżyli się ku sobie.
Filip: Jan znikał powoli. Był coraz chudszy, coraz mniejszy. Rodzice byli wtedy w stu procentach dla niego. Jego odejście mnie i Magdę bolało i boli. Ale ten rodzicielski ból to jest najgorsze, co się może zdarzyć.
[...]
Rozmawiała Katarzyna Piątkowska
Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu VIVA!, która dostępna będzie w punktach sprzedaży w całej Polsce od czwartku 10 września.




























