O dzieciństwie Jana Kaczkowskiego jego rodzeństwo, Magdalena Sekuła i Filip Kaczkowski, opowiada Katarzynie Piątkowskiej w najnowszym wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. Wspominają, że Jan był wcześniakiem, ważył około kilograma i miał problemy ze wzrokiem, ale w domu nie dostawał taryfy ulgowej. Jeździł z rodziną na narty, chodził na grzyby i uczestniczył w zwyczajnym życiu rodzeństwa. Bliscy byli wobec niego trochę bardziej opiekuńczy, jednak – jak podkreślają – traktowali go jak normalnego dzieciaka. W ich wspomnieniach z tamtych lat jest też dużo humoru i rodzinnych anegdot.

WIDEO

player placeholder

ZOBACZ TEŻ: Tylko w VIVIE!. Ojciec był przy Janie Kaczkowskim, gdy inni znikali. Rodzeństwo wspomina tamten czas

Dzieciństwo Jana Kaczkowskiego. Rodzeństwo wspomina jego pierwsze lata

– Urodził się jako wcześniak…

Zobacz także:

Filip: I miał ksywkę „Dziadek”, bo cały był taki pomarszczony.

Magda: Ważył około kilograma… jak torebka cukru.

Filip: Dlatego wpisali w jego karcie, że to było poronienie. Gdy mama wróciła z nim do domu, powiedziałem jej, że niech się teraz młodszymi zajmuje, ja się sobą zajmę sam. Miałem sześć lat. Jan był trochę mniejszy, może prawie ślepy, może trochę kulejący, ale był normalnym dzieciakiem.  

Magda: Tylko nigdy nie był mistrzem sportu (śmiech). Uwielbialiśmy rodzinnie jeździć na narty. I Jan próbował dotrzymać nam kroku, a nie miał żadnej taryfy ulgowej, bo nie myśleliśmy o nim jak o chłopcu z niepełnosprawnością. Przez te jego kłopoty ze wzrokiem nie mogłam go tylko bić po głowie (śmiech).  

Filip: Zachowywaliśmy się jak każde normalne rodzeństwo.

Magda:  Tylko byliśmy trochę bardziej opiekuńczy wobec niego.  

Filip: Gdy chodziliśmy na grzyby, musieliśmy go o grzyba potknąć, żeby przewracając się, mógł go znaleźć.  

Magda: Szłam przodem. Znajdowałam grzyba. Wyjmowałam z ziemi i wkładałam z powrotem, żeby był widoczny. Trzeba było tego naszego Jana wspierać.  

Filip: Był wspaniały. Nawet wtedy, gdy już jako ksiądz wciąż mówił o mojej żonie „konkubina”, bo my mieliśmy tylko ślub cywilny, a on go bojkotował. Przy każdym rodzinnym obiedzie wiercił mi dziurę w brzuchu, aż w końcu zdecydowaliśmy się na ślub kościelny. Udzielił nam go oczywiście. Byliśmy tylko my, on i świadkowie. A potem przyjęcie odbyło się na Helu, gdzie mieliśmy swoje przyczepy. To z tego wydarzenia pochodzą nagrania z tańcem zamieszczone w filmie „Dzień Dziecka księdza Jana Kaczkowskiego”, który niedługo będzie miał premierę. Jan w ogóle bardzo lubił tam przyjeżdżać. W piątek wieczorem wpadał do nas z Pucka. Najadał się, winka się napił i wracał. Miał swoich ludzi, którzy go przywozili. Lubił szokować, więc na przykład przed przyczepą rozkładał stół i odprawiał mszę świętą. I tamtejsze towarzystwo, raczej niechodzące do kościoła, brało w niej udział.  

Magda: Ze mną chodził po Monciaku pod rękę. Oczywiście w sutannie i z „Gazetą Wyborczą” pod pachą. Ja byłam wtedy w zaawansowanej ciąży i z małym synem za rękę. A on szedł i wołał do niego tak, żeby go wszyscy słyszeli: „No, chodź do tatusia najdroższego”.  

Filip: Z nim zawsze było dużo śmiechu. Kiedyś ktoś mnie zapytał, co się zmieniło po jego śmierci. I ja już wiem… dużo mniej się śmiejemy. A teraz po odejściu ojca jest jeszcze smutniej.  

[...]

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu VIVA!, który będzie dostępny w sprzedaży od czwartku 10 września.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie pieniądze i nie poczucie bezpieczeństwa. TYLKO W VIVIE! Mandaryna mówi wprost: „Nie czekałam na królewicza”

Ks. Jan Kaczkowski
Ks. Jan Kaczkowski

Magdalena Sekuła, Filip Kaczkowski, VIVA! 17/2026
Fot. RAFAŁ MASŁOW

Ksiądz Jan Kaczkowski, Warszawa, 16.11.2014.
Fot. PAP/Marcin Obara