W ostatnich latach maleńka Japonka z czerwonymi włosami przyciętymi na boba, ubrana na czerwono w białe kropki, siedziała na wózku inwalidzkim. Za nią znajdował się luksusowy sklep Louis Vuitton w Tokio. W witrynie stała mała Japonka z żółtymi włosami, ubrana w żółtą sukienkę w czarne kropki. To Yayoi Kusama, za której prace kolekcjonerzy płacą miliony dolarów. Ta za szybą to jej imitacja, robot wzorowany na „królowej kropek”.
WIDEO…
Każda opowieść kończy się kropką. Ta od kropki się zaczyna
Na wystawie nowojorskiego oddziału firmy robot miał na sobie białą sukienkę w kolorowe grochy, czerwone włosy i malował na szybie. Oczywiście kolorowe kropki. W Londynie ubrany był w pomarańczową sukienkę w różowe kropki, a włosy przypominające słynne dynie Kusamy były czerwone. Tam też gigantyczna nadmuchiwana postać artystki „malowała” kolorowe kropki na fasadzie Harrodsa, w Paryżu robił to, przytulając się do kilkupiętrowego budynku przy Polach Elizejskich. W ten sposób luksusowa marka promowała najnowszą kolekcję stworzoną we współpracy z najsłynniejszą japońską artystką. Artystką, która była hańbą dla japońskiego narodu, a w latach 70. tamtejsze gazety nie tytułowały jej inaczej niż „królowa skandali” lub „rozwiązła królowa hipisów”.
Szaleństwo kropek
Nikt nie wierzył kilkuletniej Yayoi, gdy mówiła, że obrus spływa ze stołu i rozlewa się na ściany, sufit i wszystkie elementy pomieszczenia. Po latach wspominała: „Pewnego dnia przyglądałam się czerwonym kwiatowym wzorom na obrusie leżącym na stole. Kiedy spojrzałam w górę, zobaczyłam ten sam wzór pokrywający sufit, okna i ściany, a w końcu cały pokój, moje ciało i wszechświat. Czułam się tak, jakbym zaczęła się samozacierać, krążyć w nieskończoności nieskończonego czasu i absolutności przestrzeni, i została zredukowana do nicości”. Wychowana w znanej w całej Japonii rodzinie plantatorów kwiatów często przesiadywała na polach fiołków, peonii i cynii. Gdy mówiła, że fiołki mają buzie i ze sobą rozmawiają, patrzono na nią podejrzliwie. Nie wspominała więc, że zdarza się, że kwiaty pochłaniają ją całą albo po prostu ją gonią. Po latach przyznała: „Myślałam, że tylko ludzie mogą mówić, byłam zdziwiona, że fiołki przemówiły, że używają słów. Tak bardzo się bałam, że ze strachu trzęsły mi się nogi”. Kropeczki, punkciki, kwiaty, dynie z ogrodu babci zlewały się w jedno i pokrywały wszystko, co widzi. Nie rozstawała się więc ze szkicownikiem, w którym rysowała swoje wizje. Rodzina Kusama nie była szczęśliwa. Yayoi była najmłodsza z czwórki rodzeństwa i to na niej nieszczęśliwa matka wyładowywała złość za swoje zmarnowane życie. Małżeństwo rodziców Yayoi było zaaranżowane. Matka, Shigeru, pochodziła z bogatszej rodziny niż jej mąż Kamon, dlatego zgodnie z tradycją to on musiał przyjąć nazwisko rodowe żony. Był tym faktem sfrustrowany, a frustracje wyładowywał, zdradzając żonę z prostytutkami w burdelach i pracownicami na rodzinnej plantacji kwiatów. Matka kazała Yayoi śledzić ojca, a gdy dziewczynka wracała do niej z wieściami, najczęściej złymi, obrywała. Gdy miała 13 lat, została zmuszona do pracy w fabryce produkującej spadochrony dla żołnierzy walczących podczas drugiej wojny światowej. Koszmar domowy i wojenny spowodował u dziewczynki problemy psychiczne. Halucynacje stały się jej codziennością, a ratunku szukała w malarstwie. Tak podpowiadała jej intuicja (wiele lat później dowiedziała się, że terapia sztuką wykorzystywana jest w leczeniu chorób psychicznych). Choć i z tym nie było łatwo, bo matka nie życzyła sobie, żeby się tym zajmowała. W furii potrafiła porwać wszystkie jej rysunki i spalić. Yayoi, gdy nie miała na czym malować, zabierała z plantacji jutowe worki i… pokrywała je kropkami. Mówiła później, że matka „robiła jej rzeczy straszne” i że „wszystko wokół niej było frustrujące, niesprawiedliwe i prowadzące do szaleństwa”. A matka uważała, że córka powinna uczyć się etykiety, a potem bogato wyjść za mąż. „Ponieważ moja matka była tak stanowczo przeciwna temu, żebym została artystką”, wyjaśnia Kusama w filmie „Infinity”, „stałam się niestabilna emocjonalnie i przeżyłam załamanie nerwowe. To właśnie mniej więcej w tym czasie, lub w późniejszych latach, zaczęłam leczyć się psychiatrycznie”. W wywiadzie udzielonym artyście Damienowi Hirstowi do katalogu jej wystawy w Robert Miller Gallery w Nowym Jorku mówiła: „Pochodzę z bogatego środowiska. Moi rodzice chcieli, żebym wyszła za mąż za bogatego mężczyznę, a nie przechodziła przez trudy życia w Stanach Zjednoczonych”.

Z Tokio do Wielkiego Jabłka
A jednak Yayoi nie miała zamiaru spełniać życzeń rodziców względem swojej przyszłości. Postanowiła, że pojedzie do Nowego Jorku. W 1948 roku zaczęła co prawda studia w Kioto w Szkole Sztuk Pięknych i Rzemiosł, ale tradycyjne japońskie malarstwo milonga było dla dziewczyny pokrywającej wszystko kropkami nie do zniesienia. Nie chodziła więc na zajęcia, tylko siedziała w pokoju i obsesyjnie rysowała. W 1952 roku jej akwarele wystawiono na pierwszej indywidualnej wystawie w First Community Center. Było ich 250, bo Yayoi malowała w oszałamiającym tempie. Pół roku później było ich już o 280 więcej. Tempo, w jakim tworzyła, było spowodowane lękiem, by – tak jak matka – nikt nie wyrwał i nie zniszczył jej rysunków. To, co tworzyła, interesowało nie tylko fanów malarstwa, ale też dwóch psychiatrów: dr Shiho Nishimaru i dr Ryuzaburo Shikiba. Okrzyknięto ją geniuszem, a przecież jej malarstwo było odzwierciedleniem jej stanu psychicznego. Yayoi mówiła: „Codziennie walczę z bólem, niepokojem i strachem, a jedyną metodą, jaką znalazłam, która łagodzi moją chorobę, jest ciągłe tworzenie sztuki. Podążyłam za nicią sztuki i w jakiś sposób odkryłam ścieżkę, która pozwoli mi żyć”. Bo dla niej tworzenie równoznaczne jest z życiem. Jeszcze wtedy Yayoi nie wiedziała, że cierpi na nerwicę natręctw, jak wyznała po latach Damienowi Hirstowi, choć wiedziała, że z jej psychiką nie jest dobrze. Nie mogąc odnaleźć się w tradycyjnej Japonii, wpadła na pomysł, że poszuka szczęścia za oceanem. W głowie artystki zaczął kiełkować pomysł wyjazdu do Nowego Jorku. Zdesperowana postanowiła napisać list do swojej idolki malarki Georgii O’Keeffe. Chciała się dowiedzieć, jak poradzić sobie w nowojorskim świecie artystycznym. Odpowiedź nie napawała optymizmem. Georgia odpisała jej, że życie artysty w Nowym Jorku nie jest łatwe. Ale też zachęciła: „Próbuj i się nie poddawaj”.
Epizod amerykański
Początki w Wielkim Jabłku nie były łatwe. Z Japonii przyleciała co prawda z pieniędzmi zaszytymi w ubraniach, kilkoma kimonami i rysunkami, ale z powodu kłopotów z wymianą pieniędzy Yayoi znalazła się w trudnym położeniu. Jadła zupę z resztek ryb, które zbierała na targu, kupowała cebulę i ziemniaki, bo tylko na to jej wystarczało funduszy. Podobno też nie było jej stać na kupienie łóżka, więc spała na drzwiach ułożonych na podłodze. „Miałam ciężko ze względu na ograniczenia nałożone na wymianę walut przez rząd japoński. Sprzedałam nawet moje furisode (kimona z długimi rękawami i okazałymi wzorami). Georgia O’Keeffe była tak zaniepokojona, że zaprosiła mnie do siebie, oferując, że się mną zaopiekuje. Ja jednak pozostałam w Nowym Jorku, w pracowni z wybitym oknem u zbiegu Broadwayu i 12. ulicy”.
Choć początki nie napawały optymizmem, Kusama przetrwała. Stylistyka jej prac idealnie wpisywała się w pop art, prąd, który zrodził się po drugiej wojnie światowej. A Kusama umiała zadbać o swoje interesy. Sama była dla siebie reklamą, gdzie mogła, opowiadała więc o swojej twórczości, pokazywała swoje prace, a nawet nosiła je na sobie. Była ekspansywna i zdeterminowana, żeby stać się częścią nowojorskiej bohemy. W końcu jej się udało. Zachwycono się jej kropkami, rzeźbami w kształcie owoców i warzyw, multiplikacjami i dążeniem do nieskończoności (by to osiągnąć, tworzyła instalacje składające się z luster Infinity Mirror Rooms). Jej sztuka zaczęła być doceniana. Podobała się wszystkim. Zmultiplikowane prace Kusamy zachwyciły Andy’ego Warhola. Zapytał ją, czy mógłby skorzystać z jej pomysłów, ale kategorycznie odmówiła. Nie przejął się jej odmową i w 1966 roku wypuścił tapetę ze zmultiplikowanym portretem… krowy.
Pokochali ją hipisi, którzy chętnie rozbierali się przed nią, by dać pomalować swoje nagie ciała, oczywiście w kropki. Uwielbiali homoseksualiści, bo zainicjowała akcję Homosexual Wedding i udzielała ślubów parom jednopłciowym w stworzonym przez siebie kościele. A jednak traumy z dzieciństwa, ukradzione pomysły i wciąż nękające ją halucynacje i lęki spowodowały, że próbowała popełnić samobójstwo. Wyskoczyła z okna swojej pracowni, ale trafiła w stojący pod nim rower, który zamortyzował upadek. Nowy Jork okazał się miejscem, w którym ją doceniono, ale w którym nie czuła się dobrze. Nasilił jej problemy psychiczne. Z okna wieżowca, w którym zamieszkała, widziała przemieszczający się tłum ludzi, jaki rozlewał się w jej halucynacjach na wszystko, tak jak kiedyś obrus w rodzinnym domu. O ile radziła sobie tam w latach 60., o tyle w 70., kiedy zaczął panować tam punk i anarchia, nie dała już sobie rady.

Sek*ualne problemy
Kusama twierdzi, że to, że widziała, jak ojciec uprawia seks z różnymi kobietami, wywołało w niej trwały wstręt do aktu seksualnego. Właściwie nie wstręt, a lęk, który próbowała zagłuszyć, tworząc instalacje z penisami. „Zaczęłam tworzyć penisy, aby leczyć swoje uczucie obrzydzenia do sek*u”. W 1963 roku w Gertrude Stein Gallery wystawiono jej „Aggregation: One Thousand Boats Show”. Wystawa przedstawiała łódź wiosłową i wiosła całkowicie przykryte fallusami. Wszystko wykonane było z gipsu, a ściany pomieszczenia pokrywało 999 zdjęć tejże instalacji. Mimo tego lęku to właśnie seks zaproponowała prezydentowi Nixonowi w zamian za zakończenie wojny w Wietnamie. Nigdy zbliżenia cielesnego nie zaproponowała za to Josephowi Cornellowi, z którym była związana przez 10 lat. Gdy go poznała, miał ponad 50 lat, wciąż mieszkał z matką i w ogóle nie był zainteresowany sek*em. Taki stan rzeczy pasował obojgu. Gdy zmarł w 1972 roku, choroba Yayoi pogłębiła się jeszcze bardziej. Postanowiła wrócić do Japonii. Gdy jednak i tam jej zdrowie psychiczne nie uległo poprawie i ponownie próbowała się z*bić, postanowiła zgłosić się do szpitala psychiatrycznego. W ciągu kilku lat bywała tam wielokrotnie, aż… zamieszkała na stałe. Na szczęście znalazła taki, w którym sztuka jest terapią. I tak przez ponad 40 lat Kusama nie musiła się martwić żadnymi domowymi obowiązkami, może tylko malować i tworzyć. Nawet nie spała za bardzo, bo cierpi na bezsenność. A poza tym twierdziła, że musi wykorzystać każdą chwilę, bo jest coraz starsza, a obrazów w głowie ma coraz więcej. To dlatego malowała ich po kilka naraz. Naprzeciwko szpitala miała swoją pracownię. Przerwę robiła sobie tylko na zjedzenie sushi kupionego na pobliskim targu. Ona malowała, a promocją jej sztuki zajmują się marszandzi i menedżerowie. Bo Kusama to wspaniale prosperująca firma przynosząca miliony dolarów zysku. Była tak popularna, że instalacja „The Souls of Millions of Light Years Away” pokazywana w amerykańskim muzeum The Broad była tak oblegana, że wprowadzono limit czasu na jej oglądanie – 30 sekund na osobę. Rok później w Meksyku dwa miliony ludzi nocowało pod gołym niebem, by móc obejrzeć wystawę „Infinite Obsession”.
Życie wieczne
Choć nie znalazła się nigdy na szczycie listy najdroższych artystów na świecie, nie mogła narzekać na brak pieniędzy, zwłaszcza że to nie one były jej celem. Od 1989 roku, kiedy to w Center for International Contemporary Arts w Nowym Jorku odbyła się retrospektywa jej prac, jej pozycja nieustająco rosła. Podobnie jak ceny za jej prace. W 1993 roku oficjalnie reprezentowała Japonię na Biennale w Wenecji (pierwszy raz nieoficjalnie była tam w 1966 roku). Prezentowała tam swoje słynne dynie. W listopadzie tego samego roku nowojorski oddział Sotheby’s sprzedał jej płótno „Ocean” z 1960 roku za 50 tysięcy dolarów. W 2004 roku ten sam obraz kosztował już 200 tysięcy dolarów. Inne płótno – „Red Q” w 1998 roku osiągnęło cenę 70 tysięcy dolarów, a 12 lat później trzeba było zapłacić za nie 1,2 miliona dolarów. To musiało ją cieszyć, choć jak przyznała, nie maluje dla pieniędzy, ale po to, by żyć. W jednym z wywiadów dodała: „Przeprowadzając analizę freudowską, mogłam przeanalizować swoje problemy psychologiczne. Uczucia stojące za moimi pracami są podświadome i psychosomatyczne. Moja praca opiera się na rozwijaniu moich problemów psychologicznych w sztukę”. Sztukę, która okazała się idealna do pokazywania na Instagramie i którą pokochali milenialsi, ludzie, którzy „oswoili” nowinki technologiczne i aktywnie korzystają z mediów i technologii cyfrowych.
W 2018 roku powstał film „Infinity” w reżyserii Heather Lenz opowiadający o życiu artystki, która sama wygląda jak dzieło sztuki, jak bohaterka anime: „To opowieść o podróży artystki Yayoi Kusamy od konserwatywnego wychowania w Japonii, poprzez jej kontakt ze sławą w Ameryce w latach 60. (gdzie rywalizowała z Andym Warholem o uwagę prasy), aż po międzynarodową sławę w świecie sztuki, którą ostatecznie udało jej się osiągnąć”, mówiła reżyserka. To właśnie tu bohaterka wyznaje: „Chcę żyć wiecznie”. I będzie. Dzięki swojej sztuce, która jest odzwierciedleniem tego, co dzieje się w jej głowie, i która jednocześnie jest jej ratunkiem. W 2006 roku w magazynie „Dazed” pisano: „Jej prace odzwierciedlają jej umysł, a każda z ekscentrycznych rzeźb i eterycznych obrazów stanowi odczytanie jej psychiki. Atrybuty, z których Kusama była najbardziej znana, takie jak siatki nieskończoności, powtarzające się kropki i wystające obiekty falliczne, są w rzeczywistości wyznacznikami jej duszy pełnej lęku przed sek*em, pragnienia samozniszczenia, a jednocześnie miłości do artystycznej ekspresji. Przez całe życie używała sztuki jako sposobu na oczyszczenie się z traumy z dzieciństwa, halucynacji i opresji bycia marginalizowanym artystą. Dzięki temu stworzyła jedne z najbardziej psychologicznych dzieł sztuki na świecie”. Na łamach magazynu wyznała, że miała ciemne dni i niefortunne czasy, ale pokonała je dzięki sile sztuki. A w dokumentalnym filmie mówi: „Wśród fal ludzi udało mi się przetrwać to długie życie. Ile razy myślałam o przyłożeniu noża do szyi, szukając śmierci, zbierałam myśli i znów wstawałam. Życzę życiu jasnego słońca”.




























