Mija rok od zaprzysiężenia. Marta Nawrocka szczerze o roli pierwszej damy w wywiadzie VIVY!
Mija rok od zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na urząd Prezydenta RP. To dobry moment, by wrócić do wyjątkowej rozmowy, której Marta Nawrocka udzieliła magazynowi VIVA! jeszcze na początku swojej drogi jako pierwsza dama. Opowiadała w niej o odpowiedzialności, rodzinie, planach, ale także o tym, jak wyobraża sobie swoją obecność w życiu publicznym i dlaczego chciała być przede wszystkim blisko ludzi.

Kilka tygodni po tym, jak codzienność wypełniły oficjalne obowiązki, zagraniczne wizyty i społeczne inicjatywy, Marta Nawrocka opowiedziała Wiktorowi Słojkowskiemu o emocjach towarzyszących nowemu etapowi życia. Mówiła o presji związanej z pełnieniem jednej z najbardziej obserwowanych ról w kraju, o rodzinie, która pozostaje dla niej najważniejszym punktem odniesienia, oraz o wartościach, które chciała wnieść do Pałacu Prezydenckiego. Dziś, dokładnie rok od zaprzysiężenia, przypominamy tę rozmowę.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Rok temu Marta Nawrocka została pierwszą damą Polski. Przypominamy wywiad VIVY!
– Bycie pierwszą damą w Polsce to poważne zadanie. Wiele osób mówiło, że poprzednia prezydentowa, mimo ogromu działań, w powszechnej narracji pozostała „niemą pierwszą damą”. Pani natomiast chce być jej przeciwieństwem, kobietą, która mówi. Działa. Jest obecna.
Nie nazwałabym tego przeciwieństwem i nie chciałabym być porównywana do poprzednich pierwszych dam. Każda kobieta, która znalazła się w tej niezwykłej, a zarazem delikatnej roli, oddała jej część siebie na swój własny sposób i według swojej własnej wrażliwości. Nie ma jednej recepty na to, jak być pierwszą damą. Pani Agata Duda wybrała drogę bez rozgłosu medialnego, ale znaczącą i wartościową. W jej działaniu było wiele dobra, które nie zawsze dostrzegała opinia publiczna. Spotkałam się z nią, żeby porozmawiać o tym, co mnie czeka. Opowiedziała. Doradziła. Było to dla mnie bardzo ważne spotkanie. Ja jako małżonka prezydenta chciałabym wykorzystać ten czas na bycie blisko ludzi, naprawdę blisko. Chcę słyszeć, jak mówią o swoich lękach, o swoich radościach, o zwyczajnych sprawach, które budują naszą wspólnotę od środka. Uważam, że ta funkcja może być pomostem między światem oficjalnym, reprezentacyjnym a światem ludzi codziennych, którzy żyją po cichu, a jednak to oni stanowią siłę Polski. Chcę swoją osobą, swoim doświadczeniem i sercem wykorzystać tę szansę, by nie tylko symbolicznie towarzyszyć, ale też realnie pomagać.

– Używa Pani słowa „szansa”, ale to przecież głównie ogromne wyzwanie, zobowiązanie, a może nawet presja. Nie ma chyba drugiej takiej roli w kraju, która byłaby tak ściśle obserwowana, tak obarczona oczekiwaniami i tak emocjonalnie komentowana…
To jest szansa, ale też odpowiedzialność. To zobowiązanie wobec ludzi, wobec historii, wobec samej siebie. I mimo że na zewnątrz ta funkcja wydaje się bardzo reprezentacyjna, w środku to także nieustanna praca nad sobą, nad swoim językiem, emocjami, nad sposobem obecności. Chcę ten czas wykorzystać najlepiej, jak potrafię, bo wiem, że każda pierwsza dama jest tylko przez chwilę, ale ta chwila może zostać zapamiętana na długo. Dlatego chcę być aktywna, obecna, pomocna, chcę angażować się w inicjatywy społeczne, edukacyjne, kulturalne, chcę dotykać spraw realnych, a nie tylko symboli. I wiem, że to wymaga ogromnej pokory oraz pracy nad sobą. Presję da się udźwignąć, jeśli wie się, po co się to robi.
– Kiedy wszystko stało się już jasne, kiedy ogłoszono wyniki wyborów i nie było żadnych wątpliwości, że Pani mąż został wybrany prezydentem Rzeczypospolitej, co Pani wtedy poczuła? Była w tym euforia? Lęk? A może spokój?
To był bardzo osobisty moment, choć wypełniony medialnym hałasem. To zaczęło się jeszcze przed wyborami, gdy złożono mężowi propozycję wystartowania w wyborach. Karol wrócił do domu i powiedział: „Musimy porozmawiać”. I że może zostać kandydatem na prezydenta. Nie zdziwiło mnie to, znałam jego charakter, jego sposób myślenia o Polsce, o wartościach, o historii. Zawsze miał w sobie ten rodzaj wewnętrznego obowiązku wobec kraju. I choć nie myślałam wtedy, że to przeznaczenie, to jednak poczułam, że to logiczny ciąg jego życia. W dniu, w którym w Krakowie, w Hali Sokół, ogłoszono kandydaturę męża, patrzyłam na niego i wiedziałam, że wygra. Nie dlatego, że jest człowiekiem, który tylko obiecuje, ale dotrzymuje słowa, a to robi różnicę. I tak jak ja nigdy się na nim nie zawiodłam, wierzę, że nie zawiodą się na nim Polacy.
– Zanim jednak pojawiła się prezydentura, miała Pani swoje życie, swoją zawodową codzienność, pracę, która dawała Pani satysfakcję. Czy trudno było się z nią pożegnać, nawet jeśli tymczasowo?
To nie była łatwa decyzja, bo przez 18 lat byłam częścią służby celno-skarbowej. Pracowałam w zespole, który był jak rodzina, z ludźmi, z którymi tworzyliśmy coś trwałego. To była praca konkretna, wymagająca, ale uczciwa. Miała sens. Jako funkcjonariusz publiczny nie mogłam angażować się w kampanię prezydencką, więc złożyłam wniosek o urlop bezpłatny. Zrobiłam to dla czystości zasad, wobec siebie i wobec służby, w której pracowałam. Nie czułam żalu, raczej poczucie odpowiedzialności. Myślę, że każdy człowiek ma w życiu taki moment, kiedy musi zrobić krok w inną stronę nie dlatego, że coś się kończy, ale dlatego, że coś nowego się zaczyna. Tak właśnie traktuję ten czas: jako inny wymiar służby.
– Jest Pani nie tylko żoną prezydenta, ale również mamą trójki dzieci. To ogromna zmiana dla rodziny. Jak Państwo odnaleźli się w tej nowej rzeczywistości, w której dom staje się jednocześnie częścią życia publicznego?
Rodzina jest dla mnie fundamentem wszystkiego. Bez niej nie byłoby mnie. Nasza najmłodsza córeczka ma siedem lat. Dla niej Karol był zawsze po prostu tatą. I tak pozostało. Pamiętam, jak jeszcze w trakcie kampanii podbiegała do telewizora, wysyłała mu buziaki i biegła dalej. Jakby myślała, że tata pracuje w telewizji (śmiech). Starszy syn ma 15 lat, dużo rozumie, więc przeżywał to po swojemu, z mieszanką dumy i sceptycyzmu. Najstarszy, zawsze społecznie aktywny, zaangażowany, ciekawy świata, czuł się w tym jak ryba w wodzie. Widział w tym sens, widział misję. Dla mnie to doświadczenie było ważną lekcją. Bo można być pierwszą damą Polski, ale trzeba też pozostać pierwszą damą własnego domu. W tym wszystkim najważniejsze jest, żeby nasze dzieci wiedziały, że niezależnie od ról i tytułów wciąż jesteśmy tą samą rodziną, że mamy swoje rytuały, święta, swoje małe codzienności, które nas budują. I że dom jest miejscem, gdzie nie ma protokołu, tylko miłość, normalność i śmiech.
– W Pani biografii pojawia się jednak coś, co mnie szczególnie zaintrygowało – szkoła baletowa. Dlaczego właśnie balet? Czy to było dziecięce marzenie o scenie, o światłach, o ruchu, który staje się poezją?
Każda dziewczynka ma swoje marzenia, czasem ulotne, czasem konkretne, ale zawsze pełne emocji. Ja marzyłam o tańcu, o tej niezwykłej harmonii między ciałem a muzyką, o poczuciu, że można wyrazić coś bez słów. To było coś więcej niż dziecięca zabawa. W moim przypadku taniec był też rodzinną pasją, bo mój brat również chodził do szkoły baletowej i przez kilka lat wspólnie uczestniczyliśmy w tej wymagającej, ale pięknej przygodzie. Balet to świat surowych zasad, dyscypliny, pracy nad sobą, często ponad siły, ale też świat ogromnej wrażliwości. Nauczył mnie systematyczności, odporności na stres, poczucia rytmu, nie tylko muzycznego, ale też życiowego.

– A jednak nie została Pani tancerką, tylko wybrała zupełnie inną ścieżkę. Nigdy nie kusiło Panią, by stanąć na scenie?
Czasem myślę, że w życiu każdy z nas ma kilka równoległych dróg i każda z nich mogłaby być dobra, ale nie da się iść wszystkimi naraz. Zrozumiałam dość wcześnie, że taniec, choć piękny, nie będzie moją przyszłością. Czułam, że chcę czegoś innego, bardziej stabilnego, konkretnego. Że chcę być częścią czegoś większego niż scena. Dlatego poszłam w stronę pracy publicznej. I choć to dwa zupełnie różne światy – teatr i urząd – to jednak łączy je coś wspólnego: dyscyplina, rytm i odpowiedzialność. W balecie liczy się każdy krok, w służbie – każde działanie. Tylko sceneria się zmienia.
– Dziś ma Pani z pewnością inne marzenia. Jakie są one teraz, kiedy świat patrzy na Panią przez pryzmat funkcji, ale Pani sama wciąż pozostaje tą samą kobietą?
Mam swoje osobiste marzenia, ale nie będę ich zdradzać, bo się nie spełnią (śmiech). A moim największym społecznym marzeniem jest to, by Polska nie była podzielona. Ani politycznie, ani mentalnie, ani emocjonalnie. Chciałabym, żebyśmy jako społeczeństwo nauczyli się znowu ze sobą rozmawiać, słuchać siebie, pięknie się różnić. Polska jest wspaniałym krajem, pełnym dobrych, serdecznych ludzi, ale często pozwalamy, żeby język, jakim się posługujemy, oddzielał nas od siebie. Chciałabym, byśmy zaczęli mówić do siebie z szacunkiem, nawet jeśli się nie zgadzamy. Byśmy przestali nienawidzić w internecie, przestali oceniać innych po jednym zdaniu, po jednym zdjęciu. Bo przecież w rzeczywistości ludzie są inni niż w sieci, cieplejsi, delikatniejsi, bardziej ludzcy.
– To marzenie, które brzmi pięknie, ale też nieco utopijnie. Czy wierzy Pani, że naprawdę da się to zmienić?
Wierzę, że tak. Może nie od razu, może nie w skali całego kraju, ale w małych gestach, w rozmowach między ludźmi, w uśmiechu, w gotowości do wysłuchania drugiego człowieka. Czasem wystarczy, że ktoś po prostu powie: „Rozumiem cię”, nawet jeśli się z nim nie zgadza. W internecie często widzimy sporo złości, ale w prawdziwym życiu spotykam zupełnie innych ludzi. Ciepłych, serdecznych, wdzięcznych, życzliwych. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby ktoś na ulicy powiedział coś przykrego, mimo że w mediach społecznościowych komentarze bywają okrutne. To pokazuje, jak bardzo internet wypacza obraz społeczeństwa. Dlatego chcę działać, byśmy zaczęli lepiej rozumieć, jaką siłę mają słowa.
– Wiem, że Pani fundacja ma zajmować się między innymi tematem hejtu, szczególnie wobec dzieci i młodzieży.
Jest to jeden z głównych obszarów, któremu chcę się poświęcić. Bo hejt nie dotyczy tylko dorosłych, on zaczyna się już w przedszkolach, w szkołach, na podwórkach. Czasem od niewinnych słów, które w rzeczywistości bardzo ranią. Dzieci często nie wiedzą, że słowa potrafią zostawić ślad na całe życie. Pamiętam sytuację, kiedy moja córeczka usłyszała od dorosłej osoby: „Kasiu, jesteś super, nie przejmuj się hejtem”. Szłyśmy wtedy razem i ona po chwili zapytała: „Mamo, a co to jest hejt?”. To pytanie mnie zatrzymało. Dziecko w jej wieku nie powinno nawet znać tego słowa. Ono powinno się śmiać, bawić, żyć w świecie, który jest bezpieczny i dobry. Dlatego tak bardzo wierzę w edukację, w rozmowy, w uświadamianie.
– I w tej walce nie jest Pani sama.
Nie, i jestem za to ogromnie wdzięczna. Mnóstwo osób, których nawet nie znamy, niezależnie od poglądów politycznych stanęło w obronie Kasi. Także rzecznik praw dziecka zareagowała bardzo konkretnie, złożyła wniosek o ściganie w sprawie hejtu, który dotyczył naszej córki. Zostałam już dwukrotnie przesłuchana w tej sprawie i mam nadzieję, że negatywne treści znikną z przestrzeni publicznej. Kasia nie powinna widzieć takich rzeczy o sobie. Dzieci trzeba chronić, zanim nauczą się same tego świata.
– To wszystko brzmi bardzo emocjonalnie, bo dotyczy życia prywatnego. A przecież teraz całe Państwa życie się zmieniło.
Nasze życie zmieniło się całkowicie. Najstarszy syn Daniel został w Gdańsku, choć dzieli czas między rodzinne miasto a Warszawę. Pracuje w mediach, działa społecznie, bardzo dojrzale podchodząc do nowej sytuacji. Antek z kolei trafił do nowej szkoły, w nowym mieście, z nowymi ludźmi. Wydawałoby się, że to wiek, w którym każda zmiana jest trudna, a on się w tym dobrze odnajduje. Najmłodsza, Kasia, poszła dopiero do pierwszej klasy. Wszyscy uczymy się tej rzeczywistości na nowo, krok po kroku, razem. Mój świat też się zmienił, nie ma już bliskości morza, mew, szumu fal. Z Karolem nasze wspólne życie zaczynaliśmy w jednym pokoju, w mieszkaniu, które dzieliliśmy z mamą mojego męża. Było skromnie, ale szczęśliwie. Potem długo czekaliśmy na własne mieszkanie, pamiętam to oczekiwanie, zapach świeżej farby, meble składane w nocy. W końcu przeprowadziliśmy się do naszego mieszkania, a teraz jesteśmy tutaj, w Pałacu Prezydenckim, w zupełnie innej rzeczywistości, choć w środku pozostało to samo: wdzięczność, miłość i wspomnienie tamtych początków. To jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze, że mimo zmian wokół nas w środku pozostajemy tacy sami. Nigdy nie staraliśmy się być kimś innym, niż jesteśmy. Mój mąż jest prezydentem, ale gdy wracamy do domu, zrzucamy garnitury, siadamy z dziećmi, oglądamy filmy, rozmawiamy, śmiejemy się. Gdy jesteśmy razem, nie siedzimy nad ustawami, tylko nad klockami, szkolnymi zeszytami i planami na przyszłość. Taki rytm życia pozwala nie zatracić siebie. I właśnie to jest klucz do równowagi i sukcesu. Zawsze dbaliśmy o to, by oddzielać życie zawodowe od prywatnego. Kiedy mąż pracował w Warszawie w Instytucie Pamięci Narodowej, a my byliśmy jeszcze w Gdańsku, wiedział, że gdy wraca do domu, to wraca naprawdę. Nie było wtedy telefonów, maili, obowiązków służbowych. Tylko czas dla rodziny.
– Czyli nawet teraz, mimo ogromu obowiązków, znajdzie się czas na odrobinę przyjemności? Choćby na te słynne wrotki?
(Śmiech). Na wrotki zawsze znajduję czas.
– Ma Pani jeszcze przyjaciółki ze starego życia? Spoza świata polityki?
Większość moich przyjaciółek to kobiety, które nie mają nic wspólnego z polityką. Znamy się od lat, z pracy, ze szkoły, z dzieciństwa. Dla nich nie jestem „pierwszą damą”, tylko po prostu Martą. Czasami śmiejemy się z tego, jak dziwnie to brzmi, kiedy ktoś się nagle usztywnia, mówi do mnie „pani prezydentowo”. Moje przyjaciółki tak nie mówią. Dla nich nic się nie zmieniło. Rozmawiamy po staremu, śmiejemy się z tych samych rzeczy. To daje mi ogromny komfort psychiczny. Oczywiście pojawili się też ludzie, z którymi nie miałam kontaktu przez 10 czy 15 lat. To było miłe, ale też pokazało, że ta nowa rola jest pewnego rodzaju lustrem, w którym odbijają się relacje. Najważniejsze, że ci najbliżsi zostali. I że są przy mnie.

– Słuchając Pani i Pani męża, mam wrażenie, że rodzina to dla Was nie tylko przestrzeń prywatna, ale pewien rodzaj systemu wartości. To coś, co Was definiuje i daje siłę.
Rodzina jest wszystkim. To nasz fundament, nasze źródło siły i spokoju. Kiedy świat zaczyna wirować, zatrzymujemy się, jesteśmy razem. Dzieci przypominają nam, co jest w życiu ważne. Dają nam perspektywę, której żaden urząd ani tytuł nie zastąpi. Wystarczy spojrzeć, jak się śmieją, jak pytają o świat, żeby wszystko nabrało sensu.
– Co Pani pomyślała, kiedy przeczytała sławny już wpis na Facebooku swojego syna, ten bardzo poruszający, w którym napisał, jak dumny jest z ojca?
Popłakałam się. Po prostu. Nie potrafię na to pytanie inaczej odpowiedzieć. To był dla mnie moment wzruszenia, wdzięczności i dumy. Każda mama, niezależnie od tego, kim jest, marzy, by jej dzieci były dobre, empatyczne i mądre. Daniel ma 22 lata, od drugiego roku życia jest z Karolem, ze swoim tatą, nie miał innego ojca. Ta więź, która między nimi powstała, jest pełna i bezwarunkowa.
– Czy to dlatego zdecydowali się Państwo na pełną adopcję, z nazwiskiem, z całym formalnym porządkiem, z pesel-ami, z tym wszystkim, co sprawia, że rodzina jest rodziną także w dokumentach, a nie tylko w uczuciach?
Była to inicjatywa męża. Przeszliśmy pełną adopcję, Daniel nosi nazwisko męża. Od tamtej chwili nasze życie toczy się tak, jakby zawsze było oczywiste, że Karol jest tatą Daniela.
– Ma Pani w sobie szczególny rodzaj empatii do drugiego człowieka. To dzięki Pani babciom, które były przy Pani od najmłodszych lat?
Tak, bardzo dużo im zawdzięczam. Obie brały czynny udział w moim życiu od pierwszych kroków po dorosłość, pomagały moim rodzicom w opiece nade mną, później z troską opiekowały się moimi dziećmi. Nadal są, żyją, wspierają, kibicują.
– Ale nie mówią do Pani „pani prezydentowo”?
(Śmiech). Nie, ale jedna moja babcia, w momencie gdy Karol stał się głową państwa, gdy mnie widzi, wzrusza się do łez za każdym razem. I te łzy są dla mnie jak błogosławieństwo codzienności.
– A czy wciąż robi dla Pani knedle? Te słynne sierpniowe, ze śliwkami, które podobno potrafią zamknąć w jednym smaku całe lato i pół Pani dzieciństwa?
Robi. Babcia pochodzi ze Świętokrzyskiego, raz w roku, w sierpniu, są knedle ze śliwkami. W tym roku nie zjadłam ani jednego i śmiejemy się, że wszystko jeszcze przede mną, bo tradycje nie znikają, one tylko czekają cierpliwie, aż znajdziemy dla nich czas.
– W tym nowym rytmie życia brakuje Pani zwyczajności, tej prozy dnia, gotowania, prania, porządków, tej cichej pracy rąk, która w domu układa wszystko na swoje miejsce?
Brakuje, i to przyszło bardzo szybko. Po przeprowadzce do Warszawy to był szok, że ktoś, a nie ja, dba o rytuał stołu. Już po tygodniu postanowiłam, że część posiłków będę przygotowywała sama. Nie chcę zbyt często angażować obcych w naszą codzienność, lubię mieć porządek wokół siebie i lubię dbać o niego na bieżąco. Zawsze prałam sama i nadal piorę, bo lubię.
– Słucham?
Naprawdę lubię wywieszać pachnące pranie. Proszę mi wierzyć – to daje mi spokój.
– Ma Pani świadomość, że tamto, poprzednie życie już nie wróci?
Myślę, że pewien etap został zamknięty. Osiemnaście lat służby, najpierw urlop bezpłatny, a od szóstego sierpnia, wiem, jak to brzmi, ale tak jest, jestem formalnie emerytką. Więc ten rozdział już się nie otworzy, choć w sercu zostaje wszystko, czego się nauczyłam. Nie wiem, czy gdy służba mojego męża dla Polski dobiegnie końca, wrócimy do Gdańska. Życie samo pisze dalszy ciąg. Dziś skupiamy się na tym, co jest. Minęły dopiero – albo i aż! – trzy miesiące nowej rzeczywistości i nie wybiegam za daleko. Wiem tylko, że nie będę już nigdy wstawała o czwartej rano na akcje, że nie będę zwalczać nielegalnego hazardu w Trójmieście, że to zamknięta droga. Tamta droga się zamknęła, ale otworzyła się nowa. Dużo jeszcze przed nami. Niepewność to część życia każdego człowieka. Ale jedno jest pewne. Że zawsze będzie Karol, nasze dzieci, koty i ja. No i może za jakiś czas dołączy do nas… pies.
Rozmawiał Wiktor Słojkowski
