Jest operatorem, reżyserem, fotografem. Współpracował z Anją Rubik i magazynem VIVA!. Polscy projektanci i modowe marki ustawiają się do niego w kolejce. Wiedzą, że mogą liczyć na profesjonalizm, perfekcję i nietuzinkowe pomysły. Niedawno pod pseudonimem Zigy Iva wydał pierwszą płytę. Niedługo będzie o nim głośno. Poznajcie Marcina Ziółkę i jego świat.
WIDEO…
Marcin Ziółko przez dziesięć lat pracował nad płytą „TOB”
[...]
Czy jesteś perfekcjonistą?
O tak! I mam z tym poważny problem. To uprzykrza mi życie, bo rzutuje na moje zdrowie, i psychiczne, i fizyczne. Ale paradoksalnie pozwala mi nie odpuszczać.
Ile czasu poświęciłeś przygotowaniu płyty „TOB”?
Dziesięć lat. Zbierałem rodzinne historie, wybierałem, pisałem teksty. Każdy utwór miał ze sto wersji, zanim uznałem, że jest OK. W każdym są jakieś smaczki z mojego życia. Na przykład dźwięki wydawane przez kurczaczka. Miałem kiedyś kurę Brygidę. Kupiłem ją sobie na targu w Muszynie. Ona mnie traktowała jak matkę, biegała za mną po podwórku, skakała po mnie. Aż po trzech miesiącach po prostu umarła. Jej serduszko nie wytrzymało. Niestety nie ja ją znalazłem i nie miałem okazji się pożegnać, a przecież jej obecność dała mi naprawdę dużo. Dlatego jej śpiew znalazł się na mojej płycie. Innym razem zobaczyłem, jak moja dwuletnia siostrzenica pokazuje swojej mamie spadające płatki kwiatów wiśni i krzyczy: „Mama! Mama!”. Pomyślałem, że to jest wspaniałe, jak taki mały człowiek jest zafascynowany otaczającym go światem. I ta chęć poinformowania o tym najważniejszej osoby w jej życiu… to było czyste i mnie bardzo wzruszyło.
Oczywiście wykorzystałeś to w jednym z utworów.
Tak, szkoda by było zostawić to tylko dla siebie. Wiesz, to chyba wynika z tego, że tęsknię za taką dziecięcą naiwnością, jakiej w dorosłym życiu sami się pozbawiamy. Szkoda mi tego, że dorosły człowiek wszystko poddaje analizie. Jestem wrażliwy na takie momenty, bo widzę, że dorosłość odbiera mi odwagę. Ale lubię być dorosły, choć nie idę na żywioł.
Nigdy?
Moja kreatywność polega na tym, że działam spontanicznie, ale jestem chłodny w ocenach i do wszystkiego podchodzę przygotowany. Jestem człowiekiem, który ma katastroficzne wizje. Przewiduję, co może się nie udać, napawam się tym, a potem się dziwię, że chodzę zmęczony i przybity. Najgorsza jest analiza, ile szans stracę przez takie podejście (śmiech). To dlatego zgadzam się robić różne rzeczy, mimo że okupione jest to dużą ilością stresu. Tak było z występem w programie Gabi Drzewieckiej w TVP2. Gdy dostałem zaproszenie, od razu je przyjąłem, ale gdy opadły pierwsze emocje, o mało nie dostałem zawału. Miałem zasiąść na kanapie pomiędzy muzycznymi wyjadaczami Zalią i WaluśKraksaKryzys, a wcześniej zaprezentować jeden utwór. A przecież ja publicznie z mikrofonem wystąpiłem lata temu, biorąc udział raz w karaoke. Nie było mowy, żebym poszedł na żywioł. Przygotowywałem się kilka dni, aż ze stresu dostałem zapalenia gardła, które cudownie zaczęło ustępować w dzień nagrań. Projektowanie czegoś od początku do końca pozwala mi dowieźć rzeczy do końca. A poza tym uważam, że coś nade mną czuwa, bo jednak udało mi się wystąpić.

Dramatyczny wypadek Marcina Ziółki
Opatrzność?
Życie traktuje mnie dobrze. Powiedziałbym nawet, że jest dla mnie łaskawe. Wiele razy udało mi się wyjść cało z różnych perypetii i dlatego dzisiaj mogę z tobą rozmawiać.
Zabrzmiało groźnie.
Mówię o dramatycznych momentach, w których na przykład jakimś cudem udało mi się przeżyć. Kiedyś z koleżanką spychaliśmy się z ośnieżonego wału przeciwpowodziowego. Pech chciał, że jakoś tak niefortunnie się poślizgnąłem, zrobiłem fikołka w powietrzu i wylądowałem na jednym jedynym kamieniu. W szpitalu okazało się, że boją się mnie zoperować, bo obojczyk pękł mi tak niefortunnie, że o mały włos, a przeciąłby mi tętnicę. Czy to nie szczęście?
O czym marzysz?
Jak już ustaliliśmy, nikomu nie ratuję życia. Chciałbym, żeby moja muzyka sprawiła, żeby ktoś, kto jej słucha, mógł przenieść się choć na chwilę w miejsce, które pozwala zapomnieć, skąd się przyszło. Są takie zespoły, które potrafią wprowadzić słuchaczy w taki stan, że na chwilę zapomina się o wszystkim, co się dzieje wokół, i człowiek czuje się jak w jakiejś bajce.
Ty nie zapominasz, skąd idziesz. A dokąd zmierzasz?
Nie myślę dalekosiężnie. Na drodze jest tyle zakrętów, że mógłbym się zgubić. Chciałbym powiedzieć, że z moją muzyką idę na wielkie festiwale i do małych ukrytych miejsc, na przykład w Nowym Jorku. Wiem, że to wymaga nie tylko mojego dużego zaangażowania, ale po prostu zwykłego szczęścia. A ja wolę ze szczęściem nie pogrywać.
Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu VIVA!, który będzie dostępny w sprzedaży od czwartku 10 września.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nie pieniądze i nie poczucie bezpieczeństwa. TYLKO W VIVIE! Mandaryna mówi wprost: „Nie czekałam na królewicza”


























