Tomasz Karolak długo uciekał od ojcostwa. Dopiero po latach zrozumiał, co stracił. Przypominamy archiwalny wywiad VIVY!
Tomasz Karolak i jego 18-letnia córka Lena po raz pierwszy tak otwarcie opowiedzieli o swojej relacji. Aktor wrócił wspomnieniami do czasu, gdy uciekał przed odpowiedzialnością za rodzinę,. Mówił o ojcostwie jako jednej z najważniejszych życiowych lekcji. W szczerej rozmowie z Beatą Nowicką dla magazynu VIVA! nie zabrakło wspomnień z teatru, rodzinnych podróży i trudnych momentów dojrzewania.

Ojciec i córka. Łączą ich gen indywidualizmu, poczucie humoru, fascynacja teatrem. Tomasz Karolak opowiada Beacie Nowickiej o dorastaniu do roli ojca, Lena Karolak o życiu u boku sławnego taty. Ich rozmowa jest niczym czuły list. Pełna miłości, uważności, ale czasem, jak mówi Tomasz, zdarzają się i „podbramkowe sytuacje”. Przypominamy wywiad z 2024 roku.
Tomasz Karolak o ojcostwie: „Przez ponad 10 lat nie mieszkałem z rodziną”
Pamiętam jak w IMCE, której dyrektorowałeś – ale nie miałeś gabinetu – siedzieliśmy na korytarzu na kanapie i przybiegła do nas Lenka. Miała trzy latka, powiedziała: „Tata, ja też będę aktorką!”.
Tomasz: Przed premierą „Dzienników” Gombrowicza weszła na scenę, gdzie Piotrek Adamczyk w skupieniu przegadywał swój tekst. Przerwał, spojrzał na Lenę i zapytał: „A kim ty jesteś, dziewczynko?”. „Jestem córką Tomka Karolaka”. Piotrek: „O, to fajnie, a ja tu właśnie przygotowuję się do przedstawienia”. Lenka na to: „Wiem, a ty wiesz, że to mój tatuś tu rządzi” (śmiech). Swoją pierwszą rolę „zagrała” z Violką w serialu „39 i pół”. Była dzieckiem Cyganki, miała osiem miesięcy. Wciąż mam zdjęcia z tego planu. Mówi się, że upływający czas najbardziej widać po dzieciach…
– Prawda. Lenka ma już 17 lat, 179 centymetrów wzrostu, zaraz Cię przerośnie.
Lena: Gdy byłam dzieckiem, w teatrze taty czułam się jak w domu. Uwielbiałam tam przesiadywać. Znałam każdy kąt, ze wszystkimi rozmawiałam. Byłam ciekawa, otwarta, socjalna. Teraz już taka nie jestem (śmiech). Interesuje mnie sztuka Japonii. Pamiętam, że miałam siedem lat, kiedy tata specjalnie dla mnie wyreżyserował opowieść o dzielnym chłopcu Momotaro, który aby odczarować zaklęcie rzucone na rodziców przez złego demona Kudayasi, musi zdobyć cudowną wodę z góry Fudżi. Momotaro wyruszał w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw. To był piękny spektakl, odniósł ogromny sukces i był grany przez wiele lat.
Tomasz: Często przyprowadzała do teatru koleżanki. Któregoś dnia, tuż przed rozpoczęciem spektaklu, poruszenie – nie ma Lenki. Szukamy wszędzie i nic, przepadła. Publiczność gromadzi się na sali, my w panice. W końcu dziewczyny ją znalazły, weszła z koleżanką pod widownię. Stamtąd obejrzały cały spektakl. Przedstawienie się skończyło, zaglądam pod widownię, a one łażą na czworakach i czegoś szukają. Wreszcie wychodzą i Lenka woła z triumfem: „Tata, uzbierałyśmy 100 złotych!”. Kieszonkowe…
Lena: Widzom zawsze wypadały z kieszeni jakieś drobne… (śmiech). Uwielbiałam przychodzić na próby, podglądać, jak aktorzy przygotowują się do roli. Kiedy publiczność ich oklaskiwała, ja wiedziałam, ile ich to kosztuje. Lubiłam oglądać przedstawienia spod schodów. Stamtąd dobrze widziałam scenę i widownię. Pamiętam moje zaskoczenie, że reakcje widzów mogą być tak różne. Tato nauczył mnie patrzenia na świat, sztukę z różnych perspektyw, bardzo to sobie cenię.

– Miałeś 36 lat, kiedy Lenka się urodziła, byłeś gotowy na to ojcostwo?
Tomasz: Było jak grom z jasnego nieba. Bałem się założenia rodziny jak… wojny. Strach był tak dojmujący, że nawet nie dałem sobie szansy na stworzenie normalnego życia. Ponad 10 lat nie mieszkałem z Violką i dziećmi. Ona mówiła: „Zbudujmy tę rodzinę razem, ta droga jest ci pisana”, a ja: „Nie, nie, nie! Ja się do tego nie nadaję”. Od ojcostwa uciekałem w pracę. Stworzyłem sobie bezpieczny świat, który nie był prawdziwy. Grałem film za filmem, czasem trzy filmy naraz, stworzyłem IMKĘ. W iluzji czułem się świetnie, bo nie niosła dla mnie żadnych poważnych zagrożeń. Kiedy trzeba było zmierzyć się z realnymi problemami, nie potrafiłem. Byłem w mentalnych trampkach. Mam wrażenie, że całe życie dążyłem do jakiegoś spokoju, którego nigdy nie osiągałem, bo nie umiałem odnaleźć go w sobie.
– Co było momentem przełomowym?
Tomasz: Klik w głowie: Co ja robię?! Poczułem dysonans poznawczy. Miałem czterdzieści parę lat, ludzie zaczepiali mnie i mówili: „Widziałem pana w »39 i pół«, jest pan fantastyczny”, a ja w życiu prywatnym zachowywałem się jak rozwydrzony bachor. Każdy z nas ma takie wewnętrzne dziecko, którym trzeba się zaopiekować. Ja długo nie umiałem. Takich facetów są miliony. Boją się odpowiedzialności za rodzinę, bo sami za siebie nie potrafią być odpowiedzialni. Mam swoją koncepcję na temat tego, dlaczego zostajemy aktorami. Z kompleksów, nie z talentu, bo talent mamy wszyscy. Aktorzy walczą o uwagę, której nie dostali, i o miłość, której mieli za mało. Wiesz, że 60 procent Polaków ma traumy z dzieciństwa?

– Czytałam. Dużo.
Tomasz: Bardzo dużo. Połowa mężczyzn nie wie, co robić, do połowy życia, ponieważ nie potrafią rozliczyć się i pogodzić z przeszłością. Psychologowie twierdzą, że tworzymy trzy rodzaje relacji romantycznych: lękową, bezpieczną i unikową. O tym, jakie relacje będziemy budować w życiu dorosłym, decyduje ilość czasu, który spędziła z nami mama. Ja jestem z pokolenia, w którym matki pracowały. Była niania, żłobek, świetlica, klucz na szyi. Dlatego chapeau bas dla Violki, która ze wszystkiego zrezygnowała i była z naszymi dziećmi przez trzy lata. Nie oskarżam rodziców, to raczej wina tamtych czasów, systemu. Tyle że stres z dzieciństwa wlecze się za nami całe życie, jeśli go nie rozbroimy, żyjemy nieświadomie. Kiedy wreszcie zaakceptowałem w sobie tego małego Tomka, który szwendał się po wydmach i czuł się osamotniony, zacząłem budować coś nowego. Wokół mnie i we mnie. W psychologii ten proces nazywa się dojrzałością, przeżyłem go dosyć późno.
– Kiedy zrozumiałaś, że Twój tato jest popularny?
Lena: Nie było takiego momentu. Odkąd pamiętam, ludzie zaczepiali tatę na ulicy, podchodzili w różnych miejscach, prosili o wspólne zdjęcie, autograf albo mówili, że widzieli go w jakiejś roli i był świetny. Żyłam w przekonaniu, że wszyscy wiedzą, kim jest mój tata.

– Czułaś pustkę, gdy nie mieszkał z Wami?
Lena: Nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Nie rozumiałam, dlaczego z nami nie mieszka, ale z czasem przyjęłam do wiadomości, że po prostu tak jest. Tata jest pracoholikiem, wiecznie na jakimś planie, ale zawsze był obecny w moim życiu. Nigdy nie miałam poczucia, że zapomniał o rodzinie, że się o nas nie troszczy. Kiedy mógł, przyjeżdżał, spędzał z nami czas, dbał o nas. Zabierał mnie do teatru. Uwielbiam z nim podróżować. Na początku jeździliśmy tylko we dwoje do różnych krajów.
Tomasz: Kiedy Lenka była mała, często prosiła: „Chodź, tata, zwiedzimy jakiś zamek”. Miała na myśli kościół (śmiech).
Lena: Podobają mi się renesansowe obrazy i barokowe ołtarze w kościołach. To przyjemność dla oka. Lubię sztukę niebanalną, na którą mogę popatrzeć z różnych punktów widzenia: estetycznego, psychologicznego, historycznego. Nie wszystko rozumiem, ale tato mówi, że to naturalne. Kocham z nim zwiedzać zabytki, bo ma ogromną wiedzę. Potrafi zinterpretować w sensowny sposób każde dzieło. Dwa lata temu w Albertinie w Wiedniu widzieliśmy retrospektywę 50 dzieł Basquiata. Pozornie rysuje proste, dziecięce, kolorowe obrazki, mój tata widzi w tym duży przekaz, ja nie, więc dyskutujemy na ten temat.
– Piękną laurkę córka Ci wystawiła.
Tomasz: I jestem szczęśliwy. W tej rozmowie bierzemy udział z Lenką, ale w naszym tandemie jest Leon i Violka. Uwielbiam z nimi jeździć, pokazywać świat, odkrywać architekturę, sztukę. Małe dziecko nas nie rozumie, ono nas naśladuje. Kiedy wyjeżdżasz w góry i starasz się opowiedzieć 11-letniemu synowi o wielkiej metafizyce przyrody, a potem twój syn mówi: „Tato, to zróbmy sobie dwudniowca” – męski, górsko-wędrowniczy czas tylko we dwóch – serce rośnie. Zwykło się myśleć, że dzieci są obowiązkiem. Powtórzę za Kołakowską: „Okazuje się, że wychowanie dzieci jest misją”. Zapomnieliśmy o tym. Popkultura chętnie nas w tym wyręcza.
– Prawda.
Tomasz: Jest takie powiedzenie, że ojciec powinien namaścić córkę na księżniczkę, ona wtedy idzie w świat z odpowiednim wzorcem: poczuciem własnej wartości. Papierkiem lakmusowym tej teorii jest pierwsza nastoletnia nieszczęśliwa miłość. Lena przeszła ją z podziwu godnym zrozumieniem: „Wiesz, tato, każdy ma swoje demony, ale ja ich nie uleczę. Mogę leczyć tylko swoje”. Tak mi powiedziała piętnastoipółletnia córka. Byłem pod wrażeniem. Spojrzałem na Lenę i pomyślałem: Być może ten młody człowiek nie rozbije się na pierwszej rafie. Wiemy, co się dzieje. Świat internetu jest studnią bez dna, która zasysa bez litości. Dziękuję Bogu, że jesteśmy z Violką trochę analogowi. Wierzymy, że w życiu trzeba się zmęczyć, żeby coś osiągnąć. Na przykład wejść na Kasprowy Wierch. Aplikacja cię tam nie przeniesie.

– Bywało trudno?
Tomasz: Bywało. Mieliśmy parę podbramkowych rozmów. Czas, kiedy Lena poszukiwała własnej tożsamości, był trudny dla nas wszystkich, ale uświadomił mi, że muszę zrezygnować z siebie i zacząć naprawdę słuchać dziecka.
Lena: Tato nie ukrywał swojej dezaprobaty. Wprost mówił: „Nie podoba mi się to. Masakra”. Ale niczego mi nie zakazywał. Zawsze starał się mnie akceptować. Nie przejmowałam się tym, co mówił. Nieważne, co myślą o tobie inni, kieruj się tym, co czujesz – sam mnie tego nauczył.
Córka Tomasza Karolaka poszła do szkoły wojskowej. „Najpierw powiedział: Nigdy w życiu”
– Jak zareagował, gdy mu powiedziałaś, że idziesz do szkoły wojskowej?
Lena: Najpierw powiedział: „Nigdy w życiu”, a potem: „Skoro chcesz, proszę. Przekonasz się na własnej skórze, czym jest wojsko”. Trochę go rozumiałam. Dziadek i babcia byli wojskowymi, w domu miał dyscyplinę, chciał się z tego wyrwać. Był rock’n’rollowcem, słuchał buntowniczej muzyki, to go ukształtowało. Dziadek nadal ma swoje zasady, ale jest bardzo dumny z mojego ojca, z tego, co osiągnął.
Tomasz: Uciekałem od wojska, to była trauma, która niosłem. Lena odbębniła to za mnie. Rodowe ustawienie…

– Skąd ten pomysł przyszedł Ci do głowy?
Lena: Może chciałam zobaczyć coś innego? Zdałam do polsko-japońskiej szkoły plastycznej, ale po roku stwierdziłam, że już nie chcę tam być, a nie miałam innych wyborów. Wpisałam w wyszukiwarkę „klasa mundurowa Warszawa”, weszłam w pierwszy link i tydzień później byłam w nowej szkole. Założyłam mundur…
– I…?
Lena: Zaczęło mnie to nawet interesować. Pani dyrektor mówiła, że jestem jedną z lepszych kadetek, można brać ze mnie przykład. Jeździłam na obozy wojskowe, nie był to obóz przetrwania, ale panował rygor. Mieszkaliśmy w namiotach, o szóstej pobudka na zaprawę, czyli bieg na pięć kilometrów, o ósmej śniadanie, potem ćwiczenia. Skoczyłam ze spadochronem, chodziłam na strzelnicę. Pamiętam, że na poligonie miałam problem, żeby przeładować glocka. Trzeba mieć do tego siłę, a mnie bolał zwichnięty palec. Podszedł do mnie GROM-owiec i mówi: „Aktoreczko, może lepiej wracaj na scenę”. Mina mu zrzedła, gdy zobaczył mój wynik: „Może jednak nadajesz się do wojska”. Czułam megasatysfakcję (śmiech).

– Słusznie. Powinnaś być dumna.
Lena: Byłam. Warto było tego doświadczyć. Nauczyłam się dyscypliny. Moim zdaniem w życiu trzeba umieć odnaleźć się w każdej sytuacji: postawić na swoim, zbuntować, ale też przełamać się, czasem nawet wbrew sobie. Nie myślałam o wojsku jako o planie na przyszłość. „Bóg, honor, ojczyzna” to nie do końca moja bajka. Od września jestem w klasie o profilu społeczno-prawnym. Ale nie wiążę przyszłości z prawem.
– A z czym?
Lena: Nie mam pojęcia. Powinnam o tym myśleć, bo jestem w klasie maturalnej – dzisiaj pisałam próbną maturę z polskiego – ale mam dopiero 17 lat, zastanawiam się, czy nie zrobić sobie przerwy na rok, żeby się zastanowić. Może to jest przeznaczenie? Ja swojego jeszcze nie znalazłam.

– Może, zabierając Lenę do teatru, podświadomie wpłynąłeś na to przeznaczenie? W końcu od dziecka „uczyła się” u najlepszych.
Tomasz: To prawda. Była świadkiem najlepszych lat IMKI. Widziała inscenizacje Mikołaja Grabowskiego, Krystiana Lupy, Łukasza Kosa, Pawła Świątka, Moniki Strzępki. Miała okazję zobaczyć Daniela Olbrychskiego w „Niespodziewanym powrocie” i w „Ogrodniku”. Ma rozpiętość spojrzenia na to, czym jest forma teatralna, sztuka w ogóle. Z Violką zadbaliśmy o jej wrażliwość artystyczną. Ja tego nie dostałem. Wychowywałem się w Ustroniu Morskim, w telewizorze oglądałem zespół harcerski Gawęda i marzyłem, żeby w nim występować. Być może podświadomie stwarzam dzieciom możliwości, jakich sam nie miałem?
– Kiedy ostatnio Lenka widziała Cię na scenie?
Tomasz: Kilka dni temu, w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Graliśmy „Kwartet” Schaeffera, z Mikołajem Grabowskim, Andrzejem Grabowskim i Jankiem Peszkiem. Moje dzieci siedziały na widowni i po spektaklu Lena powiedziała: „To jest niesamowite, że przedstawienie ma 50 lat, aktorzy są siwi, a całość fantastycznie koresponduje z młodą publicznością”. Cieszę się, że ceni groteskę, ma poczucie humoru. To w życiu ważne.
Lena: To był świetny spektakl, wspaniale zagrany, mega mi się podobał. Tato imponuje mi jako aktor, bo jest dobry w tym, co robi, ma talent. Jego sekret polega na tym, że on nie gra, jest sobą. Na scenie zrobi wszystko, żeby wtopić się w rolę. Kiedy zobaczyłam go jako Drag Queen, popłakałam się ze śmiechu. Podobało mi się. Byłam w pozytywnym szoku, że to jest mój tato i tak wygląda. Myślę, że ta przygoda zmieniła też jego spojrzenie na mniejszość, jaką jest środowisko LGBT.
Tomasz: Lenka jest z pokolenia, które nie czuje różnic płciowych, w przeciwieństwie do nas. Pozytywnie odebrała mnie w tej roli: „Czasami jesteś taki homofobopodobny, a tu nagle okazało się, że masz dystans” (śmiech). Świetne doświadczenie, jeśli chodzi o relację z nastolatką, która ma przyjaciół z różnych kręgów.

– Jak opisałabyś tatę?
Lena: Niebanalny. Ma ogromną wiedzę i otwarty umysł. Jest też człowiekiem chaotycznym. Ekspresyjny i spontaniczny. Uważa, że mamy tylko jedno życie, na dodatek krótkie, więc trzeba z niego korzystać. Chciałby wszystkiego spróbować, bo każde doświadczenie może go czegoś nauczyć. Lubię go za to, że jak jest problem, potrafi spojrzeć na niego nie tylko okiem ojcowskim, ale też postawić się na moim miejscu. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe. Jest elastyczny. Nie mam szlabanów, zakazów, rygoru. Teoretycznie mogę robić, co chcę, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku. Mimo swojego wieku jest dość wyzwolony i na czasie.
Tomasz: No pięknie… (śmiech).
– Czego dowiedziałeś się o sobie jako ojciec?
Tomasz: Że mam dużo cierpliwości, której w pracy nieraz mi nie staje – jestem szybki i zwariowany. Mam coś dzieciakom do przekazania, nie muszę się wstydzić. One bacznie mnie obserwują, wiedzą o mnie więcej niż ja sam. Dowiedziałem się, że potrafię być czuły, powiedzieć „kocham cię”, przytulić. Poświęcić się. Parę razy rzuciłem dla nich wszystko, nawet odwołałem przedstawienie. Przez lata słyszałem, że „aktor nie gra, kiedy umrze”. Uważam się za człowieka teatru, ale wiem już, że są sprawy ważniejsze, na przykład dzieci.
– O czym marzysz dla Lenki?
Tomasz: Nie wiem, jaka przed nią droga. Lena zdecyduje. Wiem jedno, ta droga może być – choć wcale nie musi – łatwa, prosta i przyjemna. Chciałbym, żeby swoje trudności pokonywała z wiarą, że nawet porażka to początek zmiany na lepsze. Żadna sytuacja nie jest przeciwko niej, tylko dla niej. My, wychowani w komunie, jesteśmy nauczeni, że trzeba ciężko harować, żeby coś osiągnąć. Może niekoniecznie tak jest. Na pewno, jeśli robisz to, co kochasz, wszystko idzie troszkę prościej, łatwiej. Chcę, żeby moja córka sama wybrała swoje życie. Na razie przygotowuje się do matury.
Rozmawiała BEATA NOWICKA.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Tomasz Kot szczerze o swoim życiu: „Wszystko zanurzyło się w mroku i chaosie”

