Tomasz Kot szczerze o swoim życiu: „Wszystko zanurzyło się w mroku i chaosie”
Tomasz Kot rzadko mówi rzeczy oczywiste. Woli opowiadać o wolności, dzieciństwie, ojcostwie, wątpliwościach i normalności, która — jak sam przyznaje — jest dla niego największym komplementem. W rozmowie Beaty Nowickiej dla „VIVA! Man” z 2023 roku aktor wracał do momentów, które go ukształtowały: nieśmiałości, teatralnych początków, „Walecznego serca” i roli, która po latach zamknęła pewien krąg — Ambrożego Kleksa.

Introwertyczny, osobny, niezależny. Zwierzę aktorskie, o którym najwięksi reżyserzy mówią, że potrafi zagrać wszystko. A jednocześnie człowiek, dla którego największym komplementem pozostaje opinia, że jest „normalny”. W rozmowie z Beatą Nowicką dla „VIVA! Man” Tomasz Kot opowiedział o dzieciństwie, które go ukształtowało, niełatwej drodze do aktorstwa, ojcostwie, wolności i filmie, który zmienił jego życie. To właśnie dzięki „Walecznemu sercu” i Melowi Gibsonowi nie porzucił marzeń o scenie i ekranie.
Tomasz Kot. Wywiad dla VIVA! Man
Pierwszy raz nie poznałam swojego bohatera! Zamiast wysztafirowanej gwiazdy kina, normalny facet: w okularach, z wąsem, plecaczkiem i sympatycznym wyrazem twarzy…
Lubię ten moment, kiedy udaje mi się wtopić w tłum. Ciekawie było przy okazji pana Kleksa, bo przez osiem miesięcy miałem bujny austro-węgierski zarost i czułem się jak za granicą. Wyczaiłem, że nikt nie chce skupiać się na dwumetrowym facecie z przedziwnym zarostem, który wygląda jak wariat. Nawet jak nasuwa się podejrzenie, że jestem podobny do tego aktora z „Zimnej wojny”, to lepiej się za bardzo nie przyglądać, bo nie wiadomo, co mu odpali. Obok mnie jest duży sklep spożywczy, pamiętam, że chodziłem po tym sklepie nierozpoznawalny i myślałem sobie, że to jest superdoświadczenie. Po filmie zgoliłem brodę, bo już chciałem zobaczyć swoją twarz i nagle…
…wszyscy się obracają: „O Boże, to ON…”.
Zniknęło to poczucie anonimowości. To w ogóle bardzo ciekawe zjawisko – rozpoznawalność. Inna była po „Niani”, inna po „Bogach” i jeszcze inna po „Zimnej wojnie”, ważne, żeby z dystansem do tego podchodzić. Czesław Miłosz powiedział kiedyś: „Nie mam większych złudzeń, za ileś lat będę hasłem między Myszką Miki a czymś na M”. Bardzo mądre. Na jakiej podstawie człowiek myśli, że będzie ponadczasowy? Rudolf Valentino to dziś tylko hasło w dziale „kino nieme”. Z nami będzie podobnie. Dlatego mnie interesuje życie, drugi człowiek. A jak jeszcze raz na jakiś czas usłyszę: „Kurde, jaki pan jest normalny”, to marzenia się spełniają.
Właśnie widzę. Był Pan dzieckiem, kiedy Piotr Fronczewski zagrał pana Kleksa. Odbył Pan sentymentalną podróż w czasie.
Miałem osiem lat, byłem w kinie z młodszym bratem. Wyjście szkolne. Pamiętam ten strach, kiedy na ekranie pojawiły się wilkołaki. Po wyjściu z kina przytuliliśmy się do siebie i zawarliśmy pakt, że będziemy pamiętać te wilkołaki do końca życia. Do dzisiaj pamiętam i on oczywiście też. Uważam, że dzieciństwo to najważniejszy etap życia, dlatego mam szczególny stosunek do najmłodszych. Zawsze jestem gotowy do zabawy, żartów, wygłupów. Wśród znajomych dzieci zostałem „tym śmiesznym wujkiem”, po prostu uwielbiam potęgę wyobraźni najmłodszych. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że kilka razy usłyszałem: „Jakby dzisiaj kręcili »Akademię«, byłbyś super Kleksem”. Kiedy zadzwoniłem do brata: „Stary, nie uwierzysz, będę Kleksem”, to wspominaliśmy głównie te wilkołaki. Po ogłoszeniu obsady zaczęły mnie zaczepiać matki nad naszym morzem: „O, dzieci, zobaczcie, ten pan będzie panem Kleksem”. Dzieci na to: „Aha” – i biegają dalej, a mama: „Tylko tego nie spieprzcie, to film mojego dzieciństwa”.
Na pewno się udało! Jakim Pan był chłopcem?
Czasami wręcz chorobliwie nieśmiałym. Jak się okazało, że idę do szkoły teatralnej, koledzy z podstawówki nie bardzo wiedzieli, o co chodzi. Łatwo nie było. Byłem najstarszy, rodzice ciężko pracowali, szybko musiałem przejąć jakąś odpowiedzialność. Sami chodziliśmy do szkoły, sami wracaliśmy. Kwestia pokoleniowa. Kiedyś było: „Wracaj do domu, bo trzeba się uczyć”. Dziś jest: „Wyjdź z domu choć na chwilę”. Świat przyśpieszył. Rozwój techniki sprawił, że dzieci, które się rodzą, co dekadę mają wokół siebie inną rzeczywistość.
To prawda. Tato był nauczycielem WF-u. Wychował Pana w duchu: mens sana in corpore sano?
Mój brat był sportowcem, ja cherlawym chłopakiem z wykrzywionymi żebrami i dużymi problemami z kręgosłupem. Ja mam prawie dwa metry, on dwa. Od razu był ode mnie większy i silniejszy, poszedł w siatkówkę i sport wyczynowy. Ja miałem zwolnienie z WF-u, ale ojciec przykładał ogromną wagę do gimnastyki korekcyjnej. Kiedy 15-letni koledzy pokazywali pierwsze bicepsy, ja – nie mogąc robić pompek – nadrabiałem na korekcyjnej, robiąc szpagaty. To generowało duże kompleksy. Wyleczyłem się z nich dopiero w szkole teatralnej. Mieliśmy fantastycznego profesora od WF-u. Pamiętam pierwsze zadanie: wchodzisz po linie, odbijasz dłoń na suficie i możesz opuścić salę. Mówię, że mam całą historię medyczną, która nie pozwala mi tego zrobić. A on na to: „Są inne sposoby, żeby tam wejść”. Ta szkoła mnie ukierunkowała, chwilę później na zajęciach z pantomimy okazało się, że to moje powyginane ciało jest w sumie głównym atutem, i usłyszałem: „Na takich jak ty to ja czekam latami” (śmiech).
Polskie kino też, powiem górnolotnie… Mam wrażenie, że zawsze był Pan osobny, indywidualny.
Dałem sobie prawo do tej osobności. Nie siłuję się, żeby nagiąć się do kogoś, robić coś wbrew sobie, żeby bardziej gdzieś pasować. To jest nasze dobrodziejstwo, że mamy kolorowy horyzont i jesteśmy różni. Każdy może dorzucić coś od siebie. Wolnych elektronów powinno być więcej, tym bardziej że żyjemy w spolaryzowanym społeczeństwie, nie tylko politycznie. Jak patrzę się na siebie jednostkowo na skali porównawczej, myślę sobie: Jestem, jaki jestem, idę do przodu. Więc ta moja droga zawsze była dosyć indywidualna i cały czas taka jest. Natomiast fatalnie wspominam edukację podstawową i licealną. Oprócz polonisty, który był teatromanem i rozkochał mnie w teatrze, nie miałem szczęścia do nauczycieli. Szybko odkryłem, jaki zawód chcę uprawiać, i równie szybko się przekonałem, że ten mój teatr to tylko problem. Fanaberia miernego ucznia. Każdy wyjazd na festiwal, z którego wracałem z nagrodą aktorską, kończył się jakąś karą… Takie początki wręcz skazują cię na samotność.
Zobacz też: Tomasz Kot chronił go przed blaskiem fleszy. Dziś Leon coraz śmielej wkracza do świata gwiazd

Smutne to… Nie miał Pan jakiegoś idola, wzoru do naśladowania?
Miałem. Mela Gibsona w filmie „Waleczne serce”. Wszyscy bali się tego mojego bycia aktorem. Byli rozczarowani. Pytali: „Ale co to znaczy? Jak ty będziesz zarabiał? Co będziesz jadł? Nikt z rodziny nigdy nie miał takiego pomysłu…”. Z tego powodu leciała nauka, bo tu próba, tam spektakl. Nie rozumiałem w ogóle fizyki, chemii, byłem humanistycznym typem. Mama powtarzała: „Nauczyciele mówią, że jesteś zdolny, ale leń”. Ale ja cały czas pracowałem! Do dziś – a mam już 46 lat – nie rozumiem, dlaczego oceny były ważniejsze od pasji? Wciąż pamiętam tamte rozmowy: „Przecież pani z chemii nie była dobra z polskiego. Dlaczego wszyscy udają, że mieli same piątki?!”. W końcu się przestraszyłem. Uległem. Z nieznanym jeszcze wtedy Januszem Chabiorem robiliśmy przedstawienie w teatrze amatorskim. „Jasiu – mówię – mam zakaz chodzenia do teatru. Dogadałem się z koleżankami z klasy, że będą mnie kryły”. Nie było komórek, tylko telefony stacjonarne. Rodzice pytali: „Dokąd idziesz?”. „Idę się uczyć”. „Gdzie będziesz?” „U Marioli”. Wiedziałem, że jak mama zadzwoni do Marioli, to ona powie: „Właśnie wyszedł”. W tym czasie szedłem na próbę do teatru. Kiedy spektakl był gotowy, poprosiłem: „Jasiu, na plakatach podpisz mnie pseudonimem, bo jak rodzice zobaczą Tomasza Kota, będzie afera”. Postanowiłem, że to jest moje ostatnie przedstawienie. Po maturze pójdę na polonistykę i zostanę nauczycielem. Ułożyłem w głowie nowe życie, wszyscy byli zadowoleni…
…tylko nie Pan.
Tylko nie ja. Właśnie wtedy trafiłem do kina na „Waleczne serce”. W pewnym momencie Mel Gibson z pomalowaną na niebiesko twarzą wygłasza płomienną mowę o wolności: „Od was zależy, co uczynicie z tą wolnością! Możecie walczyć i zginąć, możecie wrócić do domu i iść spać. Ale jeśli ktokolwiek was zapyta, czy zrobiłeś wszystko, żeby odzyskać wolność, to nie masz prawa się odezwać. Bo nie zrobiłeś wszystkiego, żeby odzyskać swoją woooolnoooość!”. To był wstrząs. Zrozumiałem, że mam 17 lat i idę „spać”. Nie mogłem się uspokoić. Wiedziałem, że to jest mój film życia. Wyszedłem z kina roztrzęsiony, że muszę natychmiast dorwać Jasia, żeby napisał moje nazwisko na plakacie. Postanowiłem, że nie będzie żadnej polonistyki, tylko aktorstwo. Polonistykę zrobię, kiedy czwarty raz odpadnę. To jest często wyznacznik dla młodych aktorów: skoro Janusz Gajos cztery razy zdawał, to ja mogę pięć. Puenta tej historii nastąpiła w 2019 roku, kiedy poleciałem z „Zimną wojną” do Los Angeles na rozdanie Oscarów. Mel Gibson miał wtedy kiepską passę. Skandale i alkohol sprawiły, że stał się w Hollywood persona non grata. Mocno to zresztą przeżyłem. Jedno z najczęstszych pytań, jakie mi wtedy zadawano, brzmiało: Komu z Hollywood chciałbyś uścisnąć rękę? Ku powszechnej konsternacji odpowiadałem szczerze, nie koniunkturalnie: „Melowi Gibsonowi za to, co dla mnie zrobił. Takich rzeczy nie wolno zapomnieć”.
Ma Pan rację! Być może bez Gibsona uczyłby Pan dzisiaj w legnickim liceum…
Mogłoby tak być. Wtedy się sformatowałem. No a potem nie zdałem matury i nie mogłem startować do szkoły teatralnej.
Pan nie zdał matury?! Czuję, że nie przestanie mnie Pan zaskakiwać w tej rozmowie…
To się wiązało z tym, że od trzeciej klasy grałem w legnickim teatrze w ramach eksperymentu „Amatorzy i zawodowcy razem na scenie”. Pamiętam, że cztery egzaminy się udały, a na piątym, ostatnim, z ustnej historii – bum. To był bardzo przykry moment. Dzień później dyrektor teatru zobaczył mnie siedzącego na rynku z Jasiem Chabiorem i powiedział: „Słuchaj, przyjdź do mnie jutro, wezmę cię na etat. Wszystko załatwimy. Po co mam się zastanawiać, kto co potrafi, skoro ty mi tu od dwóch lat skaczesz po scenie”. Ja na to: „Panie dyrektorze, ale nie zdałem matury, nie mam uprawnień…”. „Nie szkodzi. Zostaniesz adeptem sztuki teatralnej”. I zostałem. Prawdopodobnie byłem najmłodszym człowiekiem w teatrze na etacie. Robiłem głównie za halabardzistę, grałem maleńkie rólki. Wyprowadziłem się z domu, zamieszkałem w Domu Aktora z kolegami z teatru. No i rok później…
…zdał Pan koncertowo do szkoły aktorskiej w Krakowie. Nie złamali tam Pana?
Nie. Ale byłem chyba ostatnim rocznikiem, którego uczył Jerzy Jarocki. Przeżyłem jego słynny hardcore’owy trening i bardzo mnie to rozepchało wewnętrznie. Miał metr pięćdziesiąt, chore oczy, ciągle je zakraplał, unosił głowę, patrzył z góry i ze stoickim spokojem cedził słowa: „Proszę jeszcze raz przebiec tę salę i wykrzyczeć ten tekst. To nie to. Jeszcze raz. I jeszcze raz… I jeszcze raz…”. Trwało to 40 minut. Sala patrzy przerażona, człowiek jest skonany, pot się leje, a zadanie cały czas brzmi tak samo: „To nie to. Jeszcze raz…”. Naprawdę nie wiesz, czego on chce. Pamiętam, że jak się w końcu wydarłem na granicy jakiegoś szaleństwa, że zaraz go zabiję, byłem w szoku, że tak potrafię, że w człowieku są takie pokłady furii. Wtedy powiedział: „Dziękuję. To było bardzo dobre”. Zaskoczyła mnie moja reakcja: „Jezu, co się stało?!”. Uchylone drzwi otworzyły się na oścież i światło wpadło do pomieszczenia. Wow. Z jednej strony było to niesamowite doświadczenie, z drugiej – trudne do ocenienia w kontekście przemocy, mobbingu. Na pewno od tamtego momentu czuję, że mam troszeczkę inną świadomość zawodową.
Osobny, odważny, męski. W ciągu ostatnich dekad definicja męskości uległa licznym rewolucjom. Co dziś oznacza męskość?
Nie odpowiem pani. Nie wiem. Widziałem wywiad z profesor Magdaleną Środa, która twierdzi, że nie ma żadnych różnic pomiędzy kobietą a mężczyzną. Zdaniem filozof, „nie mamy ani jednej cechy genetycznej, fizjologicznej czy medycznej, która by jednoznacznie decydowała, kto jest kobietą, a kto mężczyzną”. Dziwna sytuacja… Znam wiele kobiet, które są feministkami i różnią się między sobą w wielu kwestiach. Z punktu widzenia faceta trudno jest na tej podstawie wyciągnąć wnioski, co to wobec tego znaczy być feministką. Co to jest feminizm? I nie chodzi o złą wolę, tylko naprawdę można zgłupieć. Więc wracając do pytania, co to jest męskość? Naprawdę nie wiem. To elektryczny temat.
Czasem nie potrzebujemy definicji. Wystarczy wzorzec, jak Pan… Skąd Pan wiedział, co jest dobre, a co złe? Co wolno, a czego nie wolno?
To, co mam teraz w głowie i w sercu, jest efektem wyciągania wniosków i refleksji z nie zawsze udanych ruchów. Ja się kiedyś w życiu bardzo pogubiłem. Kraków kojarzy mi się z czasem chaosu. Wychowałem się w bardzo katolickim domu, wtedy to była norma. Kościół był silną linią mojego dzieciństwa. Kiedy wyprowadziłem się z domu, trafiłem do Domu Aktora w Legnicy, a stamtąd przeniosłem się bezpośrednio do akademika w Krakowie. Od tamtej pory nie wróciłem do domu w sensie duchowym. W Krakowie wektory mi się porozjeżdżały, byłem pogubiony. Wszystko zanurzyło się w mroku i chaosie. Wiedziałem tylko jedno, że jestem w szkole marzeń i chcę grać. W okolicach 2005 roku doszło do dużego uspokojenia, ważnego remanentu wewnętrznego. Chwilę później, czekając na pierwsze dziecko, myślałem sobie: Co ja odpowiem, jak ona mnie za parę lat zapyta o Boga? Co ja zrobię? Już wtedy nie chodziłem do kościoła, bo przestałem jakkolwiek go rozumieć. Zacząłem bardzo dużo czytać. Ta przygoda niesamowicie mnie wciągnęła. Uzmysłowiła, że znam tylko jedną wersję świata.
Nagle zobaczył Pan, co jest po drugiej stronie?
Tak. Zacząłem żyć bardziej świadomie, mieć własne zdanie. Ta wiedza ciągle się kumuluje w ciszy. Ja w ogóle podejrzewam, że mam mocno introwertyczną naturę, aż dziw bierze, że udaje mi się uprawiać ten zawód. Pamiętam, że gdy po pierwszych wywiadach pojawiła się opinia, że jestem inteligentny, byłem zaskoczony. Ja?! Jak to?! Przecież całe życie słyszałem, że jestem głupi. Lepiej się nie odzywać, bo i tak ciągle jest na mierną. „Poczytaj sobie, zainteresuj się czymś. Boże, na kogo ty wyrośniesz…?!” – takie mam echo z dzieciństwa. Kiedy urodziła się moja Blaneczka, potem Leon, doświadczyłem nowego rodzaju miłości tacierzyńskiej i to było wow! Reaktor jądrowy, przy którym wszystko wysiada. Nawet mój ukochany zawód, o którym myślałem, że to sztandar życia, główna szyna, po której pojadę w świat, wszystko zeszło na drugi plan.
Bał się Pan roli ojca czy wskoczył na główkę do tego basenu?
Oczywiście, że się bałem. Ten strach wyznacza nasze granice, co też nie jest złe. Bałem się, czy uda mi się to dobrze zrobić, być dobrym ojcem. To przecież nie jest tak, że kobieta rodzi dziecko i mówi: „Będę zajebistą matką”. Wydaje mi się, że to jest uniwersalny strach. Rozmawiałem wtedy z Magdą Różczką, nasze córki są w podobnym wieku, ostatnio nawet się zaprzyjaźniły. Magda była w zaawansowanej ciąży, a ja jej opowiadałem, że powinienem zapewnić rodzinie jakiś dom, ale nigdy nie brałem kredytu, jeszcze niedawno mieszkałem w akademiku i teraz nagle nie wiem, co mam robić. Boję się. A ona tak siedzi, głaszcze brzuch i mówi: „Stary. Dziecko się rodzi i wszystko staje się jasne. Zawsze znajdziesz siłę”. Tak po prostu. Pomyślałem: Ma rację, jedziemy do przodu. Ludzie mówią: „Nie jestem gotowy na dziecko”. Ale na jakiej podstawie mamy być gotowi? Teoretycznej wiedzy? Nie ma takiej opcji, że ktoś „jest gotowy”. To się po prostu dzieje.
Leon – zostając przy męskiej linii – ma 13 lat. To czas poważnych pytań.
Pyta o życie, a ja mu uczciwie odpowiadam (śmiech).
Domyślam się. Czego chciałby Pan syna nauczyć?
Mądrego wybierania. Życia nie da się nauczyć. Tym bardziej że nie wiemy, jak to życie będzie wyglądało za chwilę. Mój przyjaciel poszedł do szkoły na pierwsze zebranie rodziców i usłyszał od dyrektorki: „Jeśli ktoś z państwa ma »pomysł« na swoje dziecko, to pożegnajcie się z nim w tej chwili. Zastanówcie się, jakie uprawiacie zawody i ile z tych zawodów istniało, kiedy wy byliście mali. Za 20 lat będą potrzebne zawody, o których wam się nawet nie śniło”. Podoba mi się to myślenie. Na bieżąco warto uczyć mądrego szukania i mądrego wybierania. Tyle. Za chwilę na ekrany kin wchodzi „Akademia pana Kleksa”. To była wspaniała przygoda, przez te pół roku zżyłem się z naszą dziecięcą obsadą. Z zachwytem patrzyłem, jak oni myślą, grają, kombinują. Leon był ze mną na planie każdego dnia. Zaczęliśmy kręcić w wakacje i stał się częścią ekipy. Maciek Kawulski szybko uczynił go swoim asystentem od spraw dziecięcych aktorów. To było słodkie. W przerwie go zaczepiałem: „Cześć, Leon, co u ciebie?”. „Tato, teraz nie mogę gadać, bo muszę zapytać ludzi, czy chcą kakałko, czy herbatkę”. „Dobrze, oczywiście…” (śmiech). Czy złapie bakcyla? Sam jestem ciekaw. Chodzi o mądry wybór. Człowiek musi w coś uwierzyć.
Czytaj także: Koniec 19-letniego małżeństwa Tomasza Kota. Aktor opublikował oświadczenie i przekazał wieści o rozwodzie
