Pukali się w głowę, gdy ogłosił swój plan. Dziś Omar Sangare tworzy w Nowym Jorku markę znaną na całym świecie. TYLKO W VIVIE! opowiada o kulisach
Nie planował zostać w Ameryce na dłużej, ale los miał wobec niego zupełnie inne plany. Omar Sangare przyjechał do USA jako aktor, a dziś od ponad dwóch dekad tworzy tam swoją niezwykłą historię. O kulisach amerykańskiego sukcesu, trudnych początkach i drugim domu za oceanem opowiada w rozmowie z „Vivą!”.

Wyjechał do Stanów Zjednoczonych z jednym spektaklem i wielkim marzeniem. Nie wiedział jeszcze, że Nowy Jork stanie się jego drugim domem, a przypadkowy casting otworzy drzwi do życia, o jakim wcześniej mógł tylko marzyć. Dziś Omar Sangare jest cenionym profesorem, twórcą festiwalu monodramów United Solo i człowiekiem, który od ponad dwóch dekad buduje swoją historię za oceanem. Jak wygląda droga Polaka, który podbił Amerykę, nie tracąc przy tym własnej tożsamości?
Odkrywanie Ameryki
– Ale zanim dotarłeś do Nowego Jorku, napisałeś monodram „Recenzent naprawdę teatralny”. To z nim przyjechałeś podbijać Amerykę.
– Napisałem, wyreżyserowałem i zagrałem. Po premierze w Teatrze Słowackiego w Krakowie grałem go w wielu miastach Polski, potem w Niemczech, w Ukrainie, w Wielkiej Brytanii. I z anglojęzyczną wersją przedstawienia pojechałem na Festiwal Teatrów Niezależnych w Nowym Jorku. Tam otrzymałem nagrodę dla najlepszego aktora festiwalu. A potem przychodziły kolejne zaproszenia. W polonijnych ośrodkach grałem po polsku, w amerykańskich po angielsku. Otrzymałem wyróżnienie krytyków „Denver Post”, recenzentów „Chicago Reader”. To był czas, kiedy odkrywałem Amerykę, jej koloryt, mentalność, reakcje widzów.
– Rolę Otella dostałeś przypadkowo, włócząc się po Nowym Jorku…
Omar wybucha śmiechem.
– Właściwie tak można powiedzieć. Dowiedziałem się, że jest casting do nowej produkcji „Otella” w Arena Players Theatre. I zwyczajnie stanąłem w kolejce. Było nas kilkudziesięciu, jeden ciemniejszy od drugiego. Podczas pobytu w Oksfordzie pracowałem nad Otellem i to się przydało. Zaprezentowałem fragment z „Otella”, podziękowałem, wyszedłem i pomyślałem, że mam za sobą ciekawe doświadczenie. Cały casting trwał prawie trzy godziny. W tym sama kolejka dwie i pół. Zanim opuściłem teatr, wybiegła za mną asystentka reżysera i poprosiła, żebym wrócił. No i wtedy dowiedziałem się, że dostałem rolę.

– Skakałeś z radości?
– Odwrotnie, czułem się przykuty do ziemi! Za chwilę miałem wracać do Polski. Czy to znaczy, że mam znowu przylecieć do Stanów?! Wydawało mi się, że zwariowałem. Oczywiście, że marzyłem o tej roli, ale nie mogłem uwierzyć, że dogoniłem to marzenie tak szybko. Wróciłem do Warszawy, bo grałem w przedstawieniach repertuarowych. Przerażenie mnie dopadło, kiedy uświadomiłem sobie, że będę musiał utrzymywać się w Nowym Jorku co najmniej dwa miesiące. Tam za próby teatr nie płacił, za spektakle minimalne stawki. Pamiętaj, że to był rok 2002, wtedy w Polsce aktorzy nie zarabiali tyle, aby móc się utrzymać ot tak, dla przygody, w Nowym Jorku.
– Wróciłeś, zagrałeś i Twoja rola została entuzjastycznie przyjęta przez krytykę i publiczność. Barbara Delatiner w „New York Timesie” napisała: „Omar Sangare urodził się, aby grać Otella”.
– Wtedy zacząłem dostawać ciekawe propozycje i już wiedziałem, że drzwi do Ameryki są otwarte. A przy okazji poznałem realia teatru w Stanach. Dla aktora rola w teatrze to inwestycja. Nawet wielkie amerykańskie gwiazdy dokładają do grania na Broadwayu. Wiedzą, że muszą się pokazać na scenie i poza sceną także, a to kosztuje. Chociaż mój Otello był scenicznym sukcesem, był też dla mnie szkołą przetrwania. Wtedy moją restauracją były wózki z fast foodem sprzedawanym na ulicy.
– Nie tylko grałeś coraz więcej, coraz częściej Twoje nazwisko pojawiało się w amerykańskich mediach, ale to ci nie wystarczało. Rozpocząłeś akademicką karierę.
– Chciałem więcej. Prawdę mówiąc, akademicką karierę rozpocząłem przez przypadek. Grałem monodram w Santa Barbara w Kalifornii i dziekan Westmont College był na spektaklu. Zaproponował mi roczne wykłady na wydziale teatru. To był nowy zastrzyk adrenaliny, dopaminy, serotoniny! „All-you-can-happiness” bufet. Jednak do pozostania w świecie akademickim potrzebny był doktorat. Wróciłem do warszawskiej akademii teatralnej i otworzyłem przewód doktorski.
– Doktorat z Otellem w roli głównej?
– Bo to fascynujące studium człowieka, którego zewnętrzna siła maskuje wewnętrzną kruchość. Mimo statusu wybitnego wodza Otello zmaga się z głębokim poczuciem osamotnienia. Otello, którego poznałem, to ofiara zazdrości, która go otaczała. Jego zdolności przywódcze wyróżniały go, podobnie jak jego skóra, na tle monolitu białego społeczeństwa. Wszystko to skazywało go na zazdrość i bycie obiektem intryg. Zazdrość przeniknęła przez jego skórę i stał się – jak w tytule mojej pracy doktorskiej – „biały z zazdrości”.
– Utożsamiasz się z Otellem?
Omar odpowiada śmiechem.
– Na scenie oczywiście. Ale prywatnie zazdrość jest mi obca, więc nigdy nie zmieniła pigmentu mojej natury. I tym tylko się różnimy.
– Wróciłeś do USA z doktoratem i błyskawicznie zacząłeś akademicką karierę.
– Nie tak błyskawicznie! To był długi proces. Starałem się o pracę w Williams College, uczelni z ponad 200-letnią tradycją, znajdującej się na samej górze rankingów szkół wyższych w Stanach. To uczelnia z plejadą absolwentów z Oscarami, Pulitzerami, Noblem. Rekrutacja na posadę profesora trwała ponad pół roku. Było ponad 200 kandydatów. I tym razem znowu bingo! Pracuję tam już 20 lat. I równocześnie jestem aktorem, reżyserem i producentem teatralnym.
Omar proponuje kolejną kawę. Zaprasza na wirtualny spacer po uczelni, w której pracuje. Williams College założono w 1793 roku. Campus zatopiony w zieleni, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Imponująca sala teatralna. Oglądamy fragmenty przedstawień, które przygotowywał ze studentami.
– To mój drugi dom – mówi.

Polak w USA
– Co uważasz za swój największy sukces? – pytam, kontynuując rozmowę.
– Festiwal monodramów United Solo! – odpowiada podekscytowany. – To było moje kolejne amerykańskie marzenie!
– Jestem założycielem i dyrektorem artystycznym festiwalu. Pamiętam, jak pukano się w głowę z przeświadczeniem, że to się nie uda. „W Nowym Jorku? Na Manhattanie?! Zwariował!” Ale słyszałem takie pukanie już wcześniej. Ciemnoskóry do akademii teatralnej w Polsce? Czarny polski aktor wyjeżdża do USA, gdzie mają pełno swoich amerykańskich? Za każdym razem echo tego pukania mobilizowało mnie, żeby zaryzykować. United Solo ma teraz dwie edycje w roku, wiosenną i jesienną. Prezentujemy monodramy z całego świata. Każdego roku mamy ponad 120 różnych produkcji. Gościmy monodramy początkujących artystów i zdobywców Oscarów, jak Milton Justice czy Bill Oberst, laureat Emmy. Często mamy produkcje z Polski. Ten festiwal to kalejdoskop tego, co dzieje się obecnie w teatrze na świecie.
– Co Cię zainspirowało do stworzenia tego festiwalu?
– Doświadczenia zebrane podczas występów z moim własnym monodramem. „Recenzent naprawdę teatralny” naprawdę mnie do tego przygotował. Lata propagowania tej formy scenicznej uświadomiły mi jej znaczenie. Dzisiaj monodram jest już tak popularny jak profil społecznościowy. To biznesowa wizytówka dla aktora.
– Amerykański Departament Stanu docenił Twój dorobek. Zostałeś wybrany do specjalnego projektu przedstawiającego dorobek Polaków w USA.
– Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem. To było tuż przed pierwszą wizytą prezydenta Obamy w Polsce. Departament Stanu przygotowywał kampanię promocyjną, w której brałem udział jako jeden z Polaków mieszkających w Ameryce, którzy są dumni ze swojego pochodzenia i jednocześnie wywierają wpływ na społeczne i artystyczne życie Stanów Zjednoczonych.
– Czy czujesz się celebrytą?
– Chyba żartujesz – mówi stanowczo. – Nigdy mnie to nie interesowało. To teatr jest moją pasją, moim stylem życia. To raczej ja rozwijam czerwony dywan i ustawiam ścianki dla United Solo – śmieje się i dodaje: – Żyję na deskach sceny w teatrze, pracuję z kolejnymi pokoleniami aktorów. To mi wystarcza. Pozowanie na ściance oferuję innym. Chociaż przyznam bez fałszywej skromności, że czasami zdarza mi się wdepnąć w czerwony dywan.
Siedzimy jeszcze długo, oglądamy zdjęcia ze spektakli. Salif kręci się nerwowo i daje sygnały, że czas na ostatni dzisiaj spacer.
– Do parku już nie pójdziemy. Widok na Central Park masz z tarasu – mówi Omar do Salifa i szuka smyczy.
Za oknem noc. Wychodzimy na późny spacer. Na ulicy ruch jak w dzień. Nowy Jork nigdy nie śpi, to miasto cierpi na chroniczną bezsenność.
___________________________
Cały wywiad do przeczytania w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 18 czerwca.

