Zachwycił Amerykę, jeden casting odmienił jego życie. TYLKO NAM Omar Sangare ujawnia kulisy sukcesu: "Nie mogłem uwierzyć, że dogoniłem to marzenie tak szybko"
Przypadkowy casting w Nowym Jorku, wymarzona rola Otella i droga, która zaprowadziła go do świata amerykańskiego teatru oraz akademii. Omar Sangare w rozmowie z VIVĄ! opowiada o marzeniach, odwadze i sukcesie, który przyszedł szybciej, niż się spodziewał.

Kiedy stanął w kolejce na casting do „Otella” w Nowym Jorku, nie przypuszczał, że za chwilę jego życie zmieni kierunek. Dziś Omar Sangare dzieli swój czas między Polskę a Stany Zjednoczone, wykłada na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni w USA, jest założycielem i dyrektorem artystycznym United Solo, największego na świecie festiwalu teatru jednego aktora i wciąż pozostaje wierny scenie. W szczerej rozmowie opowiada o przełomowych momentach swojej drogi, inspirującej przyjaźni z Elżbietą Czyżewską, odkrywaniu Ameryki oraz roli Otella, która otworzyła przed nim nowe możliwości. To historia o determinacji, odwadze i marzeniach, które okazały się silniejsze niż lęk przed nieznanym.
Omar Sangare o sukcesie w USA: "Marzyłem o tej roli, ale nie mogłem uwierzyć, że dogoniłem to marzenie tak szybko" | Wywiad VIVY!
[...] – Myślałeś, żeby spróbować sił za granicą?
– Ostatecznie przekonała mnie do tego Ela Czyżewska. Graliśmy razem w Teatrze Dramatycznym w „Szóstym stopniu oddalenia”. Spędzaliśmy razem dużo czasu, potem zamieniło się to w przyjaźń. Ela przyjechała po latach pobytu w Stanach, aby znowu zagrać w Warszawie. Traktowano ją jak niechcianą emigrantkę, która nie zrealizowała swoich marzeń i wróciła. Widziałem, jak bliscy dla niej ludzie, których przyjmowała w Nowym Jorku, nie odpowiadali na jej telefony, nie mieli dla niej czasu. Była właściwie bezdomna, mieszkała w pokoju gościnnym teatru. Podczas prób atmosfera była toksyczna. Po kątach szeptano i zastanawiano się, czy ona jest na pewno trzeźwa, czy nie pije ukradkiem. W bufecie teatralnym plotki były codziennym bestsellerem. Ela broniła się sarkazmem. Ale to nie pomagało. Po roku grania nie przedłużono z nią umowy, a jej rolę grała żona reżysera. Ela wróciła do Nowego Jorku. Uświadomiłem sobie wtedy, że jeśli kiedykolwiek spróbuję świata, to nigdy nie polegając na łaskawości środowiska. Dzisiaj czasy są radykalnie inne. Powroty mają inne znaczenie. Jednego dnia wykładam na uczelni w stanie Massachusetts, wieczorem jestem na lotnisku JFK, wysypiam się w samolocie, biorę prysznic we własnym mieszkaniu w Warszawie i po południu jestem na planie filmu „Syrenka Picassa” Janusza Zaorskiego, w którym zagrałem.

Odkrywanie Ameryki
– Ale zanim dotarłeś do Nowego Jorku, napisałeś monodram „Recenzent naprawdę teatralny”. To z nim przyjechałeś podbijać Amerykę.
– Napisałem, wyreżyserowałem i zagrałem. Po premierze w Teatrze Słowackiego w Krakowie grałem go w wielu miastach Polski, potem w Niemczech, w Ukrainie, w Wielkiej Brytanii. I z anglojęzyczną wersją przedstawienia pojechałem na Festiwal Teatrów Niezależnych w Nowym Jorku. Tam otrzymałem nagrodę dla najlepszego aktora festiwalu. A potem przychodziły kolejne zaproszenia. W polonijnych ośrodkach grałem po polsku, w amerykańskich po angielsku. Otrzymałem wyróżnienie krytyków „Denver Post”, recenzentów „Chicago Reader”. To był czas, kiedy odkrywałem Amerykę, jej koloryt, mentalność, reakcje widzów.
– Rolę Otella dostałeś przypadkowo, włócząc się po Nowym Jorku…
Omar wybucha śmiechem.
– Właściwie tak można powiedzieć. Dowiedziałem się, że jest casting do nowej produkcji „Otella” w Arena Players Theatre. I zwyczajnie stanąłem w kolejce. Było nas kilkudziesięciu, jeden ciemniejszy od drugiego. Podczas pobytu w Oksfordzie pracowałem nad Otellem i to się przydało. Zaprezentowałem fragment z „Otella”, podziękowałem, wyszedłem i pomyślałem, że mam za sobą ciekawe doświadczenie. Cały casting trwał prawie trzy godziny. W tym sama kolejka dwie i pół. Zanim opuściłem teatr, wybiegła za mną asystentka reżysera i poprosiła, żebym wrócił. No i wtedy dowiedziałem się, że dostałem rolę.
– Skakałeś z radości?
– Odwrotnie, czułem się przykuty do ziemi! Za chwilę miałem wracać do Polski. Czy to znaczy, że mam znowu przylecieć do Stanów?! Wydawało mi się, że zwariowałem. Oczywiście, że marzyłem o tej roli, ale nie mogłem uwierzyć, że dogoniłem to marzenie tak szybko. Wróciłem do Warszawy, bo grałem w przedstawieniach repertuarowych. Przerażenie mnie dopadło, kiedy uświadomiłem sobie, że będę musiał utrzymywać się w Nowym Jorku co najmniej dwa miesiące. Tam za próby teatr nie płacił, za spektakle minimalne stawki. Pamiętaj, że to był rok 2002, wtedy w Polsce aktorzy nie zarabiali tyle, aby móc się utrzymać ot tak, dla przygody, w Nowym Jorku.
– Wróciłeś, zagrałeś i Twoja rola została entuzjastycznie przyjęta przez krytykę i publiczność. Barbara Delatiner w „New York Timesie” napisała: „Omar Sangare urodził się, aby grać Otella”.
– Wtedy zacząłem dostawać ciekawe propozycje i już wiedziałem, że drzwi do Ameryki są otwarte. A przy okazji poznałem realia teatru w Stanach. Dla aktora rola w teatrze to inwestycja. Nawet wielkie amerykańskie gwiazdy dokładają do grania na Broadwayu. Wiedzą, że muszą się pokazać na scenie i poza sceną także, a to kosztuje. Chociaż mój Otello był scenicznym sukcesem, był też dla mnie szkołą przetrwania. Wtedy moją restauracją były wózki z fast foodem sprzedawanym na ulicy.
– Nie tylko grałeś coraz więcej, coraz częściej Twoje nazwisko pojawiało się w amerykańskich mediach, ale to ci nie wystarczało. Rozpocząłeś akademicką karierę.
– Chciałem więcej. Prawdę mówiąc, akademicką karierę rozpocząłem przez przypadek. Grałem monodram w Santa Barbara w Kalifornii i dziekan Westmont College był na spektaklu. Zaproponował mi roczne wykłady na wydziale teatru. To był nowy zastrzyk adrenaliny, dopaminy, serotoniny! „All-you-can-happiness” bufet. Jednak do pozostania w świecie akademickim potrzebny był doktorat. Wróciłem do warszawskiej akademii teatralnej i otworzyłem przewód doktorski.
– Doktorat z Otellem w roli głównej?
– Bo to fascynujące studium człowieka, którego zewnętrzna siła maskuje wewnętrzną kruchość. Mimo statusu wybitnego wodza Otello zmaga się z głębokim poczuciem osamotnienia. Otello, którego poznałem, to ofiara zazdrości, która go otaczała. Jego zdolności przywódcze wyróżniały go, podobnie jak jego skóra, na tle monolitu białego społeczeństwa. Wszystko to skazywało go na zazdrość i bycie obiektem intryg. Zazdrość przeniknęła przez jego skórę i stał się – jak w tytule mojej pracy doktorskiej – „biały z zazdrości”.
– Utożsamiasz się z Otellem?
Omar odpowiada śmiechem.
– Na scenie oczywiście. Ale prywatnie zazdrość jest mi obca, więc nigdy nie zmieniła pigmentu mojej natury. I tym tylko się różnimy.
– Wróciłeś do USA z doktoratem i błyskawicznie zacząłeś akademicką karierę.
– Nie tak błyskawicznie! To był długi proces. Starałem się o pracę w Williams College, uczelni z ponad 200-letnią tradycją, znajdującej się na samej górze rankingów szkół wyższych w Stanach. To uczelnia z plejadą absolwentów z Oscarami, Pulitzerami, Noblem. Rekrutacja na posadę profesora trwała ponad pół roku. Było ponad 200 kandydatów. I tym razem znowu bingo! Pracuję tam już 20 lat. I równocześnie jestem aktorem, reżyserem i producentem teatralnym.
Omar proponuje kolejną kawę. Zaprasza na wirtualny spacer po uczelni, w której pracuje. Williams College założono w 1793 roku. Campus zatopiony w zieleni, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Imponująca sala teatralna. Oglądamy fragmenty przedstawień, które przygotowywał ze studentami.
– To mój drugi dom – mówi.
Cały wywiad do przeczytania w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 18 czerwca.

