Musiał szybko dorosnąć. Po latach ujawnia bolesną prawdę o dzieciństwie. TYLKO W VIVIE! Omar Sangare: „Mama trafiała do szpitala, a ja do domu dziecka”
Przez lata rzadko mówił o tym publicznie. Dziś Omar Sangare wraca do wspomnień, które ukształtowały jego życie. W poruszającym wywiadzie opowiada o wyjątkowej więzi z matką, jej chorobie, dzieciństwie w Stalowej Woli oraz poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

Kiedy mówi o matce, jego głos mięknie. Kiedy wspomina dzieciństwo, na chwilę milknie. Omar Sangare przez lata chronił swoją prywatność, ale dziś otwiera drzwi do świata, o którym wiedzieli nieliczni. Nowy Jork dał mu wolność, ale wspomnienia wciąż prowadzą go do Stalowej Woli. To tam zaczęła się historia chłopca, który wyróżniał się od pierwszych dni życia i bardzo wcześnie musiał nauczyć się samodzielności. Dziś Omar Sangare – aktor, reżyser, pisarz i twórca największego na świecie festiwalu teatru jednego aktora, działającego w Theatre Row przy 42. – po latach milczenia opowiada o dzieciństwie naznaczonym miłością niezwykłej matki, jej chorobą, nieobecnym ojcu oraz poczuciem bycia „innym”, które towarzyszyło mu zarówno w Polsce, jak i w Afryce. To poruszająca opowieść o tożsamości, samotności i sile, która rodzi się wtedy, gdy nie ma się na kogo liczyć poza samym sobą.
Omar Sangare o dzieciństwie w Polsce. Poruszające słowa o ukochanej mamie | wywiad VIVY!
– A jakie było Twoje dzieciństwo? – pytam, przerywając opowieść o synku. Omar zamyśla się, wychodzi i po chwili przynosi kolejny album ze zdjęciami.
– To jest moje dzieciństwo i młodość w Stalowej Woli, gdzie się urodziłem – mówi. Milknie, jakby szukał słów. – Ta piękna blondynka to Basia, moja mama, a ten maluch w jej ramionach to ja. To portret bezwarunkowej miłości mojej mamy i jej odwagi, szczególnie w tamtych czasach. Byłem pierwszym ciemnoskórym dzieckiem w mieście. A ta brunetka – pokazuje drugie zdjęcie – to moja mama chrzestna Maria Żarow. Tutaj jestem w komży i służę do mszy. Zobacz, w białej komży super wyglądałem. Byłem najprzystojniejszym ministrantem – żartuje. – I maskotką tego miasta. Ludzie zwracali na mnie uwagę, lubili mnie, a ja czułem się jak aktor na scenie. I to w wielu rolach. Byłem ratownikiem wodnym, harcerzem, koszykarzem, grałem w tenisa, chodziłem do szkoły muzycznej. Mama wspierała moje pomysły. Była ze mnie dumna. W liceum po raz pierwszy zagrałem w szkolnym przedstawieniu – profesora języka polskiego w „Ferdydurke” Gombrowicza. I wtedy zarówno nauczyciele, jak i koledzy uznali, że powinienem zdawać do szkoły teatralnej. Ale ja miałem inny pomysł na przyszłość. Chciałem zostać lekarzem.

Za jasny, za ciemny
Omar przerywa, zamyśla się. Po chwili, ni stąd, ni zowąd pyta:
– A może zagramy w szachy? To moja pasja, uspokaja, uczy strategicznego myślenia i działania. Uczy życia.
– Ale ja nie gram w szachy!
– Trudno – mówi zrezygnowany i proponuje kawę. Przynosi czarną w białych filiżankach. – Kolorystycznie to też szachy, zapraszam.
Omar lubi porcelanę, szczególnie Białą Marię Rosenthala. Jest dla niego synonimem „białej karty do zapisania swoich losów życia”. W jego mieszkaniu wszystko jest białe albo czarne, jak szachownica.
– Wiesz, dlaczego chciałem być lekarzem? Mama cierpiała na chorobę psychiczną i kiedy miała nawroty, trafiała do szpitala, a ja do domu dziecka. Później opiekowała się mną chrzestna mama Maria Żarow albo ojciec chrzestny. Maria, przyjaciółka mamy, była cudowna, ciągle mam z nią świetny kontakt. Dorastając, widziałem, jak mama cierpi. Takie zaburzenia alienują człowieka od społeczeństwa. A ostracyzm wobec chorych psychicznie jest w moim pojęciu barbarzyństwem. Musiałem szybko dorosnąć i brać odpowiedzialność za samego siebie. Ojciec pojawił się w moim życiu, dopiero kiedy miałem 10 lat, odwiedzał nas od czasu do czasu. Okres studiów był dla mnie także wyzwaniem. Mama zmarła, gdy byłem na drugim roku. A moja młodość była jak z „Ody do młodości” – zostałem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem.
Nad fotelem, na którym siedzi Omar, wisi duży portret jego mamy.
– Często z nią rozmawiam – mówi, patrząc na obraz.
Przeglądamy dalej zdjęcia z dzieciństwa. Na jednym Omar pod palmą z ciemnoskórym mężczyzną.
– To ojciec. Kiedy nawiązaliśmy kontakt, zabierał mnie na wakacje do Mali i Senegalu. Założył drugą rodzinę, ma pięcioro dzieci, znakomitą posadę w korporacji. Miałem niezły kontakt z przyrodnim rodzeństwem, ale czułem się obcy.
– W jednym z tomików poezji pisałeś o Afryce.
Omar podchodzi do półki z książkami. Szuka. Wyjmuje jedną.
– Przeczytam ci wiersz ze zbioru „Krajobraz duszy”:
Moja pierwsza Afryka/ jak płaska widokówka/ nieznana nieoczekiwana/ niezwyczajna niepojęta/ Milcząca Afryka.
– Afryka była fascynująca – opowiada i odkłada książkę – ale dla mnie kulturowo odległa. Moje korzenie są polskie, europejskie. Podczas jednej z wizyt ojciec zapytał, czy chciałbym przejść na islam, religię jego kraju. Powiedziałem, że spóźnił się o 10 lat.

– Czy wybaczyłeś mu to spóźnienie?
– Wybaczyłem. Ale pamiętam. Ojciec próbował nadrobić stracony czas. Wiele razy długo rozmawialiśmy o jego studiach na Politechnice Warszawskiej, o jego doświadczeniach w Polsce, o jego wyborach. W pewnym sensie go zrozumiałem. Utrzymujemy kontakt, widujemy się czasami.
– Jak czułeś się w muzułmańskiej Afryce?
– Biały. Znowu ten inny. W Polsce za ciemny, w Afryce za jasny, dopiero w Ameryce poczułem się jednym z nich. Ale ta samotność, z którą dorastałem, została ze mną na zawsze. Jednak dzisiaj ta samotność to niezależność. Nie muszę przynależeć, aby żyć. Nie potrzebuję schronienia w żadnym kółku społecznościowych wyznań, chcę brać odpowiedzialność za to, co robię i kim jestem.
Odbitki na ksero
Lata studiów w szkole teatralnej wspomina jako czas ucieczki od rzeczywistości, poszukiwania prawdy o sobie i lekarstwa na ból po stracie matki. Od jej śmierci ubiera się na czarno. A od niedawna z dodatkami złota. „To tylko dlatego, że to przecież moje Golden Jubilee”, mówi z uśmiechem.
_______________________________
Cały wywiad do przeczytania w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 18 czerwca.

Hanna Żudziewicz, Jacek Jeschke, Viva! 12/2026 okładka