TYLKO W VIVIE! Omenaa Mensah mówi wprost: „Dzięki pomaganiu poznałam mojego męża”. Tak zaczęła się ich historia
Omenaa Mensah od lat łączy działalność medialną z intensywną pracą charytatywną. W archiwalnym wywiadzie dla magazynu VIVA! z 2023 roku opowiadała o pomocy dzieciom w Ghanie, wsparciu dla Ukrainy, edukacji jako narzędziu zmiany świata oraz projektach, które realizuje wspólnie z fundacjami. Z okazji jej urodzin przypominamy tę inspirującą rozmowę.

Pracuje na pełnych obrotach. Omenaa Mensah prowadzi trzy fundacje, organizuje Wielką Aukcję Charytatywną, założyła Konsorcjum Filantropijne, a kilka razy w miesiącu… zapowiada pogodę. W jej słowniku nie ma słowa „niemożliwe”. Katarzynie Piątkowskiej opowiedziała
o dzieciach ulicy w Ghanie, radości z niesienia pomocy i o tym, z kogo i z czego jest najbardziej dumna.
Z okazji dzisiejszych urodzin Omeny Mensah, przypominamy archiwalny wywiad z nią, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w 2023 roku.
Omenaa Mensah o pomocy dzieciom w Ghanie i edukacji, która zmienia życie
Próbując umówić się z Tobą na wywiad, odkryłam, że Twój kalendarz jest wypełniony po brzegi. Ile godzin dziennie pracujesz?
Nie liczę, ale myślę, że około 16. Ale mam wszystko pięknie w tym kalendarzu poukładane. Choć miewam wrażenie, że cały czas jestem w pracy. Tylko że kocham to, co robię, więc nie traktuję tego jako przykrego obowiązku.
Prowadzisz fundacje, organizujesz Wielką Aukcję Charytatywną, założyłaś Konsorcjum Filantropijne, wciąż występujesz w telewizji i zajmujesz się pięcioletnim synkiem. Nie jesteś czasem zmęczona?
Muszę przyznać, że niedawno przyszłam do biura mojej fundacji, klapnęłam na fotel i powiedziałam dziewczynom, że chyba mi się „duracelki” wyczerpują (śmiech). I nawet mój mąż zaczął ostatnio przebąkiwać, że chyba za dużo wzięłam sobie na głowę, bo zazwyczaj jestem pełna energii, działam jak nakręcona, a teraz nie mam siły. Ale jak się za coś zabiorę, to muszę to dowieźć do końca. A ja nie pracuję na to, żeby na koniec dnia powiedzieć: zarobiłam dla siebie tyle i tyle. Pracuję, żeby mieć pieniądze dla wszystkich, którym dzisiaj pomagam i, co najważniejsze, dla tych, którym obiecałam lepsze jutro.
Gdy spotkałyśmy się rok temu, opowiadałaś o dzieciach z Ghany, dzieciach z polskich domów dziecka, którym pomagała Twoja fundacja. Od tego czasu zmieniło się bardzo wiele. Wybuchła wojna w Ukrainie…
A mi doszli nowi podopieczni. Tamta VIVA! ukazała się dokładnie w dniu ataku Rosji na Ukrainę, 24 lutego. I wszystko okazało się nieważne, choć wówczas rozmawiałyśmy o bardzo ważnych rzeczach – tolerancji, akceptacji. Próbowałam sobie wyobrazić, co czuły i czują osoby dotknięte tym konfliktem. W ciągu kilku tygodni zorganizowaliśmy pomoc ukraińskim kobietom i dzieciom. Wspólnie z mężem stworzyliśmy RiO Edu Centrum, w którym pomagamy mamom z Ukrainy w aktywizacji zawodowej, a ich dzieciom zapewniamy edukację i opiekę terapeutyczną. W ciągu minionego roku przekazaliśmy na pomoc Ukrainie ponad trzy miliony złotych z fundacji i ponad pięć milionów prywatnie; między innymi na konwój polskich serc, który udało się zorganizować i wyekspediować również dzięki mobilizacji i wsparciu polskiego środowiska biznesowego.

To ogromna kwota, ale też dowód na to, że na pomocy potrzebującym nie oszczędzasz…
Rafał Sonik, który wspiera działania mojej fundacji, powiedział mi kiedyś, że „jakość jest sposobem okazania szacunku”. I jakość od zawsze była dla mnie wyznacznikiem, bo gdybym sama znalazła się w podobnej sytuacji, też chciałabym być potraktowana godnie. Jeśli organizuję obóz dla podopiecznych z domów dziecka, to musi być on na najwyższym poziomie, a program i atrakcje układamy tak, aby były to kolonie, o jakich marzyli. Organizując rzeczy dla potrzebujących, dbam o to, żeby były nowe. Do tej pory wielu ludzi kojarzyło mnie głównie z pomaganiem w Afryce, ale w tej chwili ogromną część środków przeznaczamy także na domy dziecka, bo tam potrzeby są ogromne. Omenaa Foundation wydała na ich wsparcie ponad półtora miliona złotych, czyli trzy razy tyle, co na dzieci w Ghanie.
Kiedy poczułaś potrzebę pomagania?
Kilka lat temu. Okazuje się, że do pomagania musiałam dojrzeć. Pamiętam, że siedziałam w kawiarni w TVN. Właśnie się rozwiodłam. Pomyślałam wtedy, tak po prostu, że chciałabym swój wizerunek wykorzystać w słusznej sprawie. Jakie to było oczyszczające uczucie! Jak już do tego doszłam, stwierdziłam, że chciałabym pomagać dzieciom w zdobywaniu wiedzy, bo wierzę, że edukacja to najpotężniejsza broń, dzięki której można zmieniać świat na lepsze. Jak mówił Nelson Mandela.
Czemu edukacja jest dla Ciebie taka ważna?
Ponieważ wiedza to największy ludzki kapitał. Daje wolność i sprawia, że możemy decydować o sobie i o tym, jak ją w życiu wykorzystać, zamiast bezproduktywnie czekać na pomoc od kogoś. Założyłam swoją fundację, by pomagać między innymi tym, którym odebrano szansę na naukę. Potem, po raz pierwszy w życiu, poleciałam do Ghany, gdzie urodził się mój tata.
Poleciałaś tam z zamiarem pomagania ghańskim dzieciakom?
Wybrałam się w podróż, żeby poznać swoje korzenie. Wtedy też pojawiła się myśl, że muszę tu zbudować szkołę. Znaleźć zaufanych partnerów – nie tylko biznesowych – nie było łatwo, ale udało się! Po wielu podróżach do Ghany i przygodach, jakie tam przeżyłam, trafiłam na salezjanów, którzy prowadzili ośrodek pomocy dla dzieci ulicy. I właśnie tam zbudowałam szkołę Kids Haven School.

Jak Cię potraktowano w kraju Twoich przodków?
Jak panią z Europy, która zjadła wszystkie rozumy (śmiech). Szybko zostałam przez Ghańczyków sprowadzona na ziemię. Odbyłam spotkanie z wysoko postawionym urzędnikiem, który uświadomił mi, że Afrykanie zawsze będą traktowali mnie jak Europejkę. To mnie zaskoczyło, bo myślałam, że skoro jestem czekoladowa, to jestem ich. A tymczasem okazało się, że dla nich jestem… za biała. Wytłumaczył mi też, że jak chcę coś zrobić w Ghanie, muszę uszanować lokalne zasady i nauczyć się z nimi pracować.
Co Cię najbardziej zaskoczyło?
Na przykład to, że my mamy zegarki, a oni zawsze mają czas. Jeśli przyjeżdżasz z Europy i myślisz, że coś będzie przygotowane na dany dzień, tak jak się umawiałaś, możesz być niemile zaskoczona. Różnice w mentalności pomiędzy nami są naprawdę kolosalne. Myślę, że wynikają one z przeszłości historycznej. Przez setki lat Afrykanie byli niewolnikami. Im zawsze ktoś mówił, co dokładnie mają robić. Na szczęście młode pokolenie Ghańczyków jest już inne. Wielu z nich studiuje za granicą, a potem wraca do Ghany, otwiera swoje biznesy i zaczyna żyć na poziomie, na jakim my funkcjonujemy w Europie. Choć nie wszyscy. Na przedmieściach Akry wciąż mieszkają tysiące bezdomnych dzieci. Nazywa się je dziećmi ulicy i to jest coś, z czym trudno mi się pogodzić.
Nie ma dla wszystkich miejsca w wybudowanej przez Ciebie szkole?
Niestety nie, do Kids Haven School możemy przyjąć maksymalnie 60 podopiecznych, a szacuje się, że dzieci ulicy jest ponad 61 tysięcy. Mamy rotację, bo staramy się przywrócić te dzieciaki do życia w naturalnych warunkach. Odnaleźć ich biologicznych rodziców lub umieścić w placówkach zastępczych.
Próbowałaś kiedyś sobie wyobrazić, że mogłabyś być na ich miejscu?
Wielokrotnie… Myślałam też o moich dzieciach, które miałyby mieszkać na ulicy, nie chodzić do szkoły, nie uczyć się i nie mieć szans na godną przyszłość. Dzieci ulicy trafiające do Kids Haven School nie znają innego życia. U nas po raz pierwszy śpią na łóżku, a nie na ziemi, korzystają z normalnej toalety, a dziewczynki dostają podpaski. Ich radość nakręca mnie do działania. Kiedy usłyszałam, że okoliczne jednostki „zajmujące się” tymi dziećmi przestały je przywozić do naszego ośrodka, nie załamałam się. Przeciwnie! Przełożyłam wszystkie możliwe siły na działanie! Kupiliśmy autobus, żeby mieć transport. W najbliższych tygodniach czekają nas kolosalne zmiany. To będzie też czas spotkań z nowymi podopiecznymi, którym, mam nadzieję, odmienimy życie na lepsze.

Ile razy byłaś już w Ghanie?
Nie liczyłam, ale mam już ghański paszport, z czego się bardzo cieszę.
Zabierasz tam swoich bliskich?
Byli ze mną Rafał i Vanessa. Mama nigdy nie wyjechała, podobnie jak mój synek Vincent, który ma dopiero pięć lat i jest jeszcze za mały. W przyszłym roku chcemy to nadrobić, dlatego zaplanowaliśmy dłuższą rodzinną podróż do Afryki. Z Ghany niedawno wrócili pracownicy moich fundacji oraz troje darczyńców: Sylwia Dobrzycka, Beata Drzazga i Rafał Sonik – ludzie, którzy przekazali największe dotacje, między innymi na działania pomocowe w polskich domach dziecka, dla dzieci w Ghanie oraz na wsparcie RiO Edu Centrum – dziennego
ośrodka pomocy dla uchodźczyń z Ukrainy i ich dzieci. Zależało mi, by poznali drugi, bliski mi świat i na własne oczy zobaczyli, komu i dlaczego pomagam.
Janina Ochojska powiedziała w jednym z wywiadów, że pomaganie jest podjęciem decyzji o tym, komu nie pomożesz.
Aż ciarki mnie przeszły, gdy to powiedziałaś, ale to do darczyńcy należy decyzja, komu chce przekazać swoje pieniądze. Serce by mi pękło, gdyby ktoś zarzucił mi, że w nieodpowiedni sposób zarządziłam przekazanymi mi środkami, dlatego bardzo dbam o to, żeby działania Omenaa Foundation były transparentne. Założyłam Konsorcjum Filantropijne także po to, by wiedzieć, gdzie i komu trzeba pomóc.
Jak działa Konsorcjum Filantropijne?
Ma pomóc nam, ludziom czynu, połączyć wiedzę i siły, żeby wspierać się we wzajemnym działaniu. Konsorcjum Filantropijne będzie zrzeszać fundacje działające główne w obszarze edukacji i zdrowia. To właśnie na ich projekty trafi 30 procent kwoty zebranej podczas Wielkiej Aukcji Charytatywnej 2023. Partnerem naszej inicjatywy jest już Fundacja Siepomaga. Z tego miejsca zapraszamy kolejne, które mają ochotę się do nas przyłączyć.

W pomaganiu ważna jest gra zespołowa?
W pojedynkę jest ciężko. Trenowałam koszykówkę i wiem, że zespół jest niezwykle ważny, ale musi być w nim kapitan. Pomagać trzeba z głową, dlatego otaczam się ludźmi, którzy rozumieją moją misję. Wyobraź sobie, że jedna dzielnica Akry, Agbogbloshie, jest wysypiskiem elektrośmieci z całego świata. O tym miejscu powstał nawet film „E-Life”. Wygląda to tak, że Afrykańczycy zamawiają z Europy używany sprzęt elektroniczny. Przykładowo ze 100 wysłanych komputerów do wybrzeży Afryki trafia połowa względnie dobrego sprzętu, drugie 50 od razu trafia na śmietnik, czyli do Agbogbloshie, gdzie… mieszkają ludzie! Każdy ma swój rewir i niby-dom. Tuż obok na tej toksycznej elektronice bawią się dzieci, pasą się krowy, chodzą kury i kaczki, a mieszkańcy całymi dniami wydłubują z tych odpadów metale szlachetne – ich jedyne źródło zarobku. Chcesz usłyszeć jeszcze jedną historię?
Oczywiście.
Ksiądz Piotr, którego poznałam w trakcie poszukiwań miejsca na szkołę, opowiedział mi, że kiedyś zadzwonił do nich producent butów z pytaniem, czy nie potrzebują ich dla dzieci. Potrzebowali, więc przysłał cały tir… kozaków! Rozumiesz? Kozaki w Ghanie! Jest mi wstyd za Europejczyków, którzy mają czelność robić takie rzeczy, ale i za Afrykanów, bo godzą się to przyjmować. Chcę być przykładem, że można pomagać systemowo, rozsądnie i przede wszystkim mieć szacunek do ludzi, którym tę pomoc niesiemy.
Mówi się, że dobro wraca.
I tak jest! Przecież dzięki pomaganiu poznałam mojego męża. A to, że teraz robimy to razem, jest dla mnie znakiem, że wybrałam dobrą drogę.
Fundacje, Wielka Aukcja Charytatywna i wsparcie Ukrainy. Jak wygląda misja Omeny Mensah?
Rafała również zainspirowałaś do założenia fundacji.
Rafał Brzoska Foundation wspiera młodych ludzi z biednych terenów wiejskich w zdobyciu wykształcenia. Mój mąż też pochodzi ze wsi i było mu w życiu bardzo trudno. Nikt go nie wspierał, nie dawał mu szans na to, że może coś w życiu osiągnąć. Gdy zapytałam, komu chciałby pomagać, odpowiedział, że dzieciakom takim jak on. Dziś mamy pod opieką 26 stypendystów, którzy osiągnęli już naprawdę dużo. Jedna z nich, Julia Stankiewicz, rozpoczyna właśnie pracę w NASA. Rozpiera nas duma!

I teraz siedzicie wieczorem przy kolacji i zastanawiacie się, komu jeszcze możecie pomóc?
Dokładnie tak! Ale… nie przy kolacji. Naszą salą konferencyjną jest łazienka (śmiech). Wskakujemy do wanny i w niej debatujemy. Mamy z Rafałem spisaną konstytucję miłości, a w niej deklarację, ile rocznie przekazujemy na różne cele, oczywiście poza działaniem naszych fundacji. I tak na przykład, już nie w wannie, ale podczas podróży do Afryki wymyśliliśmy, że zorganizujemy wigilijną kolację dla osób samotnych i ubogich. Chcieliśmy sprawić komuś prezent, a wyszło na to, że zaprosiliśmy dwa i pół tysiąca osób.
Skoro wszystko jest transparentne, powiedz, ile pieniędzy w ubiegłym roku przeznaczyliście na działalność fundacji.
Ponad cztery miliony złotych przekazaliśmy na stypendia dla podopiecznych Rafał Brzoska Foundation, a ponad półtora miliona złotych trafiło do polskich domów dziecka. Na pomoc Ukrainie przeznaczyliśmy ponad trzy miliony złotych, a na szkołę dla dzieci ulicy w Ghanie niemal 600 tysięcy złotych. W tym roku kwota będzie wyższa, bo planujemy przyjąć więcej podopiecznych. Pieniądze są ogromnie ważne, ale niezwykle istotne jest też to, że jeśli zachodzi taka potrzeba, sami ruszamy do pracy. Kiedy trzeba było wykończyć szkołę, zakasaliśmy rękawy, malowaliśmy, piłowaliśmy drewno i wykonywaliśmy fizyczną pracę. W ten sposób dajemy najlepszy przykład. Może dlatego nasze działania mają tak pozytywny odzew.
A jeśli ktoś chce Wam przeszkadzać?
Takie osoby odcinamy. Szkoda naszej energii na walkę z ludźmi, którym jest z nami nie po drodze.
Dlaczego komuś miałaby przeszkadzać Wasza działalność?
Z zazdrości. Wiesz, jak jest. Ludzie często szukają dziury w całym. Może denerwuje ich fakt, że nie muszę nic robić, a jednak robię?

Dlaczego nazwałaś fundację swoim imieniem?
Moje imię w języku ghańskim oznacza siłę i złoto, ale nie to było powodem. Zrobiłam to z przekory (śmiech). Usłyszałam kiedyś, że nie zawsze w mediach chcą mówić o mojej fundacji. Dlatego pomyślałam, że gdy nazwę fundację moim imieniem, kiedykolwiek będą mówić o jej działalności, będą musieli powiedzieć „Omenaa”. Omenaa Foundation (śmiech).
Nigdy się nie poddajesz.
W moim słowniku nie istnieje słowo „niemożliwe”. Jak ktoś mi mówi, że czegoś się nie da, to ja mu udowodnię, że jest dokładnie na odwrót. Poza tym jestem zodiakalnym Lwem z ascendentem w Wadze. Lwy są waleczne i pragmatyczne, a Wagi mają artystyczne dusze. Zatem jestem połączeniem pragmatyzmu z nutą artystycznego szaleństwa.
To dlatego połączyłaś swoje dwie pasje – pomaganie i sztukę?
To dla mnie sytuacja idealna. Od 10 miesięcy przygotowujemy Wielką Aukcję Charytatywną, podczas której odbędzie się licytacja dzieł sztuki znakomitych polskich i zagranicznych artystów. To niesamowite wydarzenie poprzedzi wystawa w Oranżerii przy Pałacu w Wilanowie, zorganizowana przez moją fundację artystyczną OmenaArt Foundation. Udało się nam pozyskać dzieła najlepszych artystów, w tym po raz pierwszy w Polsce będzie można zobaczyć z tej okazji rzeźbę Manolo Valdésa „Reina Mariana”. Zależy mi na tym, by każdy mógł obcować ze sztuką i mógł podziwiać dzieła światowej klasy. Przy każdym projekcie konsekwentnie trzymamy się najwyższej jakości, dlatego 3 czerwca będzie można wylicytować nawet rzeźbę Magdaleny Abakanowicz.
Chyba lubisz przecierać szlaki.
Pewnie! Jako jedna z pierwszych w Polsce robiłam afrykańskie fryzury i zbiłam na tym niezły biznes. Miałam trzy salony, z którymi współpracowałam jako studentka poznańskiej ekonomii. Zawsze lubiłam iść pod prąd i być w czymś pierwsza. Nigdy się tego nie bałam – mam to po mojej mamusi. Od wielu lat jestem miłośniczką sztuki i designu – teraz mam to szczęście, że rozwijam również moją artystyczną stronę duszy. Rewitalizacja historycznych budynków i dbanie o zachowanie tożsamości kulturowej to główne cele działań mojej nowej fundacji.

Tata jest w końcu z Ciebie dumny?
Pamiętasz, jak mówiłam, że był dumny, dopiero gdy wybudowałam szkołę w Ghanie! (śmiech) Za to mama zawsze była ze mnie dumna i mnie wspierała, i za to bardzo ją kocham.
Czy Twoje dzieci nie są trochę zazdrosne, że tak dużo czasu poświęcasz innym?
Różnie bywało. Vanessa czasami się denerwowała, że na fundacyjne dzieci miałam „czas”, ale nie byłam już tak skora, żeby jej cokolwiek w życiu ułatwić. Dzisiaj wie, że wyszło jej to na dobre. Poszła w ślady dziadka, studiuje medycynę i chce zostać lekarzem. Wybrała najpiękniejszy zawód, jaki mogłam sobie dla niej wymarzyć. Jest moją wielką dumą. Wiadomo, że macierzyństwo jest trudne. Ma wzloty i upadki, ale bilans wychodzi na plus. To wielka radość widzieć, gdy twoje dziecko robi coś, co sprawia mu radość.
Zaszczepiłaś w niej chęć pomagania.
Vanessa od 15. roku życia jeździ na wolontariat do Afryki. Gdy myślę o niej i o tym, jaką drogę wybrała, mam łzy w oczach. Za to Vincent zamiast do przedszkola woli chodzić do RiO Edu Centrum i tam bawić się z dziećmi z Ukrainy. Tłumaczymy mu, na czym polega świat i dlaczego niektórym w życiu się układa, a inni potrzebują naszej pomocy. Choć uczęszcza do fajnego przedszkola, w którym dzieci są mądrze prowadzone, to wierzymy, że najważniejsze są wartości wyniesione z rodzinnego domu.
Czego najbardziej nie lubisz oprócz słowa „niemożliwe”?
Pytania, po co pomagam. Jeśli ktoś je zadaje, oznacza to, że w ogóle tego nie czuje. Wychodzę z założenia, że wszyscy ludzie są dobroduszni, uczciwi i chcą czynić dobro. Jeśli ktoś nie chce, to niech chociaż nie przeszkadza. Mocno wierzę w to, że każdy ma coś dobrego, co może dać drugiemu człowiekowi.
Rozmawiała Katarzyna Piątkowska.
