Film Men in Black: International
Fot. Materiały prasowe
VIVA! RECENZJE

Men in Black: International to film odbębniony po linii najmniejszego oporu

Przeczytaj naszą recenzję

Łukasz Kaliński 14 czerwca 2019 18:15
Film Men in Black: International
Fot. Materiały prasowe

Wielka szkoda, że reżyser świetnych Piątku, Desperatek czy ostatnio Straight Outta Compton, F. Gary Gray, postanowił rozdrabniać talent na filmy o samochodach ścigających się z łodziami podwodnymi oraz postaciach, których miejsce jest na dziale z zabawkami w Smyku. Choć widzowie coraz głośniej powtarzają: „nie chcemy odsmażania starych filmowych kotletów, wymyślcie coś oryginalnego!”, producenci z Hollywood pozostają głusi na te wołania. Men in Black: International to już czwarta odsłona serii, która przyniosła właściwie tylko jeden naprawdę dobry film.

„Men in Black: International”. Opis fabuły

Molly (Tessa Thompson) od małego podejrzewała, że przed opinią publiczną ukrywana jest wielka tajemnica. Wszystko za sprawą spotkania kolorowego kosmity ściganego przez tajemniczych mężczyzn w czarnych garniturach. Czyszcząc pamięć rodziców Molly, zapomnieli o dziewczynce, która przez kolejne dwadzieścia lat szukała śladu tajnej organizacji zajmującej się przybyszami pozaziemskimi. Do Molly w końcu uśmiecha się szczęście. Po latach poszukiwań trafia do siedziby Men in Black, gdzie przesłuchiwana przez Agentkę O (Emma Thompson) przekonuje ją, że jest idealną kandydatką do zostania agentką MiB. Szefowa nowojorskiego oddziału dostrzega w dziewczynie potencjał i zgadza się przyjąć ją na okres próbny. Jako agentka M zostaje wysłana do Londynu, gdzie trafia pod skrzydła Wysokiego T (Liam Neeson). Agenta, na którego koncie jest uratowanie świata przed zagładą. Udało mu się tego dokonać razem z młodym, zdolnym agentem H (Chris Hemsworth). Ruszając na kolejną misję, H zabiera ze sobą M. Nie spodziewa się, że oto początek śledztwa, którego stawką los ludzkości.

Recenzja filmu „Men in Black: International”

Historia filmowych Facetów w czerni rozpoczęła się w 1997 roku filmem Barry’ego Sonnenfelda Faceci w czerni. Komiksowa opowieść o organizacji chroniącej świat przed szumowinami z kosmosu odniosła niespodziewanie wielki sukces, stając się jednym z najlepszych filmów rozrywkowych sezonu. Naturalną koleją rzeczy były następne części, które z różnych powodów nie cieszyły się już taką popularnością. I kiedy wydawało się, że oto definitywny koniec serii, podjęto decyzję o jej odświeżeniu i wlaniu w nią świeżej krwi. Faceci w czerni zyskali globalnego rozmachu, nie ograniczając się już tylko do okolic Nowego Jorku. Czarne garnitury przywdział nowy zestaw agentów, a po gwiazdach poprzednich części, Willu Smisie i Tommym Lee Jonesie pozostał jedynie obrazek na ścianie gabinetu Wysokiego T.

Film F. Gary’ego Graya po raz nie wiadomo już który udowadnia, że te wszystkie marketingowe gadki o świeżej krwi, nowym pomyśle, pokazaniu czegoś, czego jeszcze nie było, fajnie brzmią jedynie w materiałach promocyjnych. W trakcie seansu szybko okazuje się, że Men in Black: International to spodziewane odcinanie kuponów od czegoś, co zarobiło na tyle, że ludzie wciąż o tym pamiętają. Tak modny dzisiaj remako-reboot, czyli coś, co niby jest kontynuacją, ale tak naprawdę jest nowym początkiem. Nakręconym z nadzieją na to, że przyjmie się na tyle, że będzie można potem dokręcić jeszcze parę filmów. Niestety film Graya sprawia wrażenie odbębnionego po linii najmniejszego oporu. Lekceważy nadzieje widzów na coś naprawdę przemyślanego i interesującego, wiedząc, że i tak pójdą do kina wiedzeni sentymentem do poprzednich części. Cóż, pierwsze prognozy wskazują na to, że producenci mogą się nieźle przeliczyć.

Zwiastun filmu „Men in Black: International”

Trudno powiedzieć, żeby Men in Black: International był filmem złym, bo tak nie jest. W ramach obranej konwencji sprawdza się jako komediowe widowisko wypełnione różnej maści kosmitami, wymyślnymi broniami i egzotycznymi lokacjami, które odwiedzają bohaterowie. Zamiast jednak zaserwować jakąś naprawdę nową historię, powtarza wszystko to, co zagrało w pierwszej części serii. Utalentowany i pewny siebie kadet Will Smith zamienił się w jedynie w Tessę Thompson, a rolę mentora po Tommym Lee Jonesie przejął Chris Hemsworth. Lepiej w czarnym garniturze wypada ten drugi, choć cały show kradnie i tak niewielki Pionkuś (głos Kumail Nanjiani), który potrafi rozbawić pyskatymi kwestiami. Nowo sparowani partnerzy będą zmuszeni uratować świat, choć gdyby w dialogach nie powtarzano co jakiś czas, że świat ma przerąbane, to trudno byłoby się tego domyślić.

Idealnym przed wybraniem się na seans filmu Men in Black: International byłoby wystawienie się na działanie neuralizera, który wymazałby pamięć o poprzednich częściach serii. Wtedy pewnie film Graya wypadłby lepiej. W przeciwnym razie pozostaje oglądanie zbyt dziecinnego filmu skupiającego się na wprowadzeniu kolejnej porcji coraz bardziej wymyślnych kosmitów. Po takiej produkcji trzeba się jednak spodziewać więcej niż gadająca broda i kosmita w kształcie zębów chodzących w pantoflach. 5/10.

Men in Black: International w kinach od 14 czerwca. 

Plakat filmu Men in Black: International:

plakat filmu Men in Black International
Fot. United International Pictures/materiały prasowe

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Napisałam tę książkę po to, żeby oczyścić siebie dla dzieci. Żeby nie mieć już bagażu”, mówi w poruszającym wywiadzie wybitna pływaczka, OTYLIA JĘDRZEJCZAK. Były mąż Anji Rubik, SASHA KNEZEVIC, rozpoczął nowe życie – jako tata i jako… artysta. DEMI MOORE odkrywa mroczne strony swojego życia. Ile zostało z buntowniczki w MAŁGORZACIE OSTROWSKIEJ?