Czesław Czapliński przez dekady fotografował najsłynniejszych ludzi świata. Spotykał osobowości, które zmieniały historię, kulturę i wyobraźnię milionów, a mimo to potrafił dostrzec w nich coś, czego nie pokazywały inne portrety. Jego historia to opowieść o talencie, odwadze i uporze. I o tym, że czasem najlepsze historie zaczynają się wtedy, kiedy coś idzie nie tak.
WIDEO…
Czesław Czapliński znał największe gwiazdy świata. Zdradził, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami. Wywiad VIVA!
[...]
– Pana przyjaciel, wspaniały plakacista Rafał Olbiński napisał, że w podejściu do bohaterów stosuje Pan metodę „na lisa” z bajki de La Fontaine’a – zasypuje Pan ich komplementami. Luciano Pavarottiemu powiedział Pan, że w trójcy tenorów jest bogiem, przy którym Carreras i Domingo to małe pionki?
Fotografowałem go w Metropolitan Opera. Pavarotti miał w sobie ogromną naturalność i poczucie humoru. Zaczęliśmy od spotkania w drzwiach obrotowych. Weszliśmy do jednego segmentu i właściwie ledwo się tam zmieściliśmy. To był moment, który pokazuje, jak ważne jest poczucie humoru. Nie chciałem fotografować „wielkiego tenora”. Chciałem zachować moment, w którym Luciano śmieje się z siebie i z całej sytuacji.
– Najlepsze zdjęcie powstało w jego garderobie w Metropolitan Opera.
Miał tam stos płyt, siedział i je opisywał. W pewnym momencie zapytał mnie, jakie zdjęcie chciałbym mu zrobić. A ja odpowiedziałem: „Słuchaj, a może ty byś wymyślił, jak można cię sfotografować?”. Pavarotti się żachnął. „Zaraz, zaraz. Przychodzisz do mnie, ja poświęcam ci swój czas, a ty jeszcze chcesz, żebym wymyślał ci pomysł na zdjęcie?”. Powiedziałem, że tak byłoby najlepiej. I nagle złapał płytę, i przykleił ją sobie do czoła. Wyszło świetne zdjęcie. Spontanicznie, w jednej chwili. Nie wymyśliłem tej sceny, nie wyreżyserowałem jej. Pavarotti sam ją stworzył. Wielcy, sławni ludzie są często zmęczeni tym, że wszyscy czegoś od nich chcą. Ktoś przychodzi, robi zdjęcia, prosi o autograf, chce kolejnego spotkania. A tu fotograf mówi: „To może ty coś wymyśl?”. I okazuje się, że właśnie wtedy powstaje coś niepowtarzalnego.
Czesław Czapliński, Viva! 20/2026
– Jedną z najbardziej przewrotnych historii jest spotkanie z Françoise Gilot, malarką związaną z Picassem.
Picasso już nie żył, a ja bardzo chciałem znaleźć się blisko ludzi z jego otoczenia. Do Gilot udało mi się dotrzeć dzięki znajomości. Powiedziano mi: „Przyjedź jutro rano”. Problem polegał na tym, że miałem bardzo mało czasu na przygotowanie się.
– A zwykle przygotowuje się Pan bardzo dokładnie?
Zawsze uważam, że fotograf powinien wiedzieć, kogo fotografuje. Trzeba znać życie tej osoby, jej twórczość i charakter. Ale tym razem czasu było niewiele. Przyjechałem do jej pracowni przy Piątej Alei w Nowym Jorku i zaczęliśmy fotografować. Chciałem nawiązać kontakt, więc zacząłem mówić o Picassie, jaki był wspaniały i fascynujący. Ale im więcej mówiłem, tym bardziej widziałem, że jej twarz się zmienia. Zamiast się otwierać, zamykała się. W pewnym momencie postanowiła zakończyć sesję i właściwie wyprowadziła mnie z domu. Zrobiłem kilkanaście, może kilkadziesiąt ujęć. Kiedy wróciłem do domu, zadzwoniłem do znajomej. A ona mówi: „Coś ty zrobił!”. Okazało się, że popełniłem straszną gafę, bo związek z Picassem to był najgorszy okres w życiu Gilot. On ją niszczył, jako kobietę i malarkę. Wysłałem jednak do niej zdjęcia – uważałem, że są dobre, i dostałem bardzo ważną odpowiedź. Françoise Gilot była zachwycona. Uznała, że pokazałem ją inaczej – jako poważną artystkę, bez sztucznego uśmiechu, bez robienia z niej dekoracyjnej postaci związanej wyłącznie z Picassem. Udało mi się uchwycić coś, co sama chciała w sobie zobaczyć.
[...]
Rozmawiała Agnieszka Dajbor
Cały wywiad dostępny w nowej VIVIE! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od 22 października.