Dorastał na warszawskim Mokotowie, wśród podwórkowych przyjaźni, wielkich przemian i pokus, które niejednemu z jego rówieśników zrujnowały życie. On znalazł ratunek w muzyce, choć przez lata musiał uczyć się niezależności i odwagi, by tworzyć na własnych zasadach. Jan Emil Młynarski, perkusista, kompozytor i wokalista, w wywiadzie, który ukazał się w numerze 23/2023 magazynu VIVA!, opowiedział nie tylko o swojej artystycznej drodze i płycie „Narkotyki”, ale też o skomplikowanych emocjach, relacji z ojcem, wychowywaniu córek i samotności. Z okazji jego 47. urodzin przypominamy tę wyjątkową rozmowę, w której zdradził również, dlaczego do szczęścia nie zawsze potrzebujemy drugiej osoby.

WIDEO…

player placeholder

Jan Emil Młynarski o ojcu Wojciechu Młynarskim, trudnym dzieciństwie i muzyce, która uratowała mu życie

Na płycie „Narkotyki” śpiewa Pan: „Życie, wchłaniam cię w zachwycie, spijam aż do dna”. Ładne! To o Panu?

Nie wiem, czy wchłaniam życie w zachwycie, raczej jestem pesymistą, ale to moje życie jest dosyć intensywne. Naładowane ludźmi, zdarzeniami, miejscami. Staram się być w tym obecny. Spotykam się z publicznością w różnych miastach Polski i nie tylko. To duży skarb, przywilej, że można przez tyle lat robić to, co się lubi, a moje zajęcie – oprócz weny, pomysłów i inspiracji – to kontakt z publicznością na wielu poziomach. 

Zobacz także:

– Stawiając na muzykę, miał Pan w ogóle świadomość, co to znaczy „być muzykiem”? 

Pytanie, czy ktokolwiek ma taką świadomość? Ja na pewno nie miałem. To było instynktowne. Po prostu dosyć wcześnie wiedziałem, że chcę grać. A gdzie, jak, z kim – nie miałem pojęcia. Najbardziej ze wszystkich instrumentów podobała mi się perkusja, chociaż uczyłem się grać na fortepianie, na gitarze. To mi po latach pomogło oswoić się z mandoliną, bandżolą, bo z dzieciństwa pamiętałem, jak przyciska się struny. Natomiast perkusja to był rodzaj iskry bożej, powołania. Niewytłumaczalny. Rodzice często posyłają dziecko do szkoły muzycznej i życzą sobie, żeby grało na tym, a nie innym instrumencie. U mnie tego nie było. Pierwszy zespół założyłem z kolegą z dzielnicy, Jankiem Komarem. On był w piątej, ja w czwartej klasie. On grał na gitarze, ja na perkusji. Janek dzisiaj jest znakomitym kompozytorem filmowym i producentem muzycznym. 

– W czwartej klasie podstawówki miał Pan… 10 lat! Chyba nie było Pana widać zza tej perkusji?!

(śmiech) Trochę tak. Proces był taki, że nie instrument był pierwszy, tylko słuchanie muzyki. Na samym początku były to kasety – spady po siostrze Paulinie, a raczej jej chłopakach. Nie byłem depeszem, punkiem, skinem, metalem, ale słuchałem wszystkiego po trochu. Moje prapoczątki to The Doors, Rolling Stones, potem Dead Kennedys… i tak dalej. To, co próbowaliśmy z chłopakami grać, było odbiciem tego, czego w danym momencie słuchaliśmy. Z każdym rokiem to spektrum się poszerzało, a moje gusta zmieniały. Koło siódmej klasy zapragnąłem wiedzieć więcej. Poszedłem do Sali Kongresowej na pierwsze w swoim życiu Jazz Jamboree, nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Wtedy już wiedziałem, że chcę się uczyć grać, zacząłem ćwiczyć. I tak to trwa do dziś.

– Przyjaźnił się Pan z chłopakami z zespołów?

Tak. Stary Mokotów, z którego pochodzę – a mówimy o latach 80. – to duże zielone skwery otoczone trzy-, czteropiętrowymi kamienicami. Przewalałem mnóstwo godzin na ławkach z kolegami. Istniało coś takiego jak rodzaj solidarności podwórkowej. Kiedy człowiek dorastał, przechodził na kolejne podwórko, kogoś poznawał. Pamiętam, jak podjechałem dwa przystanki dalej tramwajem, potem cztery, aż dotarłem do innej dzielnicy. Świat się powiększał. W liceum na mapie Śródmieścia pojawiły się miejsca, gdzie łączyła się młodzież z różnych stron miasta. Nasza grupa często spotykała się w nieistniejącym od lat klubie Masoneria przy ulicy Foksal. Barek na górze i piwnica. Nasze ulubione miejsce. W siódmej klasie proces siedzenia sam na sam z perkusją na strychu czy w piwnicy stał się dla mnie o wiele atrakcyjniejszy. I w pewnym sensie naturalny. Człowiek, który chce dobrze grać na instrumencie, to człowiek, który tysiące godzin spędza sam z własnymi myślami i instrumentem. Patrząc z perspektywy lat, okazuje się, że jest to wielki obszar samotności. Mnie było z tym dobrze. To była moja strefa komfortu i bezpieczeństwa. Znam wirtuozów, którzy nie mieli tej cechy i musieli narzucić sobie dyscyplinę. Nie zawsze kończy się to szczęśliwie.

– Niektórzy nazywają to pasją. Podobno to dar. Tę wewnętrzną samotność słychać w Pana twórczości. Czego nauczyła Pana „akademia podwórkowa”? 

Nie będę się bawił w Grzesiuka i głosił prawd życiowych, choć pewnie jakieś wyniosłem z tamtego czasu. Zasadniczo nigdy nie byłem chowany pod kloszem. Miałem kolegów z różnych sfer, o różnym statusie, o różnych rodzinnych historiach. Spędzałem masę czasu poza domem w czasach, kiedy nie było komórek, domofonów, kamer i innych bajerów. Kiedy ktoś się umawiał o 17, był o 17, a jeśli go nie było, to się do niego szło i pukało do drzwi. Celem moich pierwszych wycieczek ze starszymi kolegami był bazar na Skrze, trzeba było przejść na piechotę przez Pole Mokotowskie. Pierwszy duży warszawski jarmark ery przedtransformacyjnej. Kolega miał tatę w Stanach, który mu przysyłał dolary. Wziął nas kiedyś na Skrę, kupił sobie rower BMX i każdemu dawał na nim pojeździć. Można było poszpanować na sąsiednim podwórku, mówiąc, że jest mój. Napatrzyłem się na wszystko, co dzieje się między młodzieżą starszą i młodszą w czasach, kiedy rodzice nas specjalnie nie pilnowali. (...) Co mi to dało? Nie wiem. Rodzaj otrzaskania z normalnym życiem. 

– Celne.

Ludziom może się wydawać, że syn Wojciecha Młynarskiego to taki synek spod klosza, chowany w śmietance. Moi rodzice funkcjonowali w tak zwanym środowisku, ale nie przypominam sobie, żeby ojciec prowadził jakieś bujne knajpiane życie towarzyskie warszawskiej socjety. Nie miał czasu, a poza tym myślę, że to go mierziło. Robił swoje, był trochę ponad wszystko. Poza tym w moim domu panował jednak spory chaos, niepokój, w dużej mierze sam gospodarowałem swoim czasem. 1989 rok przyniósł – z perspektywy 10-latka – kosmiczne zmiany. Na naszych oczach dokonywała się rewolucja. Pięć lat później w Warszawie pojawiła się plaga brown sugar. Wszyscy palili heroinę i po kolei lądowali albo na Dworcu Centralnym, albo w ośrodkach odwykowych, psychiatrykach albo na cmentarzu. Znam takie przypadki z imienia i nazwiska. Był wśród nas chłopak, zakapior, ale bardzo inteligentny, utalentowany, wygadany, dobrze ubrany, super hop do przodu i z wielkim powodzeniem u dziewczyn. W jego przypadku upadek zajął mniej niż pół roku. Nasi rodzice też próbowali się zaadaptować do nowej sytuacji. Niektórzy tracili pracę, inni sami ją zmieniali, czyjś tata zakładał firmę, potem bankrutował, wyjeżdżał 
na Zachód, coś przysyłał… Oni zajmowali się odnajdywaniem się w nowym świecie i my też musieliśmy się w tym świecie odnaleźć. A byliśmy w tym sami. Miałem dużo szczęścia. Otarłem się o różne niebezpieczeństwa – jak teraz o tym myślę, mam dreszcze. 

– Co Pana uratowało?

Muzyka. Wszedłem w to granie na poważnie i na nic innego nie miałem już czasu, to mnie uchroniło. W liceum dla dorosłych chodziłem na zajęcia dwa razy w tygodniu, poza tym było tylko granie. Po maturze nie poszedłem na żadne studia, przez rok grałem. Nie musiałem przejmować się szkołą ani pracą. Byłem na utrzymaniu mamy, mogłem ćwiczyć cały czas. 

ZOBACZ TEŻ: „Kiedy w moim życiu coś się nie układało, wiedziałam, że będę mogła na niego liczyć”. Tak Agata i Wojciech Młynarscy mówili o swojej relacji w rozmowie dla VIVY!

jamnik8
Kobas Laksa

– Mieliście umowę?

Nie było umowy: „ty ćwicz, a ja będę cię utrzymywać”, ale tak było. Po roku byłem gotowy. Zacząłem zarabiać i dosyć szybko się usamodzielniłem. 

– Niesamowita ta Pana droga do dojrzałości. Zresztą „Narkotyki” to nie jest „zabawa” dla młodych chłopców. Zaczęło się od…

…„Morfiny”. Trafiłem na nią, drążąc temat polskiego tanga, który mnie od lat fascynuje. Nagraliśmy ją nawet na pierwszej płycie Warszawskiego Combo Tanecznego w 2014 roku, ale wtedy nie zapaliła mi się lampka, że jeśli ktoś przed wojną napisał piosenkę „Morfina”, to może napisał również na przykład „Opium”. Po latach znalazłem piękny walc „Opium”, potem „Kokainę” z 1938 roku i już wiedziałem, że muszę szukać kolejnych. Tak powstał osobisty, tematyczny zbiór, który jest emanacją moich ciągot artystycznych. Moje „narkotyki” to liryczne piosenki o miłości w ciekawym ujęciu narkotykowej metafory. Na dobrą sprawę narkotykiem może być wszystko, nie tylko substancje odurzające. Chodzi o pewien rodzaj relacji, więzi, która rezonuje z tym, co masz w środku, i wpływa na twoje życie. 

– Śpiewa Pan: „Najmilszy mi narkotyk z tych, które znam, to czarodziejski dotyk twych ust, madame”. Słodko-gorzka kombinacja: narkotyki i miłość.

A co jest słodkie? Myśli pani, że miłość jest słodka?

– Na pewno bywa… 

…bywa też naładowana cierpieniem, smutkiem, nostalgią, tęsknotą. W okresie międzywojnia – z którego pochodzą wszystkie utwory z płyty – narkotyki były elitarne, powszechnie dostępny był alkohol. Stał się elementem kultury. Destrukcyjny aspekt substancji odurzających prowokował do metafor, których w muzyce 20-lecia mamy całą masę. To jest właśnie frapujące, że autorzy do lirycznej melodyjki i tekstów o miłości doklejali takie, a nie inne tytuły. Że można być odurzonym zakochaniem jak po haszyszu. Albo że miłość czy tęsknota za nią może być stanem zbliżonym do zejścia kokainowego. A kiedy miłość przechodzi, człowiek zapada się w czeluść, która jest jak po opium. Na końcu pozostaje tylko smutek. Nie zrobiłbym takiej płyty, mając 20 lat. Musiałem dojrzeć do tego smutku, coś przeżyć, nabrać dystansu, żeby być wiarygodny. 

– Pan jest wiarygodny, bo szczery. Z duszy Pan gra…

To jest sedno: szczerość i artystyczna uczciwość. „Narkotyki” to pierwsza płyta, którą zdecydowałem się sygnować swoim nazwiskiem, zrobiona na moich warunkach. Przez wiele lat nie czułem się na to gotowy, nie byłem w ogóle świadom, że mogę sam odpowiadać za siebie. To był ważny krok w stronę wolności. Zawsze mi jej brakowało i zawsze za nią szedłem. Do zabawy zaprosiłem Brass Federację, warszawski zespół dęty pod wodzą puzonisty, tubisty i aranżera Piotra Wróbla, który tworzą moi koledzy, znamy się od lat, ale pomysł był mój od początku do końca. Podobał mi się proces, w którym sam podejmuję decyzje, odpowiadam za nie i przyglądam się, co będzie. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że może nie jestem superłatwy we współpracy, ale byłem i jestem – uczyłem się tego przez lata – skłonny do kompromisu. Wiem, kiedy odpuścić, a kiedy walczyć o swoje. Zależy mi na twórczym porozumieniu. Nie nadaję się do robienia rzeczy, w które nie wierzę. 

– To pozytywna cecha. Kto z bliskich pierwszy słucha Pana kawałków?

Moje córki. Zazwyczaj w ciągu dnia ze studia na komputer przychodzi miks, nad którym pracowałem dzień wcześniej, ja to włączam, a córka wtedy siedzi mi na głowie i słucha. 

– I…?

Czasami mówi, że jej się podoba, czasami, że nie.

– A tatusia wtedy boli serce?

Nie. Bolałoby mnie, gdyby mówiła, że wszystko jej się podoba. Cieszę się, że ma swoje zdanie i nie boi się go wygłaszać. Myślę, że dla moich córek to, co robię, jest w pewnym sensie naturalne. Urodziły się w takim, a nie innym domu, co nie oznacza, że będą ojca podziwiać. Ja się zorientowałem, że mój ojciec jest genialny, że jest jedną z najważniejszych postaci w literaturze polskiej, jak byłem dorosły. W wieku 13 lat nie interesowało mnie to. W domu widziałem osoby, które wczoraj oglądałem w telewizji. Ludzie mi tego zazdrościli, myśleli, że jestem zblazowany, a na mnie to nie robiło żadnego wrażenia. Myślę, że moje córki są w podobnego typu momencie. 

– Są zanurzone w muzyce?

Do pewnego stopnia. Czasami przychodzą na moje koncerty, czasami słuchają tego, co robię. Jedziemy samochodem, słuchamy różnej muzyki. Dzieciaki reagują na bodźce, więc staram się je zmieniać. Od lat notorycznie puszczam w samochodzie sonaty i partity Bacha, raz im się to podoba, raz nie. Kiedy się okazało, że młodsza córka ma talent muzyczny i pojawił się temat szkoły muzycznej, zadaliśmy jej pytanie, na jakim instrumencie chciałaby grać. Chwilę się zastanawiała i odpowiedziała, że na perkusji, bo jest tam dużo różnych instrumentów. I miała rację. Co z tego wyjdzie? Nie moja sprawa. Nie mam ambicji, żeby moje dziecko było tym, czym ja chciałbym, żeby było. Są rodzice, których misją jest kształtowanie dziecka do dorosłości. Czy to daje szczęście? Nie wiem. Nie ma patentu na szczęśliwego człowieka. Znam dużo ludzi, którym całe dzieciństwo zazdrościłem normalnego domu, a dziś są to ludzie z wielkimi obciążeniami i wielkimi problemami.

ZOBACZ TEŻ: Przyjaźnili się przez całe życie, wspierała go w chorobie. Tak wyglądała relacja Ewy Wiśniewskiej z Wojciechem Młynarskim 

Warszawa, 12.1990. Rodzina Młynarskich
Andrzej Wiernicki / Forum /

Warszawa, 12.1990. Rodzina Młynarskich, n/z od lewej: Paulina Młynarska, Agata Młynarska, Tadeusz Kieniewicz, Jan Młynarski, Adrianna Godlewska-Młynarska, Wojciech Młynarski, Stanislaw Kieniewicz,

– Zaczęliśmy od tego, że jest Pan pesymistą. Skończmy zatem optymistycznie. Jak w wieku 44 lat zdefiniowałby Pan szczęście?

To jest bardzo trudne do zdefiniowania jednym zdaniem. Szczęściem można nazwać znalezienie się w takim punkcie w życiu, w którym miejsce i otoczenie dają nam poczucie spokoju. Szczęśliwy człowiek to człowiek, który jest pogodzony z życiem na głębokim poziomie. Nie przepycha się z rzeczywistością, odczuwa wdzięczność i radość. 

– Czy w tej definicji jest miejsce dla drugiej osoby? Wciąż Pan czasami potrzebuje samotności?

Nie ma jednego patentu. Czy ja potrzebuję samotności? Do pewnego stopnia. Jestem typem, który raz na jakiś czas musi gdzieś sam wyjechać, sam pobyć. Jestem do tego przyzwyczajony. Kiedy byłem mały, poznałem pewnego sybiraka, świetnego faceta, przedwojennego oficera Wojska Polskiego, zesłanego na 10 lat na Syberię. Kiedy w latach 70. przychodził do moich rodziców, mówił, że codziennie kąpie się w lodowatej wodzie. Jako dzieciak nie mogłem tego zrozumieć. Przecież wystarczyło odkręcić ciepłą wodę. Po latach dotarło do mnie, o co w tym chodzi. Im bardziej człowiek do czegoś przywyka, tym bardziej – z wiekiem – tego szuka. Kończąc ten wywód, przywykłem do samotności, ale to nie znaczy, że ona wypełnia moje życie. Na dłuższą metę nie potrafiłbym funkcjonować sam. Natomiast czy druga osoba jest potrzebna do szczęścia? Nie. Może być, ale nie musi. Dla mnie dywagacje, czy jesteśmy dwoma połówkami jabłka, które się łączą i tworzą jabłko, ocierają się o mistykę i duchowość. Biblia mówi o dwóch połówkach. Można się z nią zgadzać lub nie. Jestem na to otwarty. Nie śmiałbym jednak wysnuć z tego tezy, że tylko z drugą osobą możemy być szczęśliwi, bo to nieprawda. Tak jak nie jest grzechem powiedzieć: „Jestem najszczęśliwszy sam ze sobą”. Ktoś może zaprotestować: „Człowieku, jesteś chyba upośledzony emocjonalnie, ponieważ nie potrafisz dzielić się z drugą osobą swoim życiem”. Ale kto powiedział, że muszę? Rodzimy się i umieramy w samotności. Za chwilę nikt nas nie będzie pamiętał. To moja filozofia. 

imgq4G4SL-7261b87
Kobas Laksa

Jan Młynarski
Fot. Ola Skowron/DDTVN/East News /

Jan Młynarski. Warszawa, 02.07.2023 r.