Antek Sztaba nie ukrywa, że znane nazwisko może pomagać w karierze, ale sam chce być doceniany przede wszystkim za swoją pracę. W rozmowie z Katarzyną Piątkowską opowiedział, dlaczego nie zamierza zmieniać nazwiska, jak trafił do Teatru Słowackiego w Krakowie i dlaczego odmawia wspólnych wywiadów z mamą i babcią. Nie zabrakło też osobistych wyznań. Aktor przyznał, że intensywna praca odbiła się na jego kondycji fizycznej i psychicznej, a on sam musiał nauczyć się stawiać granice. Od tamtej rozmowy w jego życiu zawodowym sporo się zmieniło. Dołączył do zespołu Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie gra tytułową rolę w „Hamlecie”, a jego filmografia wzbogaciła się o kolejne produkcje. Co ciekawe, już wtedy zdradził, że chętnie pracowałby w Warszawie, gdzie są jego bliscy. Dziś Antek Sztaba świętuje 25. urodziny. Z tej okazji wracamy do szczerego wywiadu, który ukazał się w magazynie „VIVA!” w styczniu 2025 roku.

WIDEO…

player placeholder

Antek Sztaba o znanym nazwisku, rodzinie i trudnych chwilach. Przypominamy szczery wywiad z „VIVĄ!”

Mówi, że ma nadzieję, że jest dopiero na początku swojej zawodowej drogi, choć ma etat w Teatrze Słowackiego w Krakowie, zagrał w filmie „Minghun” i kilku serialach, a za chwilę zobaczymy go w kolejnych. Antek Sztaba opowiedział Katarzynie Piątkowskiej, o czym marzy, jaki jest i czy zmieniłby nazwisko.

Kiedyś krakowscy aktorzy przyjeżdżali do Warszawy, żeby tu grać w filmach, serialach, teatrach. Ty wybrałeś kierunek odwrotny.

Tylko że ja tak nie wybrałem. Byłem daleki od myślenia o Krakowie jako miejscu do pracy, do studiowania, do mieszkania. Do tego stopnia, że złożyłem papiery do szkół  w Warszawie, Łodzi i Krakowie i te ostatnie wycofałem. Jestem warszawiakiem, a wiadomo, co się mówi o stosunkach warszawsko-krakowskich (śmiech). Ale los jest przewrotny, jak widać. Być może będę jedną z niewielu osób, która ukończy krakowską szkołę teatralną, nigdy nie zdając do niej egzaminów wstępnych. 

Zobacz także:

– Jesteś pewien, że to zasługa losu?

Losu i mojego przyjaciela Maksa. Oni się chyba kumplują (śmiech). To Maks podsunął mi informacje o castingu do spektaklu „1989” w Teatrze Słowackiego. Spróbowałem i wyszło. Co ciekawe, szykując się do egzaminów wstępnych, nie myślałem, że będę występował w teatrach. Kręciło mnie bycie na planie zdjęciowym. Nawet się ucieszyłem, że przyjęto mnie do łódzkiej filmówki, a nie warszawskiej teatralnej. 

– Najpierw był spektakl, a potem szkoła?

Tak, bo okazało się, że gramy tak dużo, że nie mogę już pozwolić sobie na studiowanie w innym mieście. Poza tym nigdy się w Łodzi nie zadomowiłem. Może dlatego, że mój pierwszy rok studiów przypadł na czas pandemii, a przez pierwszy semestr nawet nie przekroczyłem progu szkoły. Siedziałem zamknięty w mieszkaniu w Łodzi i uczyłem się aktorstwa on-line. Zdarzało się też chodzić na zajęcia w maseczkach. W ten sposób można robić dwa czy trzy przedmioty teoretyczne, ale odbywanie tak zajęć wokalnych, impostacyjnych czy ćwiczeń aktorskich jest karkołomnym przedsięwzięciem. Gdy trafiłem do Krakowa, trochę pożałowałem, że nastąpiło to tak późno. 

Antek Sztaba, VIVA! 2/2025
Fot. ŁUKASZ KUŚ

– Kraków przyjął Ciebie, warszawiaka, z otwartymi ramionami? 

Dostałem angaż w spektaklu „1989” i etat w Teatrze Słowackiego. Potem krakowska Akademia Sztuk Teatralnych pozytywnie rozpatrzyła moją prośbę 
o przeniesienie z łódzkiej filmówki. 

– Na dzień dobry dostałeś coś, o czym wielu może tylko pomarzyć. 

Nigdy nie poczułem ze strony moich kolegów zazdrości. A przynajmniej nigdy jawnie mi jej nie okazali. Owszem, w żartach nazywali mnie „chłopcem ze Słowaka” i parodiowali pozę końcowej spektaklu „1989”. Ale nigdy za moimi plecami. Dawali mi szansę, żebym śmiał się z nimi. 

– Nie przyszedłeś tam też jako anonimowy człowiek. 

Tylko że chyba nikogo nie jarało to, że mam znanych rodziców i babcię. Po prostu przyjęli mnie serdecznie, jak osobę dołączającą do grupy na trzecim roku. Profesorowie również przyjęli mnie dobrze, może z jednym wyjątkiem (śmiech). Nikt nigdy w Krakowie, ani ogólnie, nie zasugerował nawet, że to, że tu jestem, nie zawdzięczam tylko sobie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w oczy raczej nikt mi nie powie „Ej, ty, synu Szelągowskiej”, ale za plecami albo w internecie… na pewno są tacy, którzy uważają, że poszło mi łatwiej, bo jestem w takiej, a nie innej sytuacji rodzinno-nazwiskowej. Tylko co ja mogę z tym zrobić? 

– Może się tym chwalić? Tak jak prawnicy czy lekarze. Oni szczycą się tym, że idą śladami rodziców czy dziadków. 

Dziękuję, że to powiedziałaś! Wiesz, że kilka dni temu dokładnie to samo powiedział mi mój przyjaciel? Powinienem iść pracować do marketu, nikomu nie uwłaczając, tylko dlatego, że nazywam się tak, jak się nazywam? Dlaczego mam nie robić tego, co kocham? 

– Ludziom się wydaje, że znane nazwisko pomaga w karierze i raczej nie przekonasz ich, że jest inaczej. 

Nie będę negował tego, że może pomóc, tym bardziej na początku drogi zawodowej. Bo może ktoś gdzieś myśli: mamy Sztabę i mamy jeszcze dwóch innych kandydatów do roli. Weźmy go, bo dzięki niemu może sobie potem podpromujemy projekt. Nawet jeśli tak się zdarza, ja o tym nie wiem i nie mam na to wpływu. Jedyne, co mogę, to robić to, co robię, najlepiej jak potrafię. Poza tym nie zmienię nazwiska tylko dlatego, że ktoś o mnie napisze „syn Szelągowskiej” czy „syn Sztaby”. Adam był dla mnie ojcem od dziecka i nie wyobrażam sobie, że mógłbym nazywać się inaczej. Nie będę wypierał się ludzi, którzy są mi bliscy i których kocham. 

– Ale na wywiad z babcią albo z mamą się nie zgodzisz. 

Proponowano mi to wielokrotnie i jestem wdzięczny, ale chciałbym zaistnieć w świadomości widzów jako osobna jednostka, człowiek, który zapracował na to, żeby go na te kanapy do rozmów zapraszać. Dlatego miło odmawiam.

– Może dlatego wszyscy o Tobie mówią, że jesteś miły (śmiech).

To jest prawdopodobne (śmiech). Wiesz, staram się selekcjonować wywiady, których udzielam, nie pojawiam się za często na jakichś medialnych wydarzeniach, bo zależy mi na tym, żeby więcej było mnie w zrealizowanych projektach niż w artykułach na mój temat. 

– Od dzieciństwa showbiznesowy świat nie jest Ci obcy. Spodziewałeś się, że będzie inaczej?

Może miałem nadzieję? Ten świat jest niebezpieczny i fałszywy, czasem nie chce mi się brać w tym udziału. Rozumiem, że niestety jest to część tego, co robię, i nie dam rady tego uniknąć. Jestem na etapie nauki, jak uniknąć takich sytuacji, i dzisiaj mniej się tym przejmuję niż kiedyś.

– Kiedy odpuściłeś?

Nie było takiego momentu, w którym pomyślałem: Od dziś mnie to nie obchodzi. W moim przypadku był to proces powiązany z dorastaniem. Powoli ustalały się moje priorytety, życiowe cele i zyskiwałem świadomość, na czyim zdaniu mi zależy. Ważne jest dla mnie to, co sądzą bliscy, rodzina czy reżyserzy, z którymi pracuję. Gdyby interesowały mnie opinie wszystkich, tobym chyba zwariował. 

– Wygrałeś casting do „1989”, bo umiałeś tańczyć i rapować…

A nie dlatego, że mam znane nazwisko. Niedawno dyrektor Teatru Słowackiego powiedział mi, że gdy mnie zatrudniał, 
nie miał pojęcia, czyim jestem synem.

– A więc talent…

Ale ludzi nie przekonasz. Będą pisali, że mama, babcia, Jerzy Urban…

– A co ma z tym wspólnego Jerzy Urban?

To były mąż jakiejś mojej cioci. Nigdy go nie poznałem, ale i tak przeczytałem, że to dzięki niemu (śmiech).

– To, co osiągnąłeś, zawdzięczasz…

Jerzy Urban czuwa i nadal mnie ustawia (śmiech).

– Dokąd zmierza ta rozmowa? (śmiech). Rolę Hamleta też Ci załatwił?

A to akurat nie on. W szkole miałem zajęcia z dyrektorem teatru STU, Krzysztofem Pluskotą. Po kilku zajęciach zaproponował mi udział w castingu. Mówił, że fajnie czytam teksty na zajęciach. Ze zrozumieniem i nawet jakimś humorem. Niestety rzadko gram Hamleta, a szkoda, bo to rola, w której można się świetnie sprawdzić. Jest długa, jest dużo tekstu do zapamiętania, choreografia ze szpadami. Jest też rozwalająca. Mam po niej tak spięte ciało, zakrzyczane gardło i jakąś taką chemię w mózgu, że zostaje ze mną na długo.

Antek Sztaba, VIVA! 2/2025
Fot. ŁUKASZ KUŚ

– Umiesz wyjść z roli?

Umiem, ale zostają we mnie jej powidoki, jakieś stany, które grałem – płacz, krzyk, ale duch z Elsynoru mnie nie nawiedza (śmiech). Może nie jestem jeszcze wystarczająco profesjonalny, żeby wejść w taki stan niewychodzenia z roli? Nie uważam, że czegoś nie ma tylko dlatego, że ja tego nie czuję. Może istnieje taki stan zatracenia w aktorstwie, którego jeszcze nie przyszło mi dotknąć? Bardzo podoba mi się książka Davida Mameta „Prawda i fałsz. Herezja i zdrowy rozsądek w aktorstwie”, która sprowadza mój zawód do takiego poziomu, jaki ja właśnie czuję, czyli że nie jest to jakiś magiczny wyróżnik. 

– Chciałeś na plany zdjęciowe, a dużo grasz w teatrze. Zmieniłeś zdanie i już wolisz teatr?

To zależy od tego, czego mam aktualnie więcej. Jak planów filmowych, to tęsknię za teatrem, ale jak teatr sprawia, że muszę trzy razy w tygodniu odwiedzać fizjoterapeutę, to wolę film.

– Ze zdrowym rozsądkiem jesteś na bakier?

Teatr jest bardzo wymagający. To po pierwsze. Po drugie, dopiero uczę się o siebie dbać, bo wcześniej przeginałem. Te dwa teatralne lata były tak intensywne, że nie miałem czasu ułożyć sobie życia pozapracowego i zadbania o siebie. Teraz rozumiem, że to ważne, ale przez ten czas leciałem bez trzymanki. Aż w zeszłym roku po prostu się rozleciałem. 

– Fizycznie?

I psychicznie. Mój organizm dawał mi znaki, że przeginam, ale olewałem je. Aż w końcu powiedział mi: dość! Pierwszy rok po premierze „1989” podsumowałem: „Oby tak dalej”. Drugi rok przyniósł mi już zupełnie inną refleksję [...]. I to już nie cieszyło mnie tak jak wcześniej. Dlatego uczę się stawiać granice, wydzielać czas dla siebie, żeby pójść na terapię, na siłownię. Jakoś ta dorosłość mi się klaruje. Szkoda, że tego nie uczą w szkole. Wiesz, że w ramach odpoczynku zacząłem rozwiązywać krzyżówki? Dzięki temu odkryłem, do czego przydatna jest wiedza zdobyta w szkołach. Do krzyżówkowych haseł. 

– Czujesz, że idziesz dobrą drogą? 

Mam nadzieję, że wciąż jestem na jej początku. Ale codziennie kwestionuję i szukam. Jestem podatny na pozytywne i negatywne rzeczy, które się dzieją, i od nich zależy moja odpowiedź. Czasem muszę sobie przypomnieć, że jestem tu, gdzie chciałem być, że osiągam powoli to, co chciałem osiągnąć. Po prostu po pewnym czasie to, co kiedyś było ekscytujące, z czasem staje się normalne i przestaje się to doceniać. Gdy dostałem się do szkoły aktorskiej, skakałem z radości. Gdy zaproponowano mi etat w teatrze, niemal fruwałem ze szczęścia. Ale to wszystko z czasem stało się… normalne. 

– Musisz się zatrzymać i powiedzieć: „Hej, jestem wdzięczny za to, co mam”.

Dokładnie, choć bardzo nie lubię słowa „wdzięczność”. Jest takie banalne. W zeszłym roku byłem w naprawdę fatalnym stanie i bardzo nie chciałem czuć wdzięczności. To było najgorsze. Nigdy nie chcę już znaleźć się w tym miejscu. Szukam czegoś pobocznego. I dużo myślę o sobie. Gdy leci się samolotem, stewardesa zawsze na początku mówi o tym, że w razie potrzeby rodzice najpierw muszą założyć maski z tlenem sobie, a potem dopiero pomóc dziecku, osobie obok. Czyli muszą najpierw zadbać o siebie. Uczę się więc w pierwszej kolejności myśleć o sobie, a dopiero potem o innych. 

– Zaraz pojawią się tytuły: „Antek Sztaba, syn Doroty Szelągowskiej, jest egoistą”. 

Tak, mogą jeszcze napisać: „Obrzydliwy egoista, matka załatwiła mu wszystko”. 

– Jaki jesteś?

Jestem nadpobudliwy i bardzo lubię być w centrum uwagi. Ale też nie przeszkadza mi, gdy ktoś inny jest, bo czasami mi się nie chce. To z lenistwa (śmiech). Niektóre z tych cech mogą być dobre dla aktora. Na przykład nadpobudliwość. Przecież trzeba skądś czerpać energię.

– Może powinieneś chociaż nad lenistwem popracować? 

Nie mam innego wyjścia, bo mam dużo pracy.

– Za chwilę zobaczymy Cię w serialu „Przesmyk”. Grasz tam istotną rolę. A zagrałbyś tylko dla pieniędzy?

To zależy, jaka to by była rola i za ile (śmiech).

– Hamlet za złotówkę.

A to już zależy od tego, w jakim teatrze (śmiech). Chętnie w Warszawie, bo jednak tu są moi przyjaciele, dziewczyna, rodzina, życie. 

Antek Sztaba, VIVA! 2/2025
Fot. ŁUKASZ KUŚ

Co dziś robi Antek Sztaba? W 2026 roku sporo się zmieniło

Od czasu wywiadu dla „VIVY!” kariera Antka Sztaby nabrała rozpędu. Od sezonu 2026/2027 aktor należy do zespołu artystycznego Teatru Powszechnego w Warszawie, gdzie gra tytułową rolę w „Hamlecie” w reżyserii Kamila Białaszka. Premiera spektaklu odbyła się 16 maja 2026. Wcześniej, 5 lutego 2026, na scenie warszawskiego Garnizonu Sztuki zadebiutował „Facet z papieru”, w którym Sztaba wciela się w Kubę, syna bohaterki granej przez Małgorzatę Foremniak. Aktor pojawił się również w filmie „Król dopalaczy”, a wśród jego projektów znalazł się także „Święty” w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Wcześniej widzowie mogli oglądać go w serialach „Przesmyk” i „Aniela” oraz filmie „13 dni do wakacji”.