Jedenaścioro dzieci, ponad 25 lat małżeństwa i codzienność, w której nie brakuje wyzwań. Joszko i Debora Brodowie od lat tworzą niezwykłą rodzinę, a ich podejście do wychowania może zaskoczyć niejednego rodzica. W „Dzień Dobry TVN” opowiedzieli o tym, co pozwala im pielęgnować bliskość i zaufanie. Szczególnie poruszające są słowa Debory o relacji z dziećmi.
WIDEO…
Joszko i Debora Brodowie wychowują jedenaścioro dzieci. Tak budują rodzinne szczęście
Ich historia miłosna mogłaby posłużyć za scenariusz romantycznego filmu. Kiedy się poznali, Debora miała zaledwie 17 lat, a Joszko już po dwóch tygodniach znajomości poprosił ją o rękę. Choć początkowo nie była gotowa na tak poważny krok, muzyk nie zamierzał rezygnować i oświadczał się jeszcze kilkakrotnie. Szybko okazało się, że łączy ich nie tylko wzajemna fascynacja, ale przede wszystkim podobne spojrzenie na świat i marzenie o wspólnej przyszłości. „Nie miałem wątpliwości, że ta dziewczyna jest skarbem” – wspominał Joszko w rozmowie z VIVĄ! w 2019 roku.
Dziś, po ponad ćwierć wieku wspólnego życia, są rodzicami jedenaściorga dzieci. Joszko Broda, ceniony muzyk i multiinstrumentalista, wychował się w Istebnej, gdzie od najmłodszych lat chłonął beskidzką kulturę i tradycję. Już jako czterolatek koncertował u boku ojca, Józefa Brody. Debora natomiast swoje bogate doświadczenie macierzyńskie przekuła w działalność mentorską. Prowadzi warsztaty, podczas których pomaga rodzicom lepiej rozumieć potrzeby swoich pociech. Małżonków łączy także miłość do sztuki, którą pielęgnują.
Choć ich liczna rodzina od lat budzi zainteresowanie, Brodowie rzadko sprowadzają opowieść o swoim życiu do samych liczb. W studiu „Dzień Dobry TVN” zdradzili, co ich zdaniem stanowi fundament szczęśliwego domu. Debora szczególną uwagę zwróciła na poczucie bezpieczeństwa, jakie rodzic powinien dawać dziecku. Jak podkreśliła, najważniejsze jest dla niej to, że w trudnych chwilach jej pociechy nie boją się szukać u niej wsparcia.
„Kiedy moje dzieci mają trudności, to przychodzą do mnie i wtedy ja wiem, że wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli chodzi o to wsparcie dla nich, to pomaga fakt, że mogą mówić mi o swoich problemach”, wyznała.
I jak podkreślają małżonkowie. O tak licznej rodzinie marzyli od samego początku.
Joszko Broda ujawnił, jak dzielą się rolami rodziców. Słowa o Deborze zwracają uwagę
W domu Joszka i Debory Brodów każdy z rodziców ma swoją wyjątkową rolę. Muzyk nie ukrywa, że choć oboje angażują się w wychowanie dzieci, inaczej postrzegają zadania mamy i taty. To właśnie Debora jest dla ich pociech bezpieczną przystanią, do której zawsze mogą wrócić. Joszko w rozmowie z „Dzień Dobry TVN” zdradził, jak ten podział wygląda w praktyce. „U nas to działa, że tata proponuje, uczy, a do mamy można przyjść zawsze, 24 godziny na dobę i jest bezpieczeństwem”, wyjaśnił.
Dla artysty równie ważne jest to, z jakimi wartościami dorastają jego dzieci. Szczególne miejsce w jego podejściu do ojcostwa zajmują tradycja, kultura i świadomość własnych korzeni. Joszko wierzy, że znajomość rodzinnego dziedzictwa pozwala młodemu człowiekowi lepiej zrozumieć, skąd pochodzi, i odnaleźć swoje miejsce w świecie.
Debora zwraca natomiast uwagę na zmianę, która coraz wyraźniej zaznacza się we współczesnym rodzicielstwie. Podczas jednego z prowadzonych przez nią warsztatów zauważyła coś, co szczególnie zapadło jej w pamięć – wśród uczestników było więcej ojców niż matek. Dla niej to wymowny przykład rosnącego zaangażowania mężczyzn w życie rodzinne.
Jak podkreśliła, współcześni ojcowie coraz częściej nie chcą już być jedynie tymi, którzy dbają o materialne bezpieczeństwo najbliższych. Pragną aktywnie uczestniczyć w wychowywaniu dzieci, budować z nimi relacje i być obecni w ich codzienności. Debora Broda zaznaczyła jednak, że rola ojca i matki nie jest taka sama, choć obie pozostają niezwykle istotne.
Przy tej okazji wracamy pamięcią do wyjątkowego wywiadu z 2019 roku, kiedy Joszko i Debora Brodowie uchylili rąbka tajemnicy swojego rodzinnego świata. Rozmowie towarzyszyła pełna ciepła sesja zdjęciowa, przed obiektywem której zakochani stanęli razem ze swoimi pociechami. Te kadry mają w sobie coś szczególnego. Dziś z przyjemnością przypominamy to niezwykłe spotkanie na łamach VIVY!
Debora i Joszko Brodowie w wywiadzie VIVY! z 2019 roku
Piątego czerwca, w dniu, w którym świętowali 20. rocznicę ślubu, w prezencie na świecie pojawiła się Antonina. Jedenaste dziecko Debory i Joszko Brodów – druga córka. „Z każdym dzieckiem nasza miłość się mnoży, pączkuje, jest jej więcej”, mówi Debora. W poruszającej rozmowie z Beatą Nowicką opowiadają o graniu na fujarze, jedenastu porodach, domowej edukacji, logistyce życia, samotnych spacerach i Lady Gadze.
– Joszko uwiódł Panią, grając na drumli, kozie czy okarynie? A może na trzcinie albo słomce?
Debora: (śmiech) Na pierwszym koncercie, na którym byłam, grał na fujarze sałaskiej, to długi instrument, ma 175 centymetrów, coś niesamowitego. Ale czy akurat instrument był decydujący? Raczej nie. Zaczęliśmy rozmawiać o koncertach, które mój tata organizował. Nie chodziło o słowa, które wtedy padły, tylko o podejście do życia. Odkryliśmy, że podobnie patrzymy na świat.
– Kiedy się oświadczył?
Debora: Po dwóch tygodniach znajomości. Miałam 17 lat i nie byłam przygotowana na taką sytuację. Musiał jeszcze kilka razy oświadczać się i pytać, czy zostanę jego żoną.
– Ile miała Pani lat, gdy powiedziała „tak”?
Debora: Skończone 18. Koleżanki w ogóle nie myślały o tym, żeby wychodzić za mąż. Ja tak. W drugiej klasie liceum nauczycielka zaczęła coś opowiadać, że jak pójdę na studia to… A ja jej odpowiedziałam: „Nie. Po maturze wyjdę za mąż i będę miała dużo dzieci”. Jeszcze nie znałam Joszka.
– A Pan jaki miał plan?
Joszko: W liceum plastycznym trafiłem na świetnych muzyków. Robiliśmy niezłe zamieszanie na każdej przerwie. Chcieliśmy po prostu grać. Robiliśmy to tak dobrze, że, grając potem z Wojtkiem Waglewskim i z Michałem Urbaniakiem, przenosiliśmy to na scenę jeden do jeden.
– Pewnością siebie Panią uwiódł.
Debora: Tym też… (śmiech).
Joszko: Wiedziałem, czego chciałem, i sięgałem po swoje cele odważnie. W liceum któregoś dnia siedzieliśmy w Redykołce, knajpie na dole Krupówek, i kiedy podeszła kelnerka, zapytaliśmy się, czy możemy tu zagrać. „A na czym?”. „Ja mam fujarkę, kolega ma altówkę”, powiedziałem. „Na fujarce, na altówce?”, była zdziwiona. „No dobra, możecie zagrać, ale jak klienci będą krzyczeć, to się szybko zwiniecie”. Daliśmy dobry koncert. Ludzie nie chcieli wychodzić. Po kilku tygodniach poszliśmy do jednego z największych muzyków na Podhalu, naszego mistrza i guru, a on mówi: „Nie mogę z wami posiedzieć, bo idę do Redykołki. Tam podobno grają jacyś Czesi czy Węgrzy, ale ktoś gra tak dobrze na fujarce i altówce, że muszę tego posłuchać”. To byliśmy my.
Debora: (śmiech) Postrzelony góral z otwartą głową, z wiatrem we włosach, poczuciem przestrzeni, życia, dokładnie w klimacie, w jakim chciałam. Postawiliśmy sobie wspólne cele. Doszliśmy do wniosku, że do siebie pasujemy.
Joszko Broda, Debora Broda, rodzina Brodów, Viva! 19/2019
– Prosi Pan Deborę o rękę, zakłada rodzinę…
Joszko: Nie miałem wątpliwości, że ta dziewczyna jest skarbem. Zaimponowało mi, że jest człowiekiem doskonale dobrym. Była jedną z pierwszych osób, z którą mogłem pogadać o sztuce, ponieważ Debora intelektualnie absolutnie mnie przerasta. Kiedy zajmowała się produkcją muzyczną, mówiła uznanym muzykom, co i jak mają zagrać. Debora nie ma wykształcenia muzycznego, ale ma bardzo wysoki poziom analizy. Potrafi jasno określić cel i go zrealizować.
– Nie miała Pani żadnych rozterek: iść na studia, rodzić dzieci?
Debora: Sama mam 11 braci i dwie siostry. Dla mnie było oczywiste, że liczna rodzina to najpiękniejsza przygoda życia. Stwierdziłam, że nie potrzebuję kolejnych pięciu lat zabawy w studia, żeby coś robić. W momencie, kiedy moje koleżanki z klasy zaliczały studia, ja wyreżyserowałam swoje dwa pierwsze teledyski, brałam udział w produkcji programu telewizyjnego, tworzyłam piosenki dla dzieci. Założyłam firmę, jak miałam 20 lat.
– Piątego czerwca na świecie pojawiła się Antonina, Wasze 11. dziecko, druga córka. Wspaniały prezent, ponieważ tego samego dnia świętowaliście 20. rocznicę ślubu.
Debora: Byliśmy na USG przekonani, że będzie 10. syn. Joszko w trakcie badania nawet powiedział w pewnym momencie: „Ciekawe, jak ten chłopczyk…”, a pan doktor enigmatycznie: „No, nie wiem, nie wiem…”. Poczułam nadzieję, że to będzie dziewczynka.
– Pamięta Pani jeszcze emocje sprzed 19 lat, kiedy rodził się Jan?
Debora: Będę pamiętać do końca życia. Wiedziałam, że to syn. Marzyłam o córeczkach, ponieważ mam 11 braci, ale długo przytrafiało nam się męskie towarzystwo, bo Marysia jest dopiero siódma. Jasiek był dzieckiem bardzo wymagającym, nie spał po nocach. Po tatusiu i myślę, że po dwóch dziadkach odziedziczył wolność, miał bunt dwulatka w wieku sześciu miesięcy.
Joszko: Byłem obecny przy wszystkich porodach. Kiedy rodził się Jasio, nie wiedziałem nic o tym, jak to jest, kiedy się rodzi człowiek. Kiedy rodziła się Tosia, byłem już przygotowany na wiele sytuacji. Przez lata naoglądaliśmy się genialnych położnych i takich, które nigdy nie powinny uprawiać tego zawodu, oraz genialnych lekarzy i takich, którzy nigdy nie powinni zostać lekarzami. Każde dziecko to jest ogromne wydarzenie.
Debora: Naczytałam się fajnych książek, byłam przekonana, że położne wiedzą o porodzie wszystko, a rzeczywistość mnie zaskoczyła… Nie jestem osobą, która potrafi domagać się swoich praw. Z porodu na poród powoli zaczynałam stawiać na swoim. Mogę powiedzieć, że jestem ofiarą systemu, tego, co dzieje się w państwowych szpitalach położniczych, bo dalej dzieją się tam straszne rzeczy.
Joszko Broda, Debora Broda, rodzina Brodów, Viva! 19/2019
– Można podzielić miłość mamy i taty na 11 części?
Debora: Moim zdaniem ta miłość bardziej się mnoży, pączkuje. Kiedy okazuję miłość Tosi, inne dzieci widzą tę miłość, czują ją.
– Piotruś, który ma dwa lata, chyba jeszcze tego nie rozumie?
Debora: Nie jestem pewna, czy miłość to jest coś, co trzeba rozumieć. Dzieci wyegzekwują sobie tę miłość, której potrzebują. To nie jest tak, że Piotruś siedzi biedny w kąciku i widzi, że Tosia jest przytulana, a on nie. On przyjdzie i też się przytuli. Jest Piotrek, który nie będzie tak po prostu leżał obok mnie, on się wtuli całą powierzchnią ciała. Do tego jeszcze przyjdzie Józek, Maryśka, każdy chce do rodziców.
– Spędziliśmy razem cały dzień, ujęła mnie kindersztuba Państwa dzieci.
Debora: Staram się zostawić dzieci w spokoju. W momencie, kiedy się ich nie tresuje, same dochodzą do wniosku: „Aha, mamo, trzeba te koszulki złożyć, bo potem będziemy ich szukać pięć godzin”. Zależy mi na tym, żeby nie stosować kar i nagród.
Joszko: Odkryliśmy, że najważniejszym miejscem w pracy i w rozwoju dziecka jest kosz, kosz na śmieci. Miejsce, gdzie wrzuca się wszystkie błędy. Symbol tego, że masz prawo się pomylić. Wypominanie dziecku, że zrobiło coś źle, biadolenie, że mleko się rozlało, jest nieodpowiedzialne i głupie. Możesz mu zadać pytanie: „Co się stało?”, a potem: „Czego cię to nauczyło?”. Wtedy dziecko włącza zupełnie inne rejestry i poziomy intelektualne.
– Kto jest odpowiedzialny za logistykę waszej 13-osobowej rodziny?
Joszko: Debora wychowała się na logistyce.
Debora: Logistykę rodziny wielodzietnej porównuję do systemu w biznesie, jest mały system, średni i duży. Duży system jest łatwy, ponieważ polega na tym, że wykonuje się tylko to, co jest najważniejsze.
– Na przykład?
Debora: Na przykład przygotowania do pierwszej komunii: co tydzień zebranie, co kilka dni zbiórka, przygotowania, bo żyjemy w świecie „stworzonym” dla jedynaków, raz w życiu to przeżywamy, to przeżyjmy na maksa. A ja nie idę z prądem, zadaję sobie pytanie, czy to jest coś, co jest dobre, potrzebne, czy ja tego chcę i czy muszę? Pierwsza komunia u nas wygląda tak, że dzwonimy do znajomego księdza i on nam tylko mówi, kiedy przyjechać. To jest nasza sprawa, jaką my mamy potrzebę związaną z tym wydarzeniem: czy chcemy mieć imprezę, czy nie, czy taką sukienkę lub garnitur, czy inną.
Joszko: Cała gama produktów związanych z tym świętem jest nam niepotrzebna.
– Doby nie da się rozciągnąć. Ma Pani moment tylko dla siebie?
Debora: Mam. Lubię chodzić na kilkukilometrowe spacery i robię to prawie codziennie. Zdarza się, że wyjeżdżam do koleżanek, ale nie zostawiam wtedy najmłodszych dzieci, bo uważam, że do trzeciego roku życia dziecko czuje się porzucone, kiedy mama znika na dłużej.
– Kolacja tylko we dwoje, kino?
Debora: Do kina chodzę z mężem, jak nas dzieci wyrzucą z domu. Ostatnio Maciek wysłał nas na „Narodziny gwiazdy”. Po filmie mówię: „Joszko, ta bohaterka wyglądała trochę jak Lady Gaga”, a Joszko na to: „Jak na aktorkę z Ameryki, nieźle śpiewa”. Dzwonię do Maćka, opowiadam mu to, a Maciek: „Mamo!” (śmiech).
Joszko: Znałem Lady Gagę z twórczości, nie z wizerunku. W tym filmie naprawdę dobrze zaśpiewała i ten facet również.
Debora: Pytała pani, co mi daje wytchnienie. Bardzo odpoczywam przy książkach. Uwielbiam czytać. Mamy w domu bibliotekę z prawie sześcioma tysiącami książek.
Joszko: Ostatnio czytaliśmy wiersze Zbigniewa Herberta. Moja żona wyprodukowała koncert „Pudełko zwane wyobraźnią” na „Herbertiadę” i dostała świetne recenzje. Gazety napisały, że to ja zrobiłem, ja mówiłem, że wszystkie pomysły są mojej żony. Siostrzeniec Zbigniewa Herberta, pan Żebrowski, napisał wspaniałą recenzję, chwali Marysię, która genialnie zinterpretowała wiersz mistrza. Marysia ma dziewięć lat i zaśpiewała tak, że rodzina Herberta wyskoczyła na scenę i pocałowała Marysię w rękę.
– Jakie macie najbliższe plany?
Joszko: W Krakowie niedługo ruszamy z projektem „Szkoła z lasu”, a marzymy o tym, żeby nagrać płytę w rodzinnym składzie, na razie udało nam się nagrać dwie piosenki. Ostatnio dostaliśmy masę ciepłych komentarzy, ludzie prosili nas o więcej, mówili: „Załóżcie jakąś platformę, a my wam damy na to środki”. Chcielibyśmy wyprodukować to sami, poza wytwórniami, które żądają zrzeczenia się praw autorskich, więc otwieramy na zrzutce.pl naszą stronę. Każdy, kto się dorzuci, będzie mógł dostać od nas płytę w prezencie.
Joszko Broda, Debora Broda, rodzina Brodów, Viva! 19/2019
– Od 10 lat Wasze dzieci uczą się w domu.
Debora: Dzieci nie chodzą do szkoły, niestety, mamy obowiązek zrealizowania podstawy programowej i co roku musimy zdać egzamin z każdego przedmiotu. Najwięcej uwagi z mojej strony pochłaniają najmłodsze, które trzeba nauczyć czytać, pisać, liczyć, potem dzieci mogą uczyć się same. Oczywiście mamy różne osoby do pomocy. Stawiamy na to, żeby każde dziecko odnalazło swoje zainteresowania. Najstarszy syn, Jan, ma już zawód, rzeźbi, maluje, jest artystą.
– Co Pani dostała od męża na urodziny?
Debora: Powiedziałam, że każdy ma napisać mi swój list. Mam te listy i otworzę je za rok, na 40. urodziny.
– Hejt zatruwa Państwu życie?
Debora: Hejt istniał od zawsze, ja go pamiętam od dzieciństwa, bo wychowałam się w dużej rodzinie. W ogóle słowo „wielodzietni” jest odbierane negatywnie, więc mówi się „duże rodziny”. Nie żalę się, po prostu stwierdzam fakt. Kiedy opublikowaliśmy nasze piosenki, hejt pojawił się masowo w internecie. Anonimowi ludzie pozwalają sobie na obrzydliwe, obrażające komentarze i nikt tego nie kontroluje. Można sobie poużywać. Ale mnie najbardziej dotyka hejt, który spotykam twarzą w twarz. Kiedy urodziłam Tosię, mimo że spotkałam w szpitalu wspaniały zespół, usłyszałam z ust jednej pani doktor, co o nas myśli i jakie ma dla nas rady, których nie będę publicznie powtarzać. Takie rzeczy bolą.
Joszko: Kiedy pojawiamy się w jakichś programach telewizyjnych, natychmiast odzywają się albo ci z lewej, albo ci z prawej, albo ci ze środka i każdy nas wyklina po swojemu. To jest kwestia kultury. Bronisław Malinowski stworzył piękną definicję kultury: „Kultura rodzi się z potrzeb”.
– I bardzo dzisiaj trafną.
Joszko: Oczywiście. Jaką kto ma potrzebę, taką ma kulturę.
Debora: Dla mnie w wielodzietności najtrudniejszy z tego wszystkiego jest odbiór. Kiedy gdzieś się pojawiam, ludzie muszą mi zadać parę tych standardowych pytań. Mam poczucie, że nie ma dla mnie miejsca w tym społeczeństwie, że chciałabym sobie zaistnieć na takich samych zasadach jak wszyscy, ale po prostu nie mogę, bo mam jedenaścioro dzieci i już jestem „jakaś” z tego powodu. Ludzie mają gotowe tezy, stereotypy na mój temat, na temat naszej rodziny.
Joszko: My nie działamy w schemacie. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, kim my jesteśmy, co my robimy, dlaczego jesteśmy zapraszani tu i tam. Nasza rodzina jest dla ludzi jakąś hybrydą, czymś dziwnym. Ludzie często zadają mi pytanie: „Ile bochenków chleba jecie na śniadanie?”. To są problemy, które ich zajmują. Jemy tyle, ile trzeba. Albo 99 procent ludzi mówi: „Ile pan ma dzieci? Jedenaścioro? A, to u was musi być bardzo wesoło”. Raz jest wesoło, raz smutno, jak w życiu. My na pewno jesteśmy mniejszością. Tak się czujemy.
Joszko Broda, Debora Broda, rodzina Brodów, Viva! 19/2019