Archetyp kobiecości: twarda i krucha. Dzielna i wrażliwa. Dowcipna i refleksyjna. Małgorzata Ostrowska-Królikowska w emocjonalnej i wielowymiarowej rozmowie opowiada Beacie Nowickiej o wierze w znaki i poziomkach; kubku do kawy i rzeźbach; pierścionku i „wspólnym sekrecie”; umieraniu i narodzinach, Biblii i sztuce. Oraz o miłości jedynej na całe życie. W sesji Małgorzacie towarzyszą: najmłodszy syn Ksawery, średni Jan i najstarszy syn Antoni.
WIDEO…
Dzieci Małgorzaty Ostrowskiej-Królikowskiej pielęgnują pamięć o ojcu. „Bardzo mnie to cieszy i… smuci”
Bóg dał mi ciebie, dom – moją przystań. Tam jesteś ty, cały mój świat. Garstka poziomek, magnolii kwiat. Dobrze wiem, serca nie gasną…”. To fragment Twojej ulubionej piosenki.
„Serca nie gasną”. Mój syn Janek przetłumaczył słowa piosenki Karela Gotta i zrobił aranżację muzyczną, Antek nakręcił teledysk, a przepięknie zaśpiewał ją Piotrek Gąsowski z synem Jakubem. Powstała na Festiwal w Kudowie-Zdroju. Ten Festiwal to dzieło Pawła, które postanowiliśmy rodzinnie kontynuować. W ubiegłym roku nadaliśmy mu imię Pawła Królikowskiego. „Nasze korzenie są mocne jak pień, lecz drzewa rosną, w pamięci to miej” – to inny fragment tej piosenki. Janek pięknie połączył swoje ojcostwo i śmierć ojca. Pokazał siłę pokoleń, wartość domu rodzinnego, ciągłość tradycji. W naszym ogrodzie w Zalesiu magnolia pięknie zakwitła, rosną poziomki. Paweł bardzo dbał o to poletko. Pilnował, żeby posadzić nowe krzaczki. Oczywiście ja sadziłam.
Kto miał prawo do pierwszych poziomek?
Ten, kto sobie zerwał. Najczęściej zbiera je Ksawery i kładzie na stole dla wszystkich. Gdy Paweł zrywał poziomki, przynosił je mnie. To była nasza tradycja. Kiedy byliśmy młodzi i biedni, Paweł, chcąc sprawić mi przyjemność, kupował dla mnie malutki kubeczek poziomek. Widziałaś film „Metamorfoza ptaków” Catariny Vasconcelos?
Nie.
Film poemat. Ja mam poetycką duszę, więc strasznie mi się podobał. Dziewczyna znajduje kasety wideo z życia babci i zaczyna snuć rodzinną opowieść – wędrówkę przez losy trzech pokoleń. W centrum tej historii znajduje się postać matki drzewa, zapewniającej silne korzenie i gałęzie. Dzieci niczym ptaki „siedzą” na tych gałęziach, ale w pewnym momencie odlatują. Jestem na tym etapie, że moje dzieci odlatują. Pierwsza trójka opuszcza gniazdo, które stworzyliśmy z Pawłem, żeby założyć własne. Bardzo mnie to cieszy i… smuci. Nie masz wrażenia, że przedmioty zmieniają się po śmierci ukochanej osoby?
Doświadczyłam tego, kiedy zmarł tata.
O tym też opowiada „Metamorfoza ptaków”. Paweł pił bardzo dużo kawy. Miał swój ulubiony kubek. Teraz stoi na widoku, na półce obok jego ulubionego talerzyka. Wciąż mamy jego ekspres do kawy. Pilnuję, żeby zawsze był umyty, proszę dzieci, żeby go szanowały. Głupi ekspres do kawy nagle stał się wyjątkowy, bo był Pawła.
Zmieniłaś coś w jego gabinecie?
Nie. Nawet kamizelka Pawła wciąż leży na oparciu krzesła. W szafie wiszą jego ubrania. Muszę zrobić remont domu, więc architektka pyta: „Może zamienimy to miejsce na kącik dla ciebie?”. Nie ma takiej opcji. W tym gabinecie jest za dużo Pawła. Likwidując go, czułabym się tak, jakbym wyrzuciła Pawła z naszego życia. Nie wyobrażam sobie tego. Ale kilka jego rzeczy podarowałam bliskim. Ojcu Pawła oddałam jego płaszcz, nasze dzieci wzięły po tacie różne drobiazgi.
A Ty?
Pióro Pawła, które mu kiedyś sprezentowałam, z limitowanej serii John Lennon. Teraz leży na moim biurku. Ważne umowy i dokumenty podpisuję tym piórem. W ubiegłym tygodniu przydarzyła mi się niesamowita rzecz… Zaczęłam przeglądać biżuterię, przeszukiwać różne puzderka i nagle coś mnie tknęło, żeby w jednym podnieść gąbkę. Pod spodem leżała karteczka złożona w trójkąt i dwa słowa: „wspólny sekret”, napisane ręką Pawła. Rozłożyłam ją i przeczytałam zdanie: „Gruszko złota, bądź zawsze narzeczoną, choć już jesteś żoną”.
Znak!
Od razu tak pomyślałam. W tym pudełeczku był pierścionek, który Paweł ofiarował mi na 25-lecie naszego małżeństwa. Bardzo porządny brylant. Długo zbierał pieniądze. Gdy braliśmy ślub, kolega zrobił mu tani pierścionek z cyrkonią. Noszę go do dziś, ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną, ale Paweł obiecał mi, że kiedyś dostanę brylant. I tę obietnicę spełnił. Ja ten pierścionek wyjęłam i włożyłam na palec. Do pudełeczka schowałam pierścionki zaręczynowe dla chłopców i więcej tam nie zaglądałam. Kiedy tydzień temu znalazłam tę karteczkę, poczułam się tak, jakby Paweł do mnie przemówił. Dał znak, że gdzieś jest, czuwa nad nami.
Wierzysz w znaki?
Tak. Całe moje życie składa się z takich drobiazgów. Staram się być uważna, żeby czegoś nie przeoczyć. Dla mnie pewne przedmioty, rzeczy materialne mają wartość emocjonalną, ponieważ kojarzą mi się z kimś bliskim. Myślę, że człowiek na tym buduje siebie. Teraz panuje moda, żeby wyzbyć się wszystkiego, żeby wnętrza były sterylne, ascetyczne. Modne twory bez duszy – nie byłabym w stanie żyć w czymś takim. Kocham domy, po których widać, że tam mieszkają „żywi” ludzie. Po śmierci Pawła dzieci zapytały: „Mamuś, może sprzedamy dom i kupimy mieszkanie w Warszawie, żebyś nie była w Zalesiu sama”. Nie ma takiej możliwości! Tu jest cały mój świat, jak w tej piosence. Zaczęłam remontować dom, żeby nasze dzieci dobrze się tu czuły, kiedy będą przyjeżdżały z wnukami. Jestem tradycjonalistką. Paweł również. I chcę tę tradycję przekazać moim dzieciom.
Można przygotować się na śmierć osoby, którą się kocha?
Nie można. Razem z dziećmi widziałam, jak Paweł odchodzi. Profesor Ząbek przygotował nas na to dużo wcześniej. Wytłumaczył mi, co to jest za nowotwór i ile czasu nam zostało. Ja mu wtedy powiedziałam: „Cuda się zdarzają, panie profesorze”. Odpowiedział: „Ale ja nie jestem cudotwórcą, pani Małgorzato”. Obiecał, że zrobi, co w jego mocy.
I mały cud się zdarzył…
Paweł był z nami siedem miesięcy dłużej. W Wadowicach mieliśmy we dwójkę poprowadzić papieski koncert. Paweł leżał już w szpitalu, przygotowywali go do operacji, czekała go rozmowa z psychologiem, więc ustaliliśmy, że pojedzie Antek. To był długi majowy weekend, profesor złapał mnie na korytarzu: „Niech sobie pojedzie na ten koncert. Dostanie leki, da radę”. Dobrze wiedział, że to może być ostatni występ Pawła. Na własną prośbę zabrałam Pawła do domu. Pojechaliśmy do Wadowic, Antek z nami. Wszystko fantastycznie się udało.
Paweł wiedział, że umiera?
Wiedział, ale to wypierał. Zawsze jak były problemy, dawaliśmy radę. Tym razem ja nie dałam rady. Nikt nie dał rady.
Patrzyłaś na niego i myślałaś o śmierci?
Nie. O tym, że go wyciągnę. Pamiętam, jak przyszliśmy do Pawła w Wigilię, śpiewaliśmy z nim kolędy, gadaliśmy. Dziewczyny leżały obok niego. Paweł strasznie chciał się do nas przytulać, potrzebował naszego dotyku, uścisku, czułości, fizycznej obecności. Na początku pielęgniarki nas rugały, że nie wolno, że zarazki, ale potem odpuściły. Zresztą dzieci też bardzo ojca potrzebowały. Wnuczek Józio również. Paweł zdążył go zobaczyć, strasznie się ucieszył z jego narodzin. W domu jest duże zdjęcia Pawła, Jasiek uczy syna: „To jest twój dziadek” i Józio zawsze wita się z dziadkiem. Pamięć, przetrwanie rodziny są dla mnie ważne. Nasze korzenie, to, skąd jesteśmy, kim są nasi przodkowie.
Nasza tożsamość.
Lubię to słowo. Bardzo mi zależy na tym, żeby nasze dzieci kontynuowały tradycję, choć muszą iść w swoją stronę. Powtarzam każdemu: „To jest twoje życie, musisz je przeżyć tak, jak ty chcesz. Nawet jak popełnisz błędy”. A jednak kiedy widzę, że czerpią z nas wzorce, że powołują się na ojca czy matkę – czuję się szczęśliwa. Tkwi w tym jakaś moc. Dlatego po śmierci Pawła codziennie staję na wysokości zadania, muszę mieć siłę. Chociaż wolałabym być słabą kaczuszką.
Gdy Paweł umarł, kto Ci pomagał?
Bardzo wspierały mnie dzieci, przyjaciele, Anita – siostra Pawła i moja siostra Agata. A z Antkiem rozumieliśmy się bez słów. Kiedy Paweł umarł, trzeba było zająć się pogrzebem, stypą, rodziną. Pamiętam, jak zadzwoniła do mnie koleżanka i mówi: „Nie rób pogrzebu 5 marca, bo formalności zajmują mnóstwo czasu, wykończysz się”. Rozłączyłam się i pomyślałam, że ma rację, ale Paweł lubił piątkę. Napisał nawet piosenkę: „Spróbuj wygrać uśmiech czyjś jak pięć razy pięć. Wygrajmy razem”. Pomyślałam, że to znak i pogrzeb odbędzie się piątego. Pierwsza fundamentalna decyzja – gdzie pochować Pawła? Dziewczynki chciały, żeby grób był w Zalesiu, mówiły, że będą chodzić do taty na spacery. Wtedy zadzwonił biskup Markowski, rozmawiał ze mną półtorej godziny, przekonując, żebyśmy jednak zrobili pogrzeb w Warszawie.
Córki się zgodziły?
W końcu dzieci powiedziały ok. Paweł chyba też by tego chciał. Nie schował się w Zalesiu przed ludźmi. Był człowiekiem czynu, kochał pracować, co mnie cieszyło, bo jak facet dużo pracuje, to się spełnia, czuje się szczęśliwy. W domu byłam ja. Jedno z nas musiało odpuścić. W Zalesiu założyłam koło gospodyń wiejskich. W chwili próby sąsiadki okazały się wspaniałe. Gdy ktoś umiera, życie toczy się dalej, są dzieci, przyjeżdża rodzina, trzeba ich nakarmić. Codziennie na moim płocie wisiały torby pełne jedzenia. To „działo się samo”. Byłam poruszona. Po pogrzebie zrobiliśmy stypę w SPATiF-ie. Goście mówili, że to była ostatnia „impreza” przed pandemią.
Małgorzata Ostrowska-Królikowska urodziła pięcioro dzieci. O życie najmłodszego syna musiała walczyć
Po roku ta pustka w Twoim domu, w Twoim sercu jest większa czy mniejsza?
Nie ma Pawła, ale on istnieje. We mnie, w naszych dzieciach. Wnuczek jest wykapanym dziadkiem. Patrzę na moje córki i synów i cały czas mam wrażenie, że to Paweł. Powtarzam z premedytacją: „Dzieci, jest żałoba, ale idziemy ku słońcu”. Bardzo łatwo poddać się i wpaść w depresję. Sama tego doświadczyłam. Któregoś dnia wracałam z Antkiem samochodem ze szpitala i ryczałam. Pytałam Pana Boga, co nas czeka, czy Paweł przeżyje…? Antek spojrzał na mnie i powiedział: „Mamo, uczyłaś mnie pacierza. Pamiętasz, jakie tam pada zdanie? I bądź wola Twoja”. Zaniemówiłam. Zrozumiałam, że mój syn nie klepał pacierza, tylko modlił się ze zrozumieniem. To było jak objawienie.
Wzrusza mnie, gdy dzieci nas, dorosłych, czegoś uczą.
Mnie również. Wtedy obiecałam sobie: To więcej się nie powtórzy. Mam piątkę cudownych dzieci i nie mogę się rozsypać. Po tym, jak straciły ojca, nie powinny martwić się o matkę. Czasami popłaczę sobie w samotności, ale nie chcę, żeby dzieci to widziały. Człowiek zawsze ma w sobie niezgodę na zły los. Ulega iluzji, że on się wywinie, że jemu się uda.
„Panie profesorze, ale cuda się zdarzają…”.
„Ale ja nie jestem cudotwórcą”… Bardzo pomogła mi Biblia. Dużo na niej buduję. Szczególnie na historiach ze Starego Testamentu. Antkowi dałam do czytania Księgę Syracha. Z Ksawerym czytaliśmy Księgę Przysłów. „Taki jest los chciwych zysku, zabiera on własne ich życie” – czyż to nie jest celne?! Albo: „Synu mój, słuchaj napomnień ojca, nie odrzucaj nauk swej matki”. W tej tradycji jest mądrość.
Dzieci są świadectwem miłości?
Zawsze. Pierwszy urodził się Antek, trzy lata później Jasiek, po dziesięciu latach pojawiła się Julka, skarb, bo córcia, po trzech druga córcia Marcelina i na koniec Ksawery, który jest wielką miłością nas wszystkich. Kiedy go rodziłam, miałam 43 lata. Wszyscy mnie pytali, jakie operacje sobie robiłam, bo bardzo dobrze czułam się sama ze sobą. A to hormony czynią cuda.
Antka urodziłaś w wieku 24 lat. Ksawerego 19 lat później. To były dwa różne macierzyństwa?
Zupełnie. Za pierwszym razem byłam młodziutką dziewczyną z małej miejscowości, wychowaną przez babcię, bo mama pracowała. To ona mnie uczyła pacierza. I chroniła. Jak chciałam pomóc jej w kuchni, babcia mówiła: „Poczytaj sobie, jeszcze się w kuchni nastoisz”. Miała rację. Przyszło dorosłe życie, musiałam nauczyć się różnych rzeczy. Nie musiałam, chciałam. Jest coś cudownego w tym, że możesz sprawić przyjemność…
…ludziom, których kochasz.
Paweł też to lubił. Zawsze chciał wszystkich zagarnąć i nakarmić. Taka pierwotna potrzeba zaopiekowania się bliskimi. A wracając do twojego pytania, kiedy rodziłam Antka, mieszkaliśmy w Łodzi. Paweł pracował w Teatrze Studyjnym, a ja zajmowałam się dzieckiem i bardzo mi się to podobało. Wtedy modne były podręczniki Benjamina Spocka, guru bezstresowego wychowania dzieci.
Pamiętam. Po latach Spock przyznał, że stosując własne metody, nie zdołał dobrze wychować swoich synów.
Kolejna moda się zdewaluowała. Nie znałam życia, ale zawsze bardzo dużo czytałam. Lubiłam czerpać z tego, co przydarzyło się innym. Wierzyłam w tradycyjne wartości. Babcia mi powtarzała: „Wiara jest jak latarnia morska, zawsze masz stamtąd światło i wiesz, w którą stronę pójść. Masz się do czego odwołać”. W życiu takie stałe punkty są szalenie potrzebne.
Byłaś młoda, zakochana, miałaś synka, o czym marzyłaś?
Nie myślałam o przyszłości. W Łodzi wzięliśmy ślub i Antek przyszedł na świat. W książeczce zdrowia Antka mam wbite: jeden pampers i mleko w proszku. Był 89 rok. Marzyłam o całej paczce pampersów, bo od rana do wieczora prałam i prasowałam pieluchy tetrowe, i o fajnych śpioszkach. Wszystko się zdobywało. Aż któregoś dnia dostałam wiadomość z Wrocławia, że z Moskwy przyjeżdża reżyser Mark Rozowski, który będzie przygotowywał w Teatrze Polskim sztukę „Historia konia” i chciałby mi powierzyć główną rolę. To była dla mnie ogromna szansa. Spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy do Wrocławia.
Paweł bez słowa podążył za Tobą?
Tak, ale po latach trochę mi wypominał, że pojechał ze mną, a we Wrocławiu nikt go nie chciał. Miał z tym problem. Męskie ego. A przecież on przez siedem lat robił tam dla telewizyjnej Dwójki świetny program „Truskawkowe studio”, był jego pomysłodawcą, scenarzystą, reżyserem, autorem ponad 100 piosenek. Wychował pokolenie młodych ludzi, ale ubolewał, że nie jest aktorem i miał poczucie porażki. Dopiero gdy wrócił do aktorstwa, odżył.
Co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w piątej ciąży?
Czystą radość. Spokój. Nie musieliśmy martwić się, czy nas stać na wanienkę, łóżeczko, pampersy. Mieliśmy komfort materialny. Ale Ksyksy był wcześniakiem. Na dodatek zaraziliśmy się paciorkowcem. Lekarze dawali 30 procent szans, że nasz synek przeżyje. Urodził się na początku października, do domu przynieśliśmy go na święta Bożego Narodzenia. Stoczyliśmy walkę o jego życie. Dlatego ma imię Ksawery, czyli „ten, co chce żyć”. Był maluteńki, a taki wojujący. Paweł grał wtedy w „Pitbullu” Vegi, miał niesamowitą charakteryzację. Nie zapomnę, jak prosto z planu wpadał taki odmieniony do szpitala. Był bardzo za dziećmi.
Kiedy z Tobą rozmawiam, mam wrażenie, że Paweł wciąż żyje… Czujesz się samotna?
Brakuje mi jego codziennych gestów, rytuałów, drobiazgów, bo na tym budowało się nasze wspólne życie. Chciałabym, żeby złapał mnie za rękę, żeby się do mnie przytulił. Paweł uwielbiał piosenkę Mietka Szcześniaka: „Każdy wschód słońca ciebie zapowiada. Nie pozwól nam przespać poranka”. Gdy budził się rano, głośno ją puszczał i sam śpiewał. Kochał życie, pilnował, żeby go nie przespać.
A co Ty sobie śpiewasz?
Jestem maniakalną fanką Grechuty, więc śpiewam za nim: „Świat wokół ciebie się zmienia, zmieniają się pory roku. Stopy twe więzi ziemia, a oczy magia obłoków”. Resetuje mnie grzebanie w ziemi. Uspokaja, odpręża. Dziesięć lat temu Paweł zbudował nam drugi dom w górach. Prawdziwy dom na skale jak w Biblii. Był z niego bardzo dumny. Potem w Kudowie powstał Festiwal, który był oczkiem w głowie Pawła i nagle okazało się, że nasza rodzina na nowo zintegrowała się wokół tego biblijnego domu. Kiedy tam jedziemy, zostawiamy swój warszawski świat za sobą: nie ma szalonego tempa, setek spraw do załatwienia, nie ma zasięgu, jesteśmy „skazani” na siebie i to jest cudowne. To jest ten drugi wymiar – dom zbudowany na skale, czyli na tradycji, na wartościach.
Od śmierci Pawła masz pancerz ochronny?
Mam.
Ściągasz go czasami?
Tak. Nie lubię obnażać się emocjonalnie, ale bliscy widują mnie bez tego pancerza. Od śmierci Pawła dużo myślę o tym, że często mówimy o sile kobiet i wspieramy kobiety, a kto wspiera facetów?
A trzeba ich wspierać?
Trzeba. Biorąc wszystko na swoje barki, kastrujemy facetów. A przecież mocne męskie ramię jest szalenie ważne. Od roku jestem sama, ale przez całe życie Paweł dawał mi oparcie i mam z czego czerpać. Nienawidzę, jak mi mówią: „Boże, jaka ty jesteś silna!”. Nie mam takich ambicji. W dzisiejszym świecie tak łatwo stać się ludzkim czołgiem, który jedzie i wszystko tratuje. Dlatego czytam dużo poezji, ona mnie uwrażliwia. Paweł zawsze powtarzał: „Ty jesteś jak Ania z Zielonego Wzgórza”. Tak, jestem. Po co mąż mi napisał taką karteczkę?
Żebyś po drodze nie zgubiła tej dziewczyny, którą kiedyś byłaś.
No właśnie. Chciałabym, aby moje córki miały siłę, ale też nie straciły swojej delikatności, czułości, kobiecości, bo dzięki temu możemy stworzyć dobry świat. Pomiędzy lockdownami byłam z Marcelinką w Zachęcie na wystawie „Rzeźba w poszukiwaniu miejsca”. Uwielbiam z nią chodzić po muzeach, dużo wtedy rozmawiamy o życiu. Na dole stały niesamowite „Kobiety brzemienne” Xawerego Dunikowskiego, a na górze można zobaczyć film Andrzeja Wajdy z 1955 roku. Nosi tytuł „Idę ku słońcu” i jest poetycką opowieścią o rzeźbach Dunikowskiego, narratorem jest profesor Bardini. Wielkie posągi kobiet stoją tam na piasku nad Bałtykiem, a pomiędzy nimi krąży mały chłopiec z wielką muszlą przy uchu. Znamienne, że Dunikowski nie przepadał za kobietami, a stworzył takie piękne dzieła. Wiedział, że w nas jest wielka pierwotna moc. To my rodzimy dzieci i przedłużamy życie.
Za pomoc w realizacji sesji serdecznie dziękujemy Horse Spa Lipnik.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Catherine Deneuve miała u stóp cały świat. Jedna tragedia na zawsze zmieniła jej życie