Jego „Sala samobójców” i „Miasto 44” wstrząsnęły polskimi widzami. „Boże Ciało” było nominowane do Oscara. Jeden z najlepszych reżyserów młodego pokolenia. Właśnie nakręcił swój pierwszy amerykański film „Rocznica”. Na premierę czeka kolejny. Jan Komasa opowiada Beacie Nowickiej o swojej drodze do Hollywood.
WIDEO…
Przed nami premiera Pana hollywoodzkiego filmu. „Rocznica” to dystopijny thriller – komentarz do świata, który nas otacza. Podobno amerykańscy producenci próbowali Pana przekonać, żeby zmienił Pan pesymistyczne zakończenie i postawił na nadzieję.
Tak było. Odpowiedziałem, że w kulturze europejskiej nie potrzebujemy aż tak nadziei, żeby cokolwiek dopowiadać. Mamy potrzebę suwerenności w obcowaniu z dziełem sztuki. Lubimy pytania, nie lubimy narzuconych odpowiedzi. Mamy tolerancję na niewiedzę, na szarą strefę, w której to my podejmiemy wysiłek – lub nie – żeby znaleźć odpowiedź. Amerykanie tego nie lubią. Wszędzie tam, gdzie jest ciemno, muszą wejść z latarką, oświetlić, zobaczyć, opisać i zrobić prezentację. Myślą wspólnotą ula pszczelego, gdzie każdy ma swoje zadanie. To jest naród pionierów przyzwyczajony do tego, że wszystko musi być naświetlone i wytłumaczone, nawet tajemnica. W Ameryce musisz dać ludziom klucze do otwarcia wszystkich drzwi. W Europie możesz ludziom pokazać drzwi i nie dać kluczy. Albo dać klucze, nie wskazując konkretnych drzwi. My mamy uśmiech Mona Lisy Leonarda da Vinci, oni puszkę zupy Campbell Andy’ego Warhola. Nakręciłem oba zakończenia i na końcu zaproponowałem swoje, które weszło do filmu. Otwierające nowe pole do interpretacji tej historii.
Gdy Kasia Figura w filmie „Pociąg do Hollywood” marzyła, żeby zostać hollywoodzką aktorką, był Pan chłopcem. Dziś jest Pan hollywoodzkim reżyserem.
Polskim, który za hollywoodzkie pieniądze zrobił film na własnych warunkach. „Rocznica” to zderzenie autorskiego pomysłu z fabryką snów. Ziścił się american dream, w którym się wychowywałem w latach 90. To przepiękne doświadczenie. Radość, że takie rzeczy są możliwe. Hollywood przyciąga tysiące ludzi z różnych części świata. Jest oceanem projektów, które nie powstały i prawdopodobnie nigdy nie powstaną. Wiele osób jest rozczarowanych. Ten system je pożera, wypluwa i zapomina. American dream pozostawił po sobie wiele ofiar.
Jaki miał Pan dream w łódzkiej filmówce?
Bardzo prosty. Ponieważ zostałem ojcem w wieku 20 lat, miałem poczucie, że muszę stanąć na głowie, żeby pracować i zarabiać na moją rodzinę. Wiedziałem, że chcę iść do przodu, ale wtedy niespecjalnie myślałem dokąd. Po cichu marzyłem, ale też trochę bałem się tych marzeń. Marzenia mogą wywieść człowieka w pole, sprawić, że zakocha się w jakichś wiatrakach na pustyni, pobiegnie tam i zginie. Byłem na początku dorosłego życia, chciałem być odpowiedzialny. Dawałem korepetycje z angielskiego i polskiego. Nawet z pianina. Zamieszczałem ogłoszenia w prasie, że korepetytor dojedzie do ucznia. 2001 rok, moje pierwsze zarobione pieniądze.
Dzielny Pan był. A marzenia filmowe…?
Brałem kamerę i kręciłem cokolwiek: event korporacyjny, imprezę integracyjną, takie filmiki były wówczas bardzo modne. Marzyłem, żeby wejść do reklamy. Długo myślałem o sobie jako o reżyserze reklamowym. W tamtych czasach reklama zyskała status sztuki, były festiwale reklamy, nagrody i my, studenci, tym żyliśmy. W 2004 roku zrobiłem pierwszą reklamę społeczną o miejscach parkingowych dla niepełnosprawnych. To była rewolucja. Pieniądze były symboliczne, ale cieszyłem się każdą chwilą spędzoną przy tej pracy. Do dziś zrobiłem około 200 reklam i ciągle w tym siedzę. W reklamie liczy się każda klatka filmowa, bo płaci się za nią ciężkie pieniądze. Każde ujęcie jest doprecyzowane. To mnie nauczyło pewnego stylu filmowania, dyscypliny myślenia.
Kiedy przestawił Pan zwrotnicę na kino artystyczne?
Nigdy nie przestawiałem. Mam wrażenie, że jadę na kilku torach, nie na jednym. Zawsze szukałem sposobów robienia innych form. Zdarzało mi się stworzyć teledysk. Muzyka zawsze była mi bliska, jestem po szkole muzycznej, moje rodzeństwo śpiewa. Cała rodzina żony to muzycy. Byłem w ciągłej gotowości. Gdyby pani wtedy do mnie zadzwoniła, mówiąc: „Jutro ruszamy z wielkim projektem”, 15 minut przed umówioną godziną czekałbym na miejscu. Płonąłem, żeby coś robić (śmiech). Jedna z moich etiud, które zrobiłem w szkole, zawędrowała na festiwal do Cannes, gdzie dostałem nagrodę. Na tej fali, od razu po Cannes, wspólnie z kolegą i koleżanką z roku wygraliśmy konkurs ogłoszony przez Akson Studio Michała Kwiecińskiego i zrobiliśmy „Odę do radości”, trójnowelowy film o Polsce nowej generacji. Nie śpiąc po nocach, zdążyliśmy ten film zmontować na festiwal filmowy w Gdyni. Nasz pierwszy w życiu. Wyjechaliśmy z nagrodą specjalną, czyli drugą co do ważności. To był szok.
Zaczynam rozumieć, jakim „cudem” trafił Pan w końcu do Hollywood…
Jeszcze w Gdyni Michał Kwieciński zapytał: „A może chciałbyś zrobić film o powstaniu warszawskim? Właśnie ogłoszono konkurs na scenariusz”. Nawet się nie zastanawiałem, mimo że byłem jak najdalszy od filmów historycznych. Raczej myślałem o sobie jako o reżyserze, który będzie robił rzeczy współczesne – reklamę, teledyski. „Oda do radości” była o raperze w Warszawie. Ale powiedziałem: „Jasne, tak”. Pierwszą wersję scenariusza do późniejszego „Miasta 44” napisałem w tydzień. Doświadczenia z początków szkoły, kiedy nie miałem pieniędzy, za to dużo pasji i wikłałem się w przedziwne projekty, służą mi jako budulec do dzisiaj.
Pamięta Pan jedno szczególnie?
W Bydgoszczy współpracowałem przy dokumencie telewizyjnym o Ignacym Janie Paderewskim. Na konkurs pianistyczny jego imienia przyjeżdżają tam muzycy z całego świata. Poznałem kilku studentów z Chin i w swoim młodzieńczym rozpaleniu zapytałem ich, czy będąc w wolnej i liberalnej Polsce, nie chcieliby tu zostać. Nie wracać do Chin, tylko poprosić o azyl w Polsce. Byli moimi rówieśnikami. Uśmiechnęli się i powiedzieli: „W Chinach dajemy kilka koncertów miesięcznie, wydajemy płytę lub dwie rocznie i gramy do pełnych sal. Mamy zapewnione mieszkania socjalne i pracę. Jedyna rzecz, której nie robimy – nie krytykujemy polityki rządu. Taki jest deal. My nie korzystamy z wolności słowa, a państwo dotrzymuje umowy. Mamy kolegów z Polski czy Francji, którzy są równie utalentowani, jeśli nie bardziej niż my, i nie mają pojęcia, kiedy i gdzie będą grać. Nie wydają płyt, mieszkają z rodzicami, walczą o przetrwanie. Powiedz nam, Janku drogi, czy znasz pianistów, którzy chodzą do mediów i wykorzystując swoją wolność słowa, opowiadają o tym, jak bardzo nie podoba im się ten polski czy francuski rząd…?”. Mówię: „No, nie znam”. „Odpowiadając więc na twoje pytanie – wolimy żyć w Chinach”. To spotkanie, ten deal z autorytaryzmem. Ta rozmowa zapadła we mnie głęboko. Kiedy w 2019 roku Jerzy Skolimowski przysłał mi scenariusz „Dobrego chłopca”, który jest dokładnie o tym samym – kontroli chłopaka za pomocą łańcucha, wiedziałem, że muszę zrobić ten film.
„Dobry chłopiec” bada granice wolności i kontroli. Stawia pytanie, co znaczy być dobrym i kto ma prawo to oceniać. Po światowej premierze w Toronto zachwyceni krytycy pisali: „Perła przekraczająca granice absurdu” i porównywali Pana film do „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka. Polska premiera na początku 2026 roku. Muszę zatem zapytać: Przeprowadza się Pan do Hollywood?
Od lat pomieszkuję tam przez kilka tygodni, ale to trudne miejsce do życia. Jest drogo, ludzie się nie spotykają, wszyscy spędzają godziny w samochodach. Los Angeles nieustannie się zmienia. Kawiarnie, a nawet kluby fitness, do których chodziłem w 2011 roku, kiedy tam pierwszy raz przyleciałem, dawno zniknęły. To miasto na sterydach, pędzące do przodu. Miasto, w którym 99 procent projektów się nie udaje, a ten jeden procent tak bardzo błyszczy i oślepia, że ludzie jak te ćmy zlatują się do tej lampy, żeby spalić się w jej blasku. Od czasu do czasu komuś się udaje, na przykład gościowi z Polski. „Boże Ciało” otworzyło mi tak zwane okno możliwości. To taki magiczny czas. Pięć minut, żeby sprzedać swoje pomysły. Pomysły, na które wytwórnie normalnie nie traciłyby czasu, nagle zyskują na atrakcyjności. Dzięki temu zrobiłem „Rocznicę”. Los Angeles to miejsce łapania szans.
Nie do zamieszkania?
Chyba się z tego pomysłu wyleczyłem. Kiedyś myślałem: A może…? Ale nigdy do końca w to nie wierzyłem. Te „przenosiny” do Hollywood zawsze pachniały mi bulshitem. Ściemą. Więcej w tym PR-u niż prawdy. Domki ze sztuczną trawą z rolki czy koktajl kiwi z jarmużem można mieć tutaj i żyć dobrze, nie wydając na to fortuny. Latam do Los Angeles z konkretnym projektem i wracam. Nie chcę przenosić tam swojego życia. W centralnej Europie czuję się bezpiecznie. Uważam, że to jest jedno z najlepszych miejsc na świecie do życia i mieszkania. Tak samo myślę o Polsce. Chciałbym sobie znaleźć w Europie spokojnie miejsce z dala od zgiełku, gdzie będę mógł odpoczywać, nudzić się i ładować akumulatory. Uwielbiam Warszawę, jest fantastyczna, ale wyczerpuje akumulatory do zera. Tutaj ciągle potrzebna jest kroplówka. Poza tym nie chcę być zdesperowany. Spotykam wiele osób, które przeniosły się do Hollywood i zarzynając się każdego dnia, desperacko udowadniają sobie i innym, że było warto.
I wiedzą, że to nie jest prawda. Przypomniał mi się „Barton Fink” braci Coen. Dla głównego bohatera przeprowadzka z Broadwayu do Hollywood źle się skończyła.
Tak było. Na drugim roku szkoły filmowej w Łodzi bardzo potrzebowałem pieniędzy. Dostałem kontakt do firmy, która organizowała wyjazd na zbieranie truskawek w Niemczech. Trzeba było wpłacić 400 złotych wpisowego i wyznaczonego dnia zgłosić się na podpisanie umowy do pokoju 21 w Hotelu Feniks w Warszawie. Wpłaciłem, kupiłem bilet, przyjechałem do Warszawy. Na parkingu przed hotelem zobaczyłem kilkadziesiąt osób z plecakami, które rozglądały się wokół, jakby na coś czekały. Zapytałem, czy jest tu jakaś kolejka. Nie było. Wszedłem do hotelu. Wytłumaczyłem recepcjonistce, że w pokoju numer 21 miałem podpisać umowę, wpłaciłem już pieniądze, a pani na to: „Przykro mi, ale w pokoju 21 nie ma żadnych gości. Stoi pusty. Już to wszystkim mówiłam. Obawiam się, że zostaliście państwo oszukani”. Wyszedłem przed hotel, zacząłem rozmawiać z ludźmi. Niektórzy płakali, bo zapożyczyli się na tę podróż. Był 2002…
...dwa lata przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Pamiętam, że mnóstwo było wtedy takich historii. Wszyscy goniliśmy za marzeniami…
Chciałem zbierać truskawki, a stałem jak idiota na parkingu pośród innych oszukanych. Nigdy nie zapomnę tego wstydu i upokorzenia. Po latach w Hollywood widziałem wielu „ludzi z plecakami”, którzy rozglądali się dookoła: „Ktoś nam obiecał, że tu będzie jakiś american dream. Gdzie to jest?”. Tak trochę wygląda Hollywood. Niestety w pokoju 21 nikogo nie ma. Ludzie zawsze będą potrzebowali marzeń. Ważne, żeby zrozumieć, że ten dream możesz zbudować sam u siebie. Nie musisz szukać go daleko. Może to jest kwestia wieku, ale mam silną potrzebę dzielenia się moim doświadczeniem w Polsce. Uważam, że miejscu, z którego się pochodzi, trzeba oddawać najwięcej, jak się da. Inspirować, motywować, bo to nas czyni silniejszymi. Dlatego uczę w filmówce. Wiele osób pytało: „Po co wracasz do szkoły? Zajmij się twórczością”. A mnie inspirują młodzi ludzie, którzy chcą coś robić i płoną jak ja kiedyś. Przy okazji premiery „Dobrego chłopca” na festiwalu w Toronto bardzo mi zależało, żeby zorganizować warsztat o polskości z kanadyjską Polonią. To był mój pomysł i ambasada go podchwyciła. Lubię spotykać się i dzielić doświadczeniami z Polonią na całym świecie.
„W nieustająco zmieniającej się naturze rzeczywistości jedyną stałą jest miłość” – to Pana słowa.
Wierzę w to. Miłość to jedyna kotwica. Ludzie często myślą, że tak nie jest. Kiedyś sam tak uważałem, szukałem jakiejś stałej w pracy, w nowych projektach, wyzwaniach. Myliłem się. Jedyne, co cię wiąże, to bliscy ludzie. Wielokrotnie łapałem się na tym, że po amoku jakiejś premiery, festiwalu czy po ważnych spotkaniach na koniec dnia zostawałem sam, patrząc na różowopomarańczowe niebo nad Pacyfikiem. W Los Angeles są bajkowe zachody słońca. Łapałem za telefon, żeby zadzwonić czy napisać do mojej żony, dzieci, rodzeństwa. Leciałem nad Pacyfik, żeby poczuć, że chcę być z bliskimi. Potrzebowałem przemierzyć 12 tysięcy kilometrów, żeby to skumać.
Bliscy są wobec Pana twórczości łagodni czy krytyczni?
Bliscy doskonale mnie znają. Nie ma szans, żeby ich oszukać. Dlatego czasem trzeba sobie zrobić od nich wakacje. Oddalić się od prawdziwego siebie. Złapać powietrze i chwilę pobyć wśród ludzi, którzy cię nie znają, których możesz ponabierać na wersje, którymi nie jesteś. Cała rodzina ogląda moje filmy. Wiedzą, gdzie jestem sobą, a gdzie zasłaniam się formą. Kiedy odpuściłem, a gdzie przywaliłem. Widzą moje kompleksy. Chwile, w których pękłem. Na te momenty czekają, bo w nich jest prawda. Z bliskimi nie można flirtować, nie da się ich uwieść i to mnie denerwuje (śmiech). Są szczerzy do bólu. Założysz źle szalik, od razu ci powiedzą. Nie wiem, czy wierzę w komplementy, nie umiem się w nich odnaleźć, bo trochę się wstydzę. Najciekawsze rzeczy dzieją się, kiedy uda mi się podsłuchać rozmowę żony, dzieci czy rodzeństwa z trzecią osobą. Kiedy komuś mówią na przykład: „Ta scena kompletnie mnie rozwaliła”. Najlepsze komplementy to te podsłuchane.
Tydzień temu świętował Pan 44. urodziny. Pomyślał Pan życzenie?
Chciałbym mieć jak najwięcej siły, żeby wytrzymać to wszystko, co się teraz wokół mnie dzieje. Zrobiłem ostatnio kampanię PZU „Mistrzu, zwolnij” o bezpieczeństwie na drogach. Mistrzu, zwolnij – to jest moje życzenie.
Rozmawiała Beata Nowicka.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Krzysztof Materna przez lata nie wiedział, że ma nieślubnego syna. Poznał go dopiero 10 lat temu