Czesław Czapliński przez dekady fotografował najsłynniejszych ludzi świata. Spotykał osobowości, które zmieniały historię, kulturę i wyobraźnię milionów, a mimo to potrafił dostrzec w nich coś, czego nie pokazywały inne portrety. Jego historia to opowieść o talencie, odwadze i uporze. I o tym, że czasem najlepsze historie zaczynają się wtedy, kiedy coś idzie nie tak.
WIDEO…
Czesław Czapliński wspomina ostatnie chwile przyjaźni z Jerzym Kosińskim. „Rozmawialiśmy o przyszłości”. Wywiad VIVA!
[...]
– Jednym z pierwszych ludzi, których postanowił Pan sfotografować, był Jerzy Kosiński.
Wtedy najmodniejszą księgarnią w Ameryce był Barnes & Noble. Znalazłem tam książkę Kosińskiego. Przeczytałem, że urodził się w Łodzi i mieszka w Nowym Jorku. Pomyślałem: Łódź – tak jak ja. Nowy Jork – tak jak ja. Muszę się z nim spotkać. Zadzwoniłem. Telefon odebrała jego żona Kiki. Powiedziała, że nie ma możliwości spotkania, bo wyjeżdżają do Szwajcarii na narty. Wiedziałem, że jeśli się poddam, to znaczy, że nie mam czego szukać w Nowym Jorku. Napisałem więc do Kosińskiego list po polsku i zostawiłem go w recepcji budynku, w którym mieszkał. To był luksusowy Hemisphere House przy 57. ulicy na Manhattanie. Ledwo zdążyłem wrócić do domu, zadzwonił telefon. To był on. „Przyjedź”, powiedział. Miałem zostać pół godziny. Zostałem pół dnia. I tak zaczęła się nasza przyjaźń. Co ciekawe, Kiki, która początkowo przez telefon mnie wyrzucała, z czasem tak mnie polubiła, że później pomagała mi nosić torbę z aparatami.
– Co Pana w nim fascynowało?
Nie spotkałem człowieka równie twórczego, tak kreacyjnego. Był niezwykle skomplikowany. Miał w sobie coś, co bardzo mnie interesowało jako fotografa: nieustannie tworzył siebie na nowo. Gdziekolwiek razem chodziliśmy, często się przebierał. Przyklejał sobie wąsy, zakładał peruki, okulary, zmieniał ubranie. Miał całą kolekcję kostiumów. Kiedyś zapytałem: „Jurek, ale po co ty to właściwie robisz?”. Pamiętam, jak poszliśmy razem do restauracji. Tym razem Kosiński był bez przebrania. Natychmiast zaczęli go oblegać ludzie. Był wtedy ogromnie popularny. Zrozumiałem, że nie przebierał się po to, żeby być niewidzialnym. Wręcz przeciwnie – doskonale wiedział, że jest rozpoznawalny. To była raczej gra z własną tożsamością. Kosiński był pisarzem, ale miał w sobie coś z aktora. Kiedy zakładał kostium, zmieniał się nie tylko fizycznie. Przyjmował tożsamość człowieka, którego właśnie grał. To nie było zwykłe przebieranie się. Potrafił wejść w inną rolę.
– Z tej fascynacji powstał cykl „Maski”, jeden z najbardziej znanych fotograficznych portretów Kosińskiego?
To były ostatnie zdjęcia, jakie mu zrobiłem. Rozstawiłem aparaty w jego mieszkaniu na 18. piętrze. Kosiński przyniósł swoje prywatne rekwizyty: sztuczne włosy, wąsy, peruki, okulary, a także skórzaną maskę. Zaczęliśmy fotografować. To było niezwykłe doświadczenie. Człowiek o wielu twarzach postanowił pokazać siebie poprzez kolejne wcielenia. W pewnym sensie odsłaniał się właśnie przez maskowanie. To paradoks – im więcej nakładał na siebie, tym bardziej można było zobaczyć jego prawdziwą osobowość. Nie chciałem robić mu klasycznego portretu pisarza w fotelu i patrzącego w obiektyw. Zresztą nigdy nie miałem własnego studia. Uważałem, że studio jest sztuczną przestrzenią, w której człowiek często czuje się obco. Zawsze starałem się fotografować ludzi w ich naturalnym środowisku.
– Przez lata dokumentował Pan jego życie. Namówił go Pan także do nagrywania rozmów, z których powstała później książka „Pasja Kosińskiego”.
Około dwa lata przed jego śmiercią namówiłem go, żebyśmy zaczęli nagrywać nasze rozmowy. Przyjeżdżałem do niego, zamykaliśmy się w gabinecie, kładłem magnetofon i zadawałem pytania. Rozmawialiśmy o jego pasjach, ludziach, pisarstwie, podróżach, fotografii, życiu towarzyskim i jodze. Wtedy uświadomiłem sobie coś, co było dla mnie bardzo ważne: Kosiński mówił po polsku, pięknym polskim językiem. Po jego śmierci wydałem książkę „Pasja Kosińskiego”. Miałem też kilka tysięcy jego zdjęć i nagrania naszych rozmów. Teraz szykuję się do zrealizowania fabularyzowanego dokumentu „Pasje Kosińskiego” – „My Friend Jerzy. The Last Photograph”. Będą w nim archiwalne nagrania, zdjęcia.
– Doprowadził Pan też do wydania „Malowanego ptaka” w Polsce.
Pomogła w tym Irena Dziedzic, która dała mi kontakt do prezesa Wydawnictwa Czytelnik. To była taka historia, że pewnego dnia Irena Dziedzic zrobiła ze mną wywiad. A po rozmowie zaprosiła mnie na kolację. Zdziwiłem się: „Pani zaprasza?”. Ona odpowiedziała: „Ja zapraszam, ale kto będzie płacił…?”. Na tej kolacji spojrzała na mnie i powiedziała: „Widzę w pana oczach, że ma pan wielki problem”. Rzeczywiście, Kosiński był dla mnie kimś więcej niż bohaterem zdjęć. Byliśmy przyjaciółmi. Zależało mi na wydaniu tej książki. Kiedy to się udało i w 1988 roku Kosiński przyjechał do Warszawy, zainteresowanie było ogromne. Przy Wiejskiej ustawiła się kolejka aż do Placu Trzech Krzyży. To pokazuje, jak wielką był wtedy postacią.
Czesław Czapliński, Viva! 20/2026
– Jego samobójstwo w 1991 roku było dla Pana szokiem?
Ogromnym. Wybierałem się do polskiego konsulatu na Madison Street na obchody 3 maja. Włączyłem telewizor i zobaczyłem swoje czarno-białe zdjęcie Kosińskiego. Pod fotografią była informacja, że popełnił samobójstwo. Nie mogłem w to uwierzyć. Niczego takiego mi wcześniej nie mówił. Wręcz przeciwnie – rozmawialiśmy o przyszłości. Tydzień przed śmiercią dał mi prawa do wszystkich książek, które wspólnie zrobiliśmy. To może była jakaś wskazówka, ale trudno było to wtedy rozpoznać. Mówił o problemach zdrowotnych. Pojawiały się oskarżenia o plagiat, kwestionowano samodzielność jego pracy i prawdziwość opowieści przedstawionych w „Malowanym ptaku”. To zachwiało jego pozycją, choć był pisarzem o ogromnym sukcesie – sprzedał ponad 70 milionów książek. Tak wielka popularność budzi zazdrość i niechęć. Moim zdaniem wiele kalumnii, które na niego rzucono, brało się z tej zazdrości. Nie chcę rozstrzygać sporów dotyczących jego biografii. Dla mnie ważne jest to, że Kosiński przez całe życie budował własną opowieść o sobie. Nosił w sobie doświadczenie wojny i dzieciństwa, które było dla niego fundamentalne. Był człowiekiem niezwykle złożonym, a ja próbowałem go zrozumieć przez rozmowy i fotografie. Byliśmy bardzo związani, podróżowaliśmy razem, zabrał mnie w swoją pierwszą w życiu podróż do Izraela w 1988 roku. Budził tam ogromne emocje i zainteresowanie, nie tylko wśród Żydów, bo pojechaliśmy także do obozu palestyńskiego. Mam z tej podróży niezwykłe zdjęcia.
[...]
Rozmawiała Agnieszka Dajbor
Cały wywiad dostępny w nowej VIVIE! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od 22 października.