W jej rodzinnym domu zasady spotykały się z artystyczną fantazją, a miłość do sztuki przechodziła z pokolenia na pokolenie. Były kulisy wielkich teatrów, muzyka, taniec i babcia, która wykonywała zawód dziś niemal zapomniany. Dorota Kolak dorastała w świecie pełnym fascynujących sprzeczności. Z jednej strony rygor, dyscyplina i wysokie wymagania, z drugiej – magia sceny, wolność i nieposkromiona wyobraźnia. To właśnie tam narodziła się jej wielka miłość do teatru, który stał się dla niej przestrzenią buntu i ucieczki od sztywnych reguł. W wyjątkowej rozmowie z Katarzyną Piątkowską dla VIVY! aktorka otwiera drzwi do rodzinnych wspomnień i opowiada o niezwykłych ludziach, którzy ukształtowali jej życie.
WIDEO…
TYLKO W VIVIE! Dorota Kolak o dzieciństwie i artystycznym domu
– Prymuskom jest ciężko żyć?
Tak bardzo nie narzekam. Robię, co uważam za słuszne. A na to, że nią się stałam, złożyło się kilka elementów. Na pewno czas, w jakim się urodziłam. W liceum, czy potem w szkole teatralnej, była presja związana z wykształceniem. Bo to ono było drogą awansu społecznego. Drugim elementem był dom, z którego wyszłam. Był wymagający i rygorystyczny. Dzieci miały w nim swoje ściśle określone miejsce, miały zjeść wszystko do ostatniego kęsa, nie mogły się spóźniać, nie wsłuchiwano się jakoś specjalnie w to, co mówią. Większość mojego pokolenia była w ten sposób wychowywana. Jednocześnie miałam też mamę i tatę o absolutnie artystycznych skrzydłach, a to powodowało, że ja i siostra dostałyśmy dużo wolności.
– Jak pogodzić takie skrajne postawy?
Powiem szczerze, że nie wiem. Moim rodzicom jakoś się to udawało. Mama ze mną i moją siostrą chodziła do muzeów, filharmonii i teatrów. Gdy byłyśmy małymi dziewczynkami, bywałyśmy z nią nawet w operze. Chodziłyśmy obie do szkoły muzycznej, a w domu uczyłyśmy się tańców narodowych, bo mama była choreografem o specjalizacji tańców ludowych. Gdy poszłam do szkoły teatralnej, to wszystko bardzo ułatwiło mi życie – znałam nuty, wszystkie obowiązkowe tańce już umiałam, a dodatkowo jeszcze charlestona, walca czy tango. Znałam też obrazy i nazwiska malarzy, o których moi koledzy często nie słyszeli. To wszystko zawdzięczam mamie. Powiedziałabym, że mój dom był ciekawie złożony ze skrajności.
– Czy to prawda, że Pani tata nie cenił aktorów?
Miał umysł ścisły, a co za tym idzie, był bardzo logicznym człowiekiem. Często te moje artystyczne nielogiczności, do których można zaliczyć nawet połączenie żółtego z fioletem w ubraniu czy to, że w spektaklu muzyka Niemena łączyła się z poważną, były dla niego dziwne. Tata uważał, że logiczne myślenie nie jest moją mocną stroną, więc trochę w ramach „rewanżu” napisałam doktorat i habilitację. Chciałam mu udowodnić, że aktorstwo, mając swoje zasady, warsztatowe podstawy i kanony, jest sztuką, w związku z tym jest opisywalne i można o nim napisać pracę naukową. Tata pracował w Starym Teatrze w Krakowie jako kierownik techniczny. I kiedy w PWST po obronie pani profesor Anna Polony, z którą tata pracował w Starym Teatrze, wręczyła mi dyplom z tytułem doktora, tata był bardzo wzruszony.
Dorota Kolak, Viva! 20/2026
– Gdzie Pani w tym swoim napiętym grafiku znalazła jeszcze czas na pisanie pracy doktorskiej?
Przez lata byłam głównie aktorką wyłącznie teatralną, pracowałam w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Nie pracowałam tak intensywnie w kinie jak teraz. Między jedną rolą a drugą napisałam więc doktorat, a potem habilitację. Od trzech lat mam tytuł profesora. Dla aktora, który posługuje się głównie słowem mówionym, pisanie jest wyzwaniem. Przelanie na papier tego, co mam ułożone w głowie, stanowiło intelektualną przygodę. A znalezienie formy, by to też miało moją ekspresję, pasję i było ciekawe, bywało trudne. Teraz córka idzie w moje ślady, bo ją na to namówiłam. Oczywiście ma teraz inne narzędzia ułatwiające pracę, bo ja mój doktorat pisałam ręcznie piórem i w bibliotece. [...]
– Zostanie aktorką musiało być Pani wielkim marzeniem.
Tak, choć brałam pod uwagę, że mogę robić co innego. Mogłabym pójść na studia teatrologiczne, może potem na reżyserię.
– Kiedy Pani pomyślała po raz pierwszy, że aktorstwo to Pani droga?
Chyba od zawsze to wiedziałam. Dostałam od losu wyjątkową możliwość bywania w teatrze od dzieciństwa. Mój tata zawsze w jakimś pracował jako kierownik techniczny. Ciągle bywałam za kulisami. Zapachy, kostiumy wiszące w garderobach, teatr od zaplecza, scena, kiedy zapalają się światła – ta jego magiczna część była mi zawsze dostępna. Ale tak, pewnie musiał istnieć jakiś wewnętrzny imperatyw, jakaś moja przestrzeń na to marzenie. To oczywiście jest moja teoria niepoparta żadną analizą psychologiczną, ale teatr stanowił dla mnie przeciwwagę dla domu, który był uporządkowany i wymagający. W teatrze czułam, że jest dla mnie przestrzeń na wolność, na jakąś jazdę bez trzymanki, na świat, do którego można uciec. Musiałam mocno czuć takie pragnienie intensywności, zuchwałości, buntu, puszczenia się i pewnego rodzaju szaleństwa. Teatr mi na to pozwolił.
– Oprócz taty pracującego w teatrze i mamy choreografki w Pani rodzinie byli ludzie związani z artystycznymi zawodami?
Moja babcia ze strony mamy była pianistką i pracowała jako taper, czyli grała do niemych filmów. Zostały po niej stosy wspaniałych nut. Od strony taty dziadek i ciocia pracowali w teatralnych pracowniach krawieckich. Jak widać, głęboko sięgają te teatralne korzenie w mojej rodzinie.
_________________________
Cały wywiad dostępny w nowej VIVIE! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od 22 października.
Dorota Kolak, Viva! 20/2026