Czasem najpiękniejsze role życie pisze wtedy, gdy przestajemy na nie czekać. Przez lata Dorota Kolak była wierna teatrowi, a marzenie o wielkim ekranie z czasem odłożyła na bok. Tymczasem właśnie w dojrzałym wieku kino otworzyło przed nią zupełnie nowy rozdział. TYLKO W VIVIE! W rozmowie z Katarzyną Piątkowską aktorka opowiada o zaskakującym zwrocie w karierze, artystycznych spełnieniach i drodze, która zawiodła ją z Krakowa do Gdańska. Z właściwym sobie dystansem i poczuciem humoru mówi o sukcesach, których nie planowała, i przekonaniu, że kino potrzebuje kobiet w każdym wieku.

WIDEO…

player placeholder

Dorota Kolak TYLKO W VIVIE! o filmowym debiucie, nieoczekiwanym sukcesie i marzeniach, które spełniły się wbrew wszystkiemu

– Wiele lat spędziła Pani na deskach teatru. A potem upomniał się o Panią film. A może to Pani upomniała się o film?

Trudno powiedzieć. Zagrałam w filmie Mariusza Grzegorzka „Jestem twój” i dostałam w Gdyni za to nagrodę. To była moja pierwsza rola w fabule. Debiut. Miałam 52 lata. Zostałam zaproszona na casting, dostałam scenariusz, przeczytałam i doznałam jakiegoś olśnienia. Po prostu naprawdę zobaczyłam moją bohaterkę, jak wygląda, usłyszałam, jak mówi. Taka sytuacja nie zdarza się często, rolę najczęściej trzeba wypracować krok po kroku. A tu… wiedziałam, jak to zrobić. Wygrałam casting. Ta rola otworzyła mi drogę do kolejnych fabuł, których już teraz mam na koncie całkiem dużo. Bardzo intensywnie teraz pracuję w kinie.

Zobacz także:

Czytaj też: Dorota Kolak dla miłości zmieniła całe życie. TYLKO W VIVIE! opowiada o ukochanym i odsłania kulisy małżeństwa

– Kino czy teatr? To daje takie same emocje, taką samą przyjemność?

To są dwie kompletnie różne energie. Ta teatralna jest rozłożona w czasie. Próby trwają często sześć, czasem osiem tygodni. Jesteśmy w długim, delikatnym procesie. To jak nawlekanie koralików, nakłada się jeden za drugim na sznureczek. Ale każdy koralik można obejrzeć pod światło, zastanowić się nad nim, można go zostawić, a można zdjąć. W kinie jest krótki moment mobilizacji, piekielnej koncentracji na te trzy czy cztery duble, więc energia jest kompletnie inna i inaczej rozłożona. [...]

– Pochodzi Pani z Krakowa. Czy na Wybrzeże dotarła Pani za miłością?

To jest po prostu zasługa okrucieństwa mojego zawodu. Skończyłam szkołę z tak zwanym czerwonym dyplomem, czyli z bardzo wysoką średnią. Sukces, nieprawdaż? Tylko że nikt mnie nigdzie nie chciał zaangażować, a mój dyplom nie miał żadnego znaczenia. Zderzyłam się z rzeczywistością i otrzeźwiałam. Pomyślałam: Halo, halo, to znaczy, że trzeba od początku zacząć pracować na swoją pozycją zawodową. Chciałam zostać w Krakowie, ale Kraków nie chciał mnie. Męża chciał, ale szukaliśmy takiego miejsca, gdzie moglibyśmy być razem. Przez pierwsze dwa lata po studiach graliśmy w teatrze w Kaliszu. Ale mąż jest Sopocianinem i zawsze chciał tam wrócić. Tam była jego rodzina, tata, wybitny aktor Stanisław Michalski. Przyjechaliśmy do Gdańska. Dziś czuję, że to jest moje miejsce. Lubię energię tego miasta, która jest zupełnie inna od krakowskiej. Kraków ma rynek i w związku z tym wszystko się tylko kręci w kółko i cały czas się miesza to samo. W Gdańsku zawsze wieje wiatr i ciągle są nowe energie, nowe pomysły. To mi się podoba.

Dorota Kolak, Viva! 20/2026
Zdjęcia Krzysztof Opaliński /

Dorota Kolak, Viva! 20/2026

– Nie dała się Pani zaszufladkować. Ma Pani na koncie role i dramatyczne, i komediowe.

Wydaje mi się, że te dwie nogi, na których zawodowo stoję, są takiej samej długości (śmiech). Czyli jestem zawodowo stabilna. W rolach komediowych konieczna jest domieszka dramatyzmu i odwrotnie – poczucie humoru w dramacie jest bezwzględnie konieczne.

– Rola w filmie „Jak żyć, żeby nie zwariować” jest komediowa.

Tak, ale moja Teresa, matka głównej bohaterki, ma jakąś trudną przeszłość. Coś tam w jej życiu musiało się wydarzyć, że jest taka surowa i pryncypialna.

– Użyła Pani słów takich jak na początku wywiadu do opisania swojej rodziny.

Zapewne z tego czerpałam, myśląc o roli. Ale to jest historia o tym, że ludzie się jednak zmieniają. Doświadczenia, przeżycia, refleksja pozwalają im otworzyć nowe drzwi. Lubię tę rolę, choć jest maleńka.

– Pani historia przeczy teorii, że dla dojrzałych aktorek ról jest niewiele.

Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak się w moim przypadku stało. Nawet o tym nie marzyłam. Mało tego, mając ponad 50 lat, odpuściłam to marzenie o filmie. Jeździłam przecież na castingi, ale nie udało mi się ich wygrywać, nie sięgano po mnie, aktorkę, która ma daleko do Warszawy. Pomyślałam w końcu: W porządku, żyję i umrę jako aktorka teatralna. Nic wielkiego, nie ja pierwsza i nie ostatnia. Myślałam też o tym, że nie poszłam przecież do tego zawodu, żeby robić jakąś karierę w kinie. Jak moje mistrzynie Ewa Lassek i Anna Polony chciałam być aktorką teatralną. Ta druga noga, filmowa, nie była w planach. Aż przyszedł ten film Mariusza Grzegorzka i nagroda w Gdyni, potem druga za „Zjednoczone stany miłości” Tomka Wasilewskiego. Zaczęto mi proponować ciekawe duże i mniejsze role. W tym roku miałam bardzo pracowitą wiosnę i lato. Zagrałam dużą rolę u Kordiana Kądzieli, u Tomka Wasilewskiego niedużą, ale Tomek jest najbliższy memu sercu, zagrałam epizod w „Nocach i dniach”. Skończyłam kolejny film u Mikołaja Pokromskiego. Teraz znów pracuję nad dużą filmową rolą. Okazuje się, że kino i świat potrzebuje kobiet w każdym wieku.

Czytaj też: Przez lata żebrała o uczucia i akceptację. TYLKO W VIVIE! Małgorzata Ohme: „Myślałam, że muszę zasłużyć na miłość”

_________________________

Cały wywiad dostępny w nowej VIVIE! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od 22 października. 

Dorota Kolak, Viva! 20/2026
Zdjęcia Krzysztof Opaliński /

Dorota Kolak, Viva! 20/2026