Był 1985 rok. Małgorzata Potocka od lat odnosiła sukcesy jako tancerka i choreografka, a jej zespół Sabat występował także poza Polską. Jednym z zawodowych wyjazdów był rejs luksusowym statkiem pasażerskim „Achille Lauro”. Na jego pokładzie znaleźli się członkowie Sabatu oraz Wojciech Gąssowski, który był wówczas partnerem Potockiej. To, co miało być kolejną artystyczną podróżą, w jednej chwili zamieniło się w walkę o przetrwanie. W październiku 1985 roku statek został uprowadzony przez palestyńskich terrorystów. To doświadczenie, jak podaje także oficjalna biografia artystki, wpłynęło na jej dalsze życie.
Małgorzata Potocka wspomina porwanie Achille Lauro. „Trzy dni, trzy noce leżałyśmy na podłodze”
Mariola Bojarska-Ferenc w „VIVA! Bez Tabu” wróciła z Małgorzatą Potocką do wydarzenia na Achille Lauro. Chciała dowiedzieć się, jak wyglądały pierwsze chwile po rozpoczęciu ataku i w którym momencie uczestnicy rejsu zrozumieli, że znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Potocka pamięta przede wszystkim gwałtowny kontrast między luksusowym otoczeniem statku a tym, co wydarzyło się chwilę później.
„To było na pięknym pasażerskim statku. I akurat to było na wodach terytorialnych Egiptu. Kiedy to się stało, kiedy wtargnęli terroryści i zaczął się ten atak terrorystyczny, to było przerażające” — powiedziała Marioli Bojarskiej-Ferenc.
W swojej relacji Małgorzata Potocka wróciła również do najbardziej drastycznej chwili porwania. Jak opowiadała, zakładnicy szybko przekonali się, że groźby napastników nie były jedynie próbą zastraszenia.
„Zabili na naszych oczach pierwszą osobę, którą wrzucili do morza. Widzieliśmy, że już będą po kolei zabijać, byliśmy tak poustawiani po kolei” — wspominała w „VIVA! Bez Tabu”. Ofiarą był amerykański pasażer Leon Klinghoffer.
Artystka mówiła, że wraz z innymi kobietami ukrywała się w sali balowej. Meble, które jeszcze niedawno były częścią eleganckiego wnętrza pasażerskiego statku, stały się ich jedyną namiastką schronienia.
„Trzy dni, trzy noce leżałyśmy na podłodze pod stołem, bo to akurat w sali balowej było, jak zaczął się ten atak terrorystyczny, i tam były stoliki. Modliliśmy się tylko, żeby się stał cud i żeby nas nie pozabijali” — wyznała Małgorzata Potocka.
Warunki, w których przetrzymywano zakładników, oznaczały nie tylko ciągły strach przed śmiercią, ale także pozbawienie najbardziej podstawowej swobody.
„Nie wolno było wyjść do toalety. Tam z boku stały naczynia, bo w sali balowej również były kolacje, a później był bal, w związku z tym stały naczynia, więc można było wziąć jakiś talerz czy coś z tych, które stały z boku, i tak się ratowałyśmy” — opowiadała Marioli Bojarskiej-Ferenc. „Od czasu do czasu, jak miał lepszy humor ten terrorysta, to można było iść do toalety” — dodała.
W jej słowach pojawiła się także ogromna wdzięczność za to, że ona i bliskie jej osoby ostatecznie wrócili do domu.
„Straszna przygoda, przerażająca. A jednocześnie często mówię: „Boże, dziękuję Ci, że nas uratowałeś”. Bo myśmy wszyscy byli przerażeni i przekonani, że umrzemy” — wyznała w „VIVA! Bez Tabu”.
Wojciech Gąssowski był z nią na statku. Potocka: „Nie można było negocjować”
Wśród osób przeżywających dramat na „Achille Lauro” był również Wojciech Gąssowski. W tamtym okresie piosenkarz i Małgorzata Potocka byli parą. Mariola Bojarska-Ferenc zapytała więc, czy Gąssowski, jako jedyny mężczyzna w ich grupie, próbował w jakiś sposób rozmawiać z porywaczami lub negocjować.

Potocka natychmiast wyjaśniła, że nie było takiej możliwości. W realiach, które opisała, już samo odezwanie się mogło sprowokować gwałtowną reakcję uzbrojonych napastników.
„Nie, bo nie można było negocjować w ogóle. To nie było w ogóle możliwe, bo jak się odzywałaś, to od razu karabin ci przystawiali i kazali ci absolutnie leżeć” — powiedziała Marioli Bojarskiej-Ferenc.
Obecność Gąssowskiego sprawiała, że Potocka martwiła się nie tylko o należące do zespołu kobiety. Bała się również o człowieka, z którym była wówczas związana. „Ja z nim byłam, był moim partnerem. Bardzo się bałam o wszystkich, o wszystkie dziewczyny, o niego” — wyznała.
W „VIVA! Bez Tabu” artystka odsłoniła jednak jeszcze jeden aspekt tamtego doświadczenia — odpowiedzialność, którą czuła za swoich ludzi właśnie wtedy, kiedy sama nie miała żadnej pewności, że przeżyje.
„Na mnie, jako na szefowej, [spoczywał] ten trud przekonywania ich, żeby nie płakać cały czas. Trzy dni, trzy noce płakać, to przecież można dostać zawału serca i wszystkiego. Więc to było okropne” — wspominała.

Małgorzata Potocka, VIVA! Bez Tabu
Po porwaniu Małgorzata Potocka chciała skończyć z wyjazdami. „Poszłam pracować w Teatrze Syrena”
Takie doświadczenie trudno było zostawić za sobą natychmiast po zejściu ze statku. Mariola Bojarska-Ferenc zapytała Potocką, czy po porwaniu nie pomyślała, że taniec, zagraniczne kontrakty i nieustanne podróże przestały być warte ryzyka. Artystka przyznała, że po powrocie rzeczywiście pojawił się strach i potrzeba zmiany dotychczasowego sposobu życia.
„No wiesz, absolutnie tak było, że się przestraszyłam. I wtedy poszłam pracować w Teatrze Syrena. Tam robiłam choreografie” — powiedziała w „VIVA! Bez Tabu”.
Decyzja o rezygnacji z dalekich wyjazdów nie okazała się ostateczna. Czas zrobił swoje, a potrzeba powrotu do artystycznego życia okazała się silniejsza. W rozmowie z Mariolą Bojarską-Ferenc Małgorzata Potocka przyznała, że potrzebowała mniej więcej roku, aby ponownie odważyć się podróżować.
Całe wideo znajdziesz na naszym YouTube. Zapraszamy do oglądania.


























