Monika Hoffman-Piszora nie planowała licznej rodziny. Przez pewien czas marzyła o życiu w zamkniętym klasztorze, gdzie chciała odnaleźć ciszę i spokój. Wszystko zmieniło spotkanie z umierającą zakonnicą. Dziś jest mamą szóstki dzieci, choć początki macierzyństwa nie były dla niej łatwe. Po narodzinach pierwszego dziecka usłyszała diagnozę, na którą nie była przygotowana.
Monika Hoffman-Piszora chciała zostać mniszką. Jedno spotkanie wszystko zmieniło
Dziś Monika Hoffman-Piszora wychowuje szóstkę dzieci, ale przed laty jej życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Jak wyznała podczas rozmowy, nie planowała założenia tak licznej rodziny, a jednym z jej największych marzeń było wstąpienie do klasztoru. Co więcej, nie chodziło o zwyczajne życie zakonne, lecz o zamknięty klasztor klauzurowy, w którym mogłaby poświęcić się ciszy, modlitwie i kontemplacji. Do tego kroku przygotowywała się intensywnie przez ponad rok, a za murami klasztoru spędziła kilka miesięcy. Przełom nastąpił, gdy poznała starszą, umierającą zakonnicę. Bardzo się do niej przywiązała i starała się spędzać z nią każdą wolną chwilę. Śmierć siostry uświadomiła jej jednak coś, czego wcześniej nie dostrzegała. Zaczęło brakować jej poczucia, że jest komuś potrzebna. To doświadczenie stało się impulsem do dalszych poszukiwań własnej drogi. W rozmowie wspominała:
„Przez ponad rok się przygotowywałam, tak bardzo intensywnie, do tego, żeby się w ogóle tam dostać. No i tam byłam przez kilka miesięcy, i była ta jedna taka sytuacja, która pozwoliła mi — albo może nie tyle, że mi pozwoliła, ale jakoś tak dała mi taki impuls do szukania dalej, bo poznałam tam starszą już siostrę zakonną, która umierała. I ja się bardzo z nią związałam. I biegałam do niej w każdym możliwym, wolnym swoim czasie, nie trzymając się nawet jakichś tam reguł, żeby tylko móc z nią pobyć. I jak ona odeszła, to mi bardzo jej brakowało. Nawet nie tyle jej, to brakowało mi takiego bycia potrzebnym dla kogoś”.
W tamtym czasie Monika Hoffman-Piszora w ogóle nie zakładała, że zostanie matką. Tym bardziej niezwykłe wydaje się to, jak bardzo zmieniło się jej życie. W wywiadzie przyznała, że od wyjścia z klasztoru do zakochania się i pierwszej ciąży minęły prawdopodobnie dwa lub trzy lata, choć sama nie potrafiła dokładnie określić tego czasu.
Po narodzinach pierwszego dziecka przeżyła trudne chwile. „Myślałam, że się nie nadaję”
Kolejny niezwykle ważny moment w życiu Moniki Hoffman-Piszory nastąpił po narodzinach pierwszego dziecka. Wówczas okazało się, że noworodek ma zespół Downa. Jak wyznała, wiadomość była dla niej bardzo trudna, przede wszystkim dlatego, że nie miała wcześniej żadnej wiedzy ani doświadczenia w opiece nad dzieckiem z zespołem Downa. Obawiała się, że nie sprosta nowej roli i wymaganiom, jakie może przynieść macierzyństwo. Początkowo nie czuła się odpowiednią osobą do wychowywania takiego dziecka. W wywiadzie szczerze opowiedziała o emocjach, które jej wtedy towarzyszyły:
„Dla mnie był trudny. Dlatego, że ja czułam się nieodpowiednia do roli bycia mamą dziecka z zespołem Downa. [...] Ja nic o tym nie wiedziałam. Nigdy takiego dziecka nie widziałam na oczy. Nie wiedziałam, co się z tym dzieckiem robi. Co ja będę musiała, czego ja będę musiała się nauczyć? I wydawało mi się, że to po prostu jest dla mnie za dużo i ja się nie nadaję”.
Jak opowiadała, na uporządkowanie tych emocji wystarczył jej czas potrzebny na przejście korytarzem oddziału neonatologicznego. Pojawiła się bowiem myśl, że jej dziecko mogłoby spotkać się z litością lub nieprzychylnym spojrzeniem innych osób. Wtedy poczuła silną potrzebę, by je chronić. Zdecydowała, że nie pozwoli, aby już na samym początku życia było traktowane inaczej. Wspominała:
„Jak sobie pomyślałam, że moje dziecko będące gdzieś tam na oddziale neonatologicznym leży samo, a przejdzie obok niego jakaś pani pielęgniarka, pani doktor, ktoś tam z odwiedzających i spojrzy na niego, wiesz, krzywo. [...] Albo z litością [...] No to już od razu pomyślałam, że ja na to nie pozwolę”.
Monika Hoffman-Piszora udała się wówczas do personelu medycznego i poprosiła, aby dziecko trafiło do niej na salę, jeżeli nie wymaga dalszej hospitalizacji. Dziś, jako mama szóstki dzieci, patrzy na swoją drogę zupełnie inaczej. Choć jej życie potoczyło się w sposób, którego wcześniej nie przewidywała, nie chciałaby go zmieniać. W rozmowie podkreśliła, że nie wyobraża sobie innego życia i nawet gdyby mogła sama napisać jego scenariusz, nie stworzyłaby lepszego.
Źródło: Viva.pl