Marta „Mandaryna” Wiśniewska jako nastolatka była bardziej chłopczycą niż dziewczyną. Nosiła bardzo krótkie włosy, ciężkie glany, szerokie spodnie i wielkie koszule w kratę, choć jednocześnie jako dziecko uwielbiała przebierać się w kolorowe ubrania swojej babci. W rozmowie z Beatą Nowicką dla magazynu VIVA! opowiedziała o swoim pseudonimie, dojrzewaniu do kobiecości oraz mamie, która do dziś jest dla niej kwintesencją kobiecości i elegancji.
WIDEO…
Skąd wzięła się „Mandaryna”? Wszystko zaczęło się jeszcze w podstawówce
[...]
Pasuje do Ciebie ta Mandaryna. Skąd się wzięła?
Od mojego panieńskiego nazwiska Mandrykiewicz. Dzieci w podstawówce nie potrafiły go wymówić, więc wymyśliły mi przezwisko – Mandaryna. I Mandaryna została ze mną na całe życie. Często się zdarza, że przedstawiam się z rozpędu: „Dzień dobry, Mandaryna z tej strony”, zapominając, że dzwonię do urzędu.

Mandaryna mówi o kobiecości. Mama do dziś jest dla niej punktem odniesienia
Z jakim wzorcem kobiecości 18-letnia Mandaryna wchodziła w dorosłe życie?
Gdy zaczynałam tańczyć hip-hop, byłam grunge’owa. Bardziej chłopczyca niż dziewczyna. Miałam bardzo krótkie włosy, nosiłam duże buty, bardzo szerokie spodnie i wielkie koszule w kratę przewiązane w pasie. Typ sportowy. Podobała mi się piłka nożna. Na ścianach w pokoju wisiały plakaty Jennifer Lopez, Madonny i Michaela Jacksona, bardzo kolorowych ptaków. Miałam w sobie młodzieńczą radość, która towarzyszy mi do dziś. Uwielbiałam spędzać czas z przyjaciółmi. Nie mieliśmy wiele, ale byliśmy pełni zapału. Głowy nam eksplodowały od marzeń. Dojrzewając, w wieku 18, 19 czy 20 lat, zaczęłam uważniej przyglądać się moim koleżankom, które były bardziej kobiece, i też zapragnęłam taka być. Pogodziłam się z sukienkami. Dziś patrzę na moją 23-letnią córkę i jestem nią zachwycona. Wszystko mi się w niej podoba. Wiadomo, jest moim dzieckiem, ale patrząc na nią, myślę: Wow, ta moja Fabka jest cudowną dziewczyną. Ostatnio ktoś narysował nasze karykatury. Moja, wiadomo, z wielkimi, dziwnymi zębami. A Fabki nawet karykatura była śliczna!
Dorastając, miała się kim inspirować! Twoja mama była punktem odniesienia?
Była i nadal jest. Mama, nawet wychodząc do sklepu osiedlowego, przebiera się i robi delikatny makijaż. Ja przemykam w wyciągniętym dresie. Mama jest dla mnie kwintesencją kobiecości i elegancji. Gdy pracowała zawodowo, a była nauczycielką, codziennie szła do szkoły wyszykowana, każdy element garderoby był przemyślany. Bardzo mi się to podobało. Ale pamiętam też czasy, kiedy jako mała dziewczynka jeździłam na wakacje do mojej babci i tam z dwoma kuzynkami nurkowałyśmy w jej szafie, wyciągając kolorowe sukienki, kapelusze, rękawiczki i buty. Przebierałyśmy się, śpiewałyśmy, wygłaszałyśmy monologi. Robiłyśmy kabaret. Z jednej strony kochałam moje ciężkie glany i sprane spodnie. Z drugiej, tworząc performance z ciuchów babci, byłam księżniczką, aktorką. Kimś zupełnie innym. To mi zostało do dziś. Lubię łamać schematy, traktować scenę jak plac zabaw.
[...]
Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu VIVA!, który będzie dostępny w sprzedaży od czwartku 10 września.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: TYLKO W VIVIE! Tego o ks. Janie Kaczkowskim mało kto wiedział. Rodzeństwo wraca do jego dzieciństwa i jednego przejmującego zdania


























