Aga Zaryan odnalazła pierwszą miłość po blisko 30 latach. Dziś są małżeństwem. „Jesteśmy miłością życia”
Pięćdziesiątka przyniosła jej spokój, którego przez lata szukała. Aga Zaryan otwarcie mówi o terapii, diagnozie ADHD, nowym etapie w życiu prywatnym i miłości, która wróciła po blisko 30 latach. W rozmowie z Beatą Nowicką dla magazynu VIVA! zdradza także, dlaczego dziś czuje, że najlepsze wciąż przed nią.

Po blisko 30 latach los ponownie postawił ich na swojej drodze. Gdy zakochali się w sobie po raz pierwszy, ona miała 15 lat, a on 16. Po latach, już po życiowych doświadczeniach i pierwszych małżeństwach, znów się spotkali. Kilka miesięcy temu wzięli ślub, wcześniej przez blisko sześć lat świadomie budując swoją relację i stawiając dobro dzieci na pierwszym miejscu. W rozmowie z Beatą Nowicką dla magazynu VIVA! Aga Zaryan po raz pierwszy tak otwarcie opowiada o swoim życiu prywatnym, wyjaśniając, dlaczego chce dać nadzieję osobom, które po rozstaniu obawiają się, że nie znajdą już spełnionej miłości.
Aga Zaryan poślubiła swoją pierwszą miłość. Ich historia zatoczyła koło. Wywiad VIVA!
– Za to właśnie kocham jazz. W waszych głosach słychać całą skalę emocji.
Kontekst bycia kobietą w jazzie jest dla mnie bardzo ważny. Dojrzały wiek w jazzie jest atutem. Rozgościłam się wygodnie we własnym głosie i ciele. Zdążyłam się poznać lepiej i jestem wdzięczna za to, w jakim punkcie życia się znalazłam. Pomogła mi w tym terapia. Czuję, że w muzyce i życiu nadal wiele przede mną. Jako 30- i 40-latka tkwiłam w potrzasku życia prywatnego. Dopiero pięćdziesiątka przyniosła rodzaj ulgi. Moje życie uczuciowe nareszcie się ułożyło. Staram się odcinać od tego, co mnie obciąża. Czuję, że to dobry moment pod każdym względem. Teraz czas zadbać o siebie, żeby moje ciało i głos mogły kolejne dekady robić to, co w głowie wciąż kiełkuje.
– Czuję to samo! Znamienne, że z jednej strony wyczuwam w Pani jakiś rodzaj melancholii, a z drugiej buzującą energię, radość.
Mam w sobie dużo chaosu, twórczego fermentu. Kilka lat temu zdiagnozowano u mnie ADHD. Mam głowę pełną pomysłów na kolejne projekty. Zawsze podkreślam, że Aga Zaryan to grupa muzyków, dzięki którym jestem w tym miejscu, w którym jestem, wiele im zawdzięczam. Mam swoje muzyczne plemię, niektórzy jak Michał Tokaj są ze mną od ponad 25 lat, inni pojawiają się po drodze. Gram ze wspaniałymi jazzmanami. Dzięki nim czuję się bezpieczna na scenie i w studiu. To oni pomagają mi ogarnąć to, czego sama nie potrafię. To też menedżerowie. Od ponad czterech lat pracuję z Asią Kalińską. Kobieca energia jest uwalniająca, narzuca inne standardy współpracy i komunikacji. Jeśli dochodzi do napięć, to wyjaśniamy je na bieżąco. Kobiety mają w takich sytuacjach mniejsze ego. Wracając do melancholii i buzującej energii, to tak, mam dwie strony, na scenie częściej pokazuję moją liryczną stronę, na bardziej dynamiczny i szalony album czekają moje przyjaciółki, które od lat powtarzają: „Pokaż swoją dziką, nieokiełznaną stronę, którą znamy od lat”. Nadejdzie i na taką płytę czas. Muzyka mnie uspokaja, wycisza. To przeciwwaga do tego, co dzieje się w życiu prywatnym, gdzie na ogół się spieszę i jestem w biegu. W muzyce mogę też wyrazić sprzeciw, przeciwstawić się temu, co mnie boli. Śpiewając, opowiadam o tym, co dla mnie ważne.
– Część płyt nagrała Pani w Stanach, część w Polsce. Na czym polega różnica?
Nagrywanie płyt to jak rozdział w książce. Kalifornia ma dodatkową aurę pięknej pogody, słońca, odcięcia od codzienności. Próby organizujemy w domach muzyków. W przerwie chodzimy zjeść coś dobrego, rozmawiamy o życiu, muzyce czy polityce. Kilka dni prób, a potem wspólne spędzanie czasu, na przykład wypad nad ocean czy spacer po górach. Kiedy wchodzimy do studia, płyta powstaje w dwa, maksymalnie trzy dni. Nagrywamy na ogół na tak zwaną setkę, czyli muzycy grają, a ja śpiewam w jednym czasie. Zawsze można poprawić kilka nut, ale jazz smakuje najlepiej, gdy jest zapisem chwili. Tak nagrywa się od dekad. Pytała pani o różnice – w Stanach zawsze czuję się rozpieszczana przez muzyków, bo jestem gościem, Darek Oleszkiewicz, genialny kontrabasista, sprawia, że moje pobyty w LA są dla mnie jak długo oczekiwane święto.
– Która płyta jest dla Pani szczególna?
Każda. Z płytami jest trochę jak z dziećmi. Nie wyobrażam sobie faworyzowania któregoś, każde ma w sobie coś wyjątkowego. Lubię wszystkie 12 albumów. Od debiutu z udziałem Tomasza Szukalskiego po „Second Time Around”, którą nagrałam w ubiegłym roku w Los Angeles z muzykami z mojego plemienia, czyli Darkiem Oleszkiewiczem, Larrym Koonse’em i Munyungo Jacksonem. W tej konfiguracji spotkaliśmy się po raz drugi po prawie 20 latach. Mój drugi album „Picking Up the Pieces”, od którego zaczęła się kariera Agi Zaryan, był prezentem, który sobie zrobiłam na 30. urodziny. „Second Time Around” na 50. Powrót do tego samego składu i charakterystycznego brzmienia: kontrabas, gitara, instrumenty perkusyjne, gdzie jest dużo przestrzeni na głos. To była cudowna sentymentalna podróż. I jest jeszcze drugi powrót…

– …miłosny!
Tak, zeszliśmy po blisko 30 latach. Kiedy zakochaliśmy się w sobie, ja miałam 15 lat, Maciek 16. Wpadliśmy na siebie po osobistych turbulencjach, poobijani życiowo, każde z dwójką dzieci z pierwszych małżeństw. Kilka miesięcy temu wzięliśmy ślub. „Przymiarki” trwały blisko sześć lat. Nie na szybko, bo liczyły się dla nas najbardziej dzieci. Czuliśmy podwójną odpowiedzialność za nie, bo miały za sobą trudne emocje rozwodowe. Jeśli teraz my nawalimy, dzieci po raz drugi stracą nadzieję na stałość uczuć. Dane nam jest second time around i powtarzamy często, że jesteśmy miłością życia. Po niełatwych rozstaniach i burzach mamy siebie na dobre i na złe. Wspieramy się pomimo trudności, które niesie życie. Stworzyliśmy patchworkową rodzinę. Wiemy, czego nie chcemy i jak sobie wyobrażamy przyszłość. Nie spijamy sobie zawsze z dzióbków, ale fascynujemy się sobą nadal pomimo upływu lat. Po raz pierwszy mówię więcej o swoim życiu prywatnym, bo naszą historią chcę dać nadzieję tym, którzy decydują się na rozwody. Czasem ze strachu nie dają sobie szansy na spełnioną miłość. Warto uwierzyć, że każda miłość to nowe rozdanie, o ile przepracowaliśmy błędy i zrozumieliśmy, na czym polegały. Nasza relacja jest nie tylko romantyczna, ale też partnerska i to jej siła. Poza tym Maciek jest operatorem, a wcześniej był pianistą klasycznym. Mamy podobną wrażliwość i wspieramy się zawodowo, co jest bardzo ważne w związku.
– Co Pani przyniosło życie w jazzie?
Spotkania ze wspaniałymi ludźmi. Latami budowałam grono słuchaczy, którzy podchodzili po koncertach i mówili: „Przy tej płycie się zakochałam, przy tym utworze był pierwszy taniec z X, przy tamtej rodziłam dziecko…”. Ktoś kiedyś wszedł na moim koncercie na scenę i się oświadczył. Było to oczywiście zaplanowane. Wybranka serca powiedziała „tak”, a ja przyszłej parze młodej zadedykowałam piosenkę. Śpiewałam też na weselu mojej przyjaciółki, śpiewałam na pogrzebie taty mojej przyjaciółki i na ślubie kościelnym, po którym ksiądz powiedział: „Ładnie pani śpiewa, ale nazbyt to świeckie”. Ostatnio grupa kobiet była na moim koncercie w ramach wieczoru panieńskiego. Muzyka towarzyszy ludziom w ich życiu. Na Akademii Muzycznej w Łodzi studiowałam muzykoterapię. Muzyka nie wyleczy nas z ciężkiej choroby, ale przynosi ukojenie w tym szalonym, bezwzględnym świecie, ma ogromną moc. Wzrusza, łączy. Pozwala zatrzymać się na chwilę, wyciszyć się. Daje tak potrzebny oddech. Jest oazą, schronem, w którym spotykają się pokrewne dusze nadające na tych samych falach wrażliwości. Zapraszam was do tego świata. Już jesienią trasa koncertowa w 12 miastach Polski z piosenkami z najnowszej płyty. Zajrzyj do naszego muzycznego świata. Może znajdziesz w nim coś dla siebie?
_________________________________________________
Cały wywiad dostępny w nowym numerze VIVY! Magazyn w punktach sprzedaży od czwartku, 23 lipca.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
