Reklama

Zwycięstwo w Konkursie im. Paganiniego otworzyło Vadimowi Brodskiemu drzwi do światowej kariery, ale wcześniej musiał zmierzyć się z absurdami PRL-u, decyzjami radzieckich urzędników i utraconymi szansami. W rozmowie z Beatą Nowicką wybitny skrzypek wspomina wydarzenia, które zadecydowały o jego życiu zawodowym i prywatnym oraz opowiada o drodze z Warszawy do Rzymu.

Konkurs Paganiniego otworzył przed Vadimem Brodskim świat. Wywiad VIVA!

[...]

– Kiedy wygrał Pan konkurs imienia Paganiniego – który okazał się kolejnym przełomem – od kilku lat mieszkał Pan już w Polsce.

Przez pięć lat mieszkałem w bloku na Ursynowie. W domu nie miałem telefonu. I to był problem. Gdy zdarzały się nagłe zastępstwa, menedżer brał listę artystów i dzwonił. Nie miałeś telefonu, nic nie dostawałeś. W dobie komórek i internetu trudno to sobie wyobrazić. Chciałem nawet skorumpować jednego urzędnika, ale się nie udało (śmiech). Rok przed konkursem Paganiniego przez Pagart, który miał wtedy monopol na kontrakty zagraniczne polskich artystów, dostałem zaproszenie na solowy koncert z Orkiestrą Lamoureux. Przez lata jej koncertmistrzem był Vittorio Monti, autor słynnego „Czardasza”. To była 100. rocznica powstania orkiestry, wielkie wydarzenie transmitowane w radio i telewizji francuskiej. Honorarium pięć tysięcy dolarów. Przeciętna polska pensja wynosiła wtedy 20 dolarów, więc byłem cały happy. Bilety kupione. Wtedy jeszcze nie miałem polskiego obywatelstwa, tylko sowiecki paszport i kartę stałego pobytu. Z tymi dokumentami jeździłem na Zachód. Ale żeby przekroczyć granicę, musiałem mieć pieczątkę z rosyjskiego konsulatu. Przychodzę, za biurkiem siedzi konsul, oficer KGB, do dziś pamiętam nazwisko – Mikitel. Za dwa dni mam lot. Przegląda moje dokumenty i mówi: „Brodski, widzę, że byłeś w Ameryce”. „No tak, towarzyszu”. „I w Republice Federalnej Niemiec byłeś”. „No, byłem, towarzyszu”. „I nawet byłeś w Anglii!”. „Tak się złożyło, towarzyszu, że byłem”. A on na to: „Byłeś i chwatit. Wystarczy”. I nie pozwolił mi wyjechać. Przyczynę poznałem później, ale wolałbym o tym nie opowiadać. Miałem zagrać koncert Czajkowskiego, którego pierwszym wykonawcą był mój wybitny przodek Adolf Brodski. Menedżer francuski, który wyłożył fortunę na kampanię promocyjną, dostał szału. Ludzie z Pagartu tłumaczyli mu sytuację, ale nic do niego nie docierało. Tak się wściekł, że powiedział: „Pamiętajcie, ten wasz Brodski już nigdy we Francji nogi nie postawi”. Minęło 40 lat i nie zagrałem we Francji ani jednego koncertu, nie dostałem od Francuzów zaproszenia. Dlatego, gdy rok później wygrałem konkurs imienia Paganiniego w Genui i otrzymałem we Włoszech mnóstwo propozycji koncertowych, wyjechałem.

Vadim Brodski, VIVA! 15/2026
Vadim Brodski, VIVA! 15/2026 fot. Rafał Masłow

– Po takich doświadczeniach? Nie dziwię się!

Myślałem, że jadę na dwa–trzy miesiące, a zostałem na 40 lat. Kilka razy w roku wracałem tu na koncerty. Polscy koledzy mieszkający za granicą śmiali się ze mnie, bo za koncert dostawałem 12 dolarów. Ale lubiłem grać w Polsce, zawsze wolałem polską publiczność. W tym fachu trzeba utrzymywać ciągłość, tak działa ten biznes. Miałem bardzo znanego kolegę pianistę, był gwiazdą w latach 80. i pierwszej połowie 90. Dziś nikt go nie pamięta. We Włoszech przez rok mieszkałem w Genui, potem w Rzymie. Zakochałem się w tym kraju, bo jest przepiękny i ma najpiękniejszy język na świecie. Pochwalę się. Kiedyś tłumaczyłem symultanicznie Gorbaczowa. Była połowa sierpnia 1991 roku, w wyniku zamachu stanu Gorbaczow został odcięty od świata i internowany w areszcie domowym w swojej rezydencji na Krymie. Pucz załamał się po kilku dniach, co doprowadziło do uwolnienia Gorbaczowa i jego powrotu do Moskwy. Miał wtedy najbardziej dramatyczną konferencję prasową w swoim życiu. W moim domu w Rzymie dzwoni telefon: „Dzień dobry, tu Rai Uno”. Ucieszyłem się, myślałem, że zaproponują mi koncert. A usłyszałem: „Czy nie zna pan przypadkiem jakiegoś tłumacza symultanicznego z rosyjskiego, bo nasi są na wakacjach?”. Wtedy jeszcze słabiutko mówiłem po włosku, ale wydawało mi się, że bardzo dobrze, więc powiedziałem: „Co za problem? Ja wam przetłumaczę”. Nie miałem zielonego pojęcia, że symultanka jest dla mistrzów! Po 20 minutach byłem w studiu. Dali mi słuchawki i dawaj, tłumacz. Prawie zemdlałem, gdy zrozumiałem, o co chodzi, ale już nie było odwrotu. Pamiętam, jak dziennikarz zapytał Gorbaczowa: „I co pan powiedział tym zamachowcom?”. A on na to: „Jesteście chu…i!”. Byłem przerażony i zamiast przetłumaczyć: „Siete dei cazzi” albo „delle carogne finite”, powiedziałem: „Siete ragazzi maleducati”. Śmieje się pani, czyli zna pani włoski?

– Tak. Przetłumaczył Pan, że są… źle wychowanymi chłopcami.

No właśnie! Jak się pani domyśla, reszta tłumaczenia była na podobnym, żenującym poziomie. Po 15 minutach na szczęście podłączyli się do stacji Télé Monte Carlo, która miała profesjonalnego tłumacza. Przez dobę miałem spocone ręce i ból głowy (śmiech). Trzysta pięćdziesiąt dolarów, które dostałem, to były „najsłodsze” pieniądze, jakie kiedykolwiek zarobiłem.

[...]


Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od 6 do 26 sierpnia.

Sandra Kubicka, Viva! 15/2026 okładka
Sandra Kubicka, Viva! 15/2026 okładka fot. Borys Synak
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...