Reklama

Dla kilku pokoleń widzów na zawsze pozostanie Poldkiem z „Podróży za jeden uśmiech”. Jednak historia Henryka Gołębiewskiego to znacznie więcej niż wspomnienie dziecięcej sławy. W rozmowie z Krystyną Pytlakowską aktor i jego ekranowy partner Filip Łobodziński wracają do początków swojej niezwykłej znajomości, opowiadają o sukcesach, stratach, chorobach i życiowych lekcjach. To poruszająca opowieść o przyjaźni, która przetrwała próbę czasu, i o tym, jak mimo przeciwności zachować radość życia oraz wdzięczność za każdy kolejny dzień.

Filip Łobodziński i Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024

Duet… filmowy. Z nostalgią i rozbawieniem wspominają swój udział w takich hitach dla dzieci, jak „Podróż za jeden uśmiech” czy „Abel, twój brat”, na którego planie poznali się 50 lat temu. Jednak nie o wszystkim, co wydarzyło się w ich życiu, chcą pamiętać. Mierzyli się z traumami, nałogami, zakrętami losu. Henryk Gołębiewski i Filip Łobodziński w szczerej i emocjonalnej rozmowie z Krystyną Pytlakowską.

Poznaliście się przy filmie „Abel, twój brat”. Ile to lat temu?

Filip: Ponad 50.

Henryk: To reżyser Janusz Nasfeter nas „odkrył”.

Filip: Wszyscy debiutowaliśmy u Nasfetera.

Henryk: Edek Dymek, Romek Mosior, Bogdan Izdebski. Wygarnął mnie z podwórka na Mokotowie. Wtedy były takie czasy, że albo po szkołach chodzili i szukali aktorów, albo brali ich z łapanki, czyli na podwórku.

Filip: Ale ja zostałem wciśnięty mu na siłę przez Zofię Dybowską-Aleksandrowicz – drugą reżyserkę w „Ablu”, która znała mnie ze Studia Opracowań Filmów, gdzie podkładałem głos. Gdy już był „Abel” kręcony, dowiedziałem się, że to moja daleka ciotka.

Henryk: Czekałem, czy to powiesz. Filip: Nie chciała się przyznać, żeby broń Boże nie wyszło, że do filmu dostałem się przez znajomości. Nie była to bliska rodzina, ale chyba z moją mamą miały wspólnego dziadka. I tak musiałem przejść przez zdjęcia próbne.

Henryk: A ja w sumie tę rolę w „Ablu” wypłakałem. Dostaliśmy tekst, którego mieliśmy nauczyć się w domu, a potem drugi, żeby nauczyć się tu, na miejscu, przez 15 minut. I później była próba płaczu. Na zawołanie zapłakałem, ale w filmie jakoś potem nie mogłem.

Filip: Dzieci nie są zawodowcami. Czasem się uda, czasem nie.

Henryk: Kiedy przeszedłem przez eliminacje, wszyscy się cieszyli, że chociaż jeden z nas się dostał do filmu. Nie było zazdrości.

– Ale Filip doświadczał strasznej zazdrości potem.

Filip: To było już w szkole i sekowała mnie nauczycielka, bo jej córka się do jakiegoś filmu nie dostała. Poza tym uczyła nas geografii, a ja wyłapywałem jej pomyłki. Byłem maniakiem geografii w dzieciństwie.

– Byłeś intelektualistą od dziecka.

Filip: Nie. Po prostu dużo zapamiętywałem, a to nie dowód na mądrość, tylko na dobrą pamięć.

Henryk: Geografia jednak to był twój konik, pamiętam.

Filip: Ale nie miałem próby płaczu. Natomiast siedziałem przy stole, jadłem zupę, a filmowa mama chodziła w tę i z powrotem, wyrzucając mi kłamstwo: „Jak mogłeś pobić tego chłopca? Przysięgnij na pamięć ojca nieżyjącego, że tego nie zrobiłeś”. Udawałem, że jem tę zupę, i odpowiadałem. I to podobno zrobiło wrażenie, bo przestałem zwracać uwagę na tłum ludzi na planie. Czułem się na scenie tak, jakbym był tylko ja i mama. Nie wiem nawet, czy zrobiłem to z rozmysłem. Po prostu tak wyszło. To tak jak z twoim płaczem.

Henryk: Człowiek w teatrze nie widzi publiczności. Robi, co swoje. A że wszystkim się podoba, to dobrze. Ja sam siebie nie lubię oglądać.

Filip: Ja siebie też nie, ale ciebie lubię. Byłeś bardzo autentyczny, naturalny, a u siebie widziałem moją sztuczność.

Henryk: Guzik prawda. To ja byłem sztuczny i mogłem to zagrać dużo lepiej. A ty grałeś bardzo dobrze.

– Obaj byliście dobrzy. Zwłaszcza w Waszym sztandarowym filmie „Podróż za jeden uśmiech”.

Filip: Wszyscy wspominają „Podróż”, a „Abla” nie, bo mało kto go oglądał.

Henryk: Ostatnio na ulicy spotkałem ojca z dzieciakiem, mógł mieć ze 12 lat. Zapytali, czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie. Zgodziłem się. „A co oglądałeś ostatnio?”, spytałem chłopaka. „No »Podróż za jeden uśmiech«”. „A chciałeś to obejrzeć?”. „Nie”. „A później?”. „Później widziałem wszystkie odcinki”.

Filip: To niesamowite. Czarno-biały film, bez efektów specjalnych, a tak się ludziom ciągle podoba.

Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, Podróz za jeden uśmiech, 1972 r.
Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, Podróz za jeden uśmiech, 1972 r. PHOTO: EAST NEWS/POLFILM

– Zaprzyjaźniliście się przy tym filmie?

Henryk: Musieliśmy, bo byliśmy zdani tylko na siebie. Mam zresztą bardzo fajne wspomnienia i sentyment do tego filmu. Bardziej niż do „Tolka Banana”, gdzie też razem zagraliśmy.

Filip: A ja największy sentyment mam do „Abla”, mimo że to trudny film, a Nasfeter potrafił taką wiąchę puścić, że aż w pięty szło.

Henryk: Ja wolę „Podróż”, może też dlatego, że zwiedziło się przy okazji całą Polskę. No i była tam fajna atmosfera.

Filip: Różnie bywało. Chyba drugi reżyser w połowie wyleciał.

Henryk: Ale nas to nie interesowało. To były rozgrywki między nimi. Nas nie mogli wyrzucić.

Filip: Ja jednak to wyczuwałem, między innymi dlatego nie miałem takiej ochoty, by później jeszcze grać. Był jeszcze „Tolek Banan”, a potem już koniec. A, i miałem jeszcze epizod u Barei w „Poszukiwanym, poszukiwanej”.

Henryk: A potem zagrałeś w jakimś krótkim metrażu, o ile pamiętam.

Filip: Ale to dopiero, gdy miałem już 19 czy 20 lat. Miałem zagrać epizod, ale ostatecznie dano mi rolę drugoplanową, bo inny kolega się nie sprawdził. To był film, w którym debiutowała Kasia Figura, jeszcze uczennica liceum. Wiele lat później zapisałem się do agencji Jerzego Gudejki, już jako dojrzały człowiek, i dostałem trzy propozycje w serialach – za każdym razem miałem zagrać dziennikarza telewizyjnego. Uznałem więc, że to nie ma sensu.

Henryk: Nie chciałeś być zaszufladkowany.

Filip: Pomyślałem: Jestem w czym innym dobry. Nie muszę się pokazywać na ekranie. A ty, Heniu, poszedłeś tą aktorską drogą.

Henryk: W sumie też przez przypadek. Potem miałem 20-letnią przerwę.

CZYTJ TAKŻE: Los odebrał mu ukochaną, ale dał jeszcze jedną szansę. Historia Henryka Gołębiewskiego chwyta za serce

Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024
Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024 Fot. Krzysztof Opaliński

– Czym się wtedy zajmowałeś?

Henryk: Pracowałem na kontrakcie w NRD. Roboty było bardzo dużo. W energetyce pracowałem jako pomocnik montera.

Filip: Henio potrafi cały dom zbudować. Łatwiej byłoby wyliczyć, czego nie umie. W grupie remontowo-budowlanej wszystko robił.

– Dobrze, wróćmy do „Podróży za jeden uśmiech”. Jak Ty, Heniu, pamiętasz Filipa z tego okresu? Denerwował Cię? Bo przecież był przemądrzały i irytujący. W filmie oczywiście.

Henryk: Coś tam mogło być na rzeczy, ale przecież gdy dwóch chłopaków cały czas jest ze sobą, to nie ma tak, żeby się trochę nie pokłócili, zwłaszcza w tak młodym wieku. Filip miał 11 lat, a ja o dwa i pół roku więcej. Ale na drugi dzień wszystko między nami było już w porządku.

Filip: Z teorii prawdopodobieństwa wynika, że musieliśmy się poprztykać. Ale ja nie pamiętam żadnych kłótni. To pewnie dzieje się tak jak w małżeństwie. Pokłócą się i za chwilę się godzą.

Henryk: Graliśmy, co nam kazano, a później się trochę rozrabiało. Zwłaszcza starsi napuszczali nas jeden na drugiego. Idź do niego, powiedz mu… Fajnie było.

Filip: A ja pamiętam tylko te podróże i jakąś nieświeżą maślankę na planie. I pamiętam, że grałem w koszuli non-iron (bardzo modnej wtedy) i czułem się jak w plastikowym garniturze. Upał, reflektory i ja, cały oblany potem.

Henryk: Oj, dawały te reflektory.

Filip: Zwłaszcza jak siedzieliśmy w zamkniętej szoferce z Kęstowiczem. To było straszne.

Henryk: Ale tego już nie pamiętam. Nie pamiętam też, czy ci dogryzałem, czy ty dogryzałeś mnie.

Filip: To jak kumple w klasie. Żaden nie uważa tych dogryzań za poważne.

– W każdym razie musiał Cię Filip irytować.

Henryk: I vice versa. On był niby taki święty. Ja święty nie byłem.

Filip: Tylko przy „Tolku Bananie” mogłem mieć żal, ale raczej do scenariusza, bo miałem tam najmniej tekstu do powiedzenia, a strasznie chciałem w „Tolku” pogadać, mieć swoje kwestie. Nie było chyba jednak pomysłu na tę rolę. Natomiast Henio nigdy mnie nie denerwował. Myśmy się przecież już znali z „Abla”. Potem powstał serial „Wakacje z duchami”, a mnie w nim nie było. Pomyślałem: O rany, super, że on jest. To takie naturalne, że nasi idą do przodu.

Henryk: Dlatego twierdzę, że nie było żadnej zawiści wtedy, takiej, jaka jest teraz w tych korporacjach.

Filip: Myśmy się nie ścigali. A teraz jest coraz trudniej.

Henryk: Ludzie tylko wymyślają, jak kogoś wygryźć.

Filip: Bo promuje się postawę, że musisz być lepszy od tamtego. Temu służą też te wszystkie głupawe programy telewizyjne, gdzie po kolei się eliminuje ludzi.

Henryk: I nikt za tobą nie obstanie, nikt cię nie poprze. Gudejce zależy tylko na tym, żeby ktoś od niego grał. To jest fabryka. Ale nie narzekam, bo on bierze ode mnie tylko 10 procent, ale wszystko załatwia.

– Czy po filmie o Tolku Bananie spotykaliście się jeszcze towarzysko? Poszliście może razem na wódkę?

Filip: Nie. Raz się umówiliśmy, gdy robiłem z Heniem wywiad do „Przekroju” po filmie „Edi”, ale siedzieliśmy wtedy przy herbacie. Było bardzo higienicznie. A „Edi” rzucił mnie na kolana. Wszyscy mówili, że twoja rola jest świetna i że zagrałeś za całą obsadę aktorską.

Henryk: I ani grama nie wypiłem. Miałem wtedy przerwę. Często miewałem przerwy i powroty. Ale teraz nie piję już ponad pięć lat.

– Ty, Filipie, miałeś długą przerwę.

Filip: Z graniem czy z alkoholem? Ja doskonale się bez alkoholu obywam. Lubię, ale nie muszę.

Henryk: Bo alkohol jest tylko dla mądrych, którzy nie popadną w uzależnienie. A ja byłem głupi. Koniec kropka.

– Teraz jesteś mądry?

Henryk: O wiele mądrzejszy. I rozmawiam, jak trzeba. Przedtem bałem się w ogóle słowa wydusić.

Filip: Pamiętam, że gdy Jędryka kręcił film „Tolek Banan i inni”, taki dokument o nas, byłeś bardzo zablokowany. Zresztą Jędryka zaaranżował tam rozmowę między nami. Napisał cały dialog, a to nie było dobre. Brzmiało sztucznie. Dokumentu nie da się napisać. W pewnym momencie sam zacząłem zadawać Heniowi pytania.

Henryk: Wtedy coś z tego wyszło.

Filip: To nie tak, że spotykaliśmy się tylko przy takiej okazji. Przecież pojechaliśmy razem nawet na pokaz „Ediego” do Rzeszowa.

Henryk: I w Cieszynie byliśmy.

Filip: Na festiwalu Era Nowe Horyzonty, gdzie Kazimierz Kutz prowadził spotkanie z Jędryką i było czworo aktorów, którzy jako dzieci u Jędryki wystąpili. Ja byłem tam z moją starszą córką Julką.

Henryk: A ja z Marzeną, moją żoną.

Filip: Trochę się bałem tego spotkania, bo nie wiedziałem, co przez te lata się zdarzyło i czy w ogóle będziemy mieć jakieś porozumienie, bo nasze drogi się totalnie rozeszły.

Henryk: Ale ta bliskość przetrwała. Poldek i Duduś byli razem i razem zostali.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Miał przed sobą wielką karierę, jednak zrezygnował. Filip Łobodziński opowiedział o stracie córki i walce z chorobą

Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024
Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024 Fot. Krzysztof Opaliński

– I naprawdę nie byliście o siebie zazdrośni, który jest lepszy aktorsko?

Filip: Absolutnie nie. Mnie cieszyły i cieszą sukcesy Heńka.

– Macie wspólną cechę. Jesteście dobrymi ludźmi.

Filip: To ty powiedziałaś.

Henryk: Dużo wiem o tobie. Docierały do mnie różne informacje, mimo że nie mieliśmy kontaktu. Wiem, że przeżyłeś tragedię.

Filip: Straciłem córkę. Ale nie chcę już o tym opowiadać, cały czas mnie to wiele kosztuje.

Henryk: Mnie też los nie oszczędził. Chorowałem na raka. Na szczęście mam to już za sobą. A o tobie wiem, że napisałeś teraz książkę o swoim życiu.

– I przeczytasz ją?

Henryk: Kiedy tylko będzie dostępna w księgarniach.

Filip: O tobie też powstała książka. Czytałem ją. Zresztą obaj straciliśmy bardzo bliskie nam osoby i przeszliśmy przez różne choroby.

Henryk: Rakowe. Mój pojawił się tutaj, koło oka. Połowy brwi nie mam. Ale nie brałem chemii, tylko naświetlania. Powiedziałem sobie: Heniek, jak inni z tego wychodzą, to i ty wyjdziesz.

Filip: Mój nowotwór zoperowali, wycięli, wysprzątali i na tym koniec. Teraz co miesiąc się badam. I liczę na to, że może nie wróci. Pozytywne myślenie to połowa zwycięstwa. I jeszcze wsparcie bliskich jest bardzo istotne. Ale największą pracę musimy wykonać sami.

– Ale obaj żyjecie.

Filip: I mamy taki zamiar. Chociaż dwa tygodnie temu na YouTubie puszczono filmik, gdzie napisano, że Filip Łobodziński odszedł w wieku 65 lat.

Henryk: A u mnie podano nawet datę pogrzebu i miejsce grobu na cmentarzu wojskowym. Żona odbierała kondolencje, kiedy ludzie dzwonili. Mówiła: „Nic nie wiem, żeby umarł. Heniek jest na planie, bo grałem wtedy w »Lombardzie«”.

Filip: To dobra wróżba, bo podobno jak się człowieka uśmierci za życia, to przed nim jeszcze dużo czasu.

– Na ile trudne przejścia zmieniły Wasze życie?

Filip: Odchodzenie mojej córki dziewięć lat temu zmieniło mnie bardzo i już się z tego nie wydobędę. Z tego mroku się nie wychodzi, tylko po prostu widzi się w nim światło. Natomiast co do mojej własnej choroby, to uważam, że każdy dzień mam podarowany. I super, że mogę go jakoś fajnie wykorzystać.

Henryk: A mnie nie obchodzi wczorajszy dzień i przedwczorajszy. Ważny jest dzisiejszy. A co będzie jutro, też mnie nie obchodzi. Wiadomo, że ma się coś tam zaplanowane. Budzę się, mówię: „Żyję” i się za to życie zabieram.

Filip: A ja mam taki przymus. Wiem, że coś mam załatwić, z czymś się uporać. I ciągle pracować. Nawet na emeryturze będę pracował, bo ja to lubię. Nie lubię tylko pracy mi narzuconej.

Henryk: I to nas łączy, bo ja też lubię swoją pracę. Być między ludźmi, grać w teatrze, grać w filmie. Lubię, kiedy coś się zmienia. Gdy jako ślusarz narzędziowy pracowałem w jednym miejscu, trafiał mnie szlag. Od razu przeniosłem się do grupy remontowo-budowlanej, żeby być w ruchu. I od razu lepiej się poczułem. A teraz nawet dostałem etat w teatrze. Nie myślałem, że jeszcze mnie to czeka. To nowy teatr, ma dopiero kilka miesięcy. Pracuję w nim z bardzo ciekawymi, wybitnymi ludźmi.

Filip: Ja nie wykonuję pracy moich marzeń, bo chciałem być dziennikarzem, ale okazało się, że teraz potrzeba innego dziennikarstwa. Trafiłem do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na dwa lata, a jestem już dziewiąty rok w NIK-u. Nie przypuszczałem, że będę pracował w takim miejscu, ale bardzo szanuję tę instytucję, bo jest potrzebna. Poza tym dużo się w niej dowiedziałem o Polsce.

– Świat każdego z Was był inny. Filip był jedynakiem, Henio miał ośmioro rodzeństwa. W innych warunkach dorastaliście.

Henryk: W dodatku ja byłem najmłodszy.

Filip: Dlatego byłeś pupilkiem całej rodziny.

Henryk: Miałem dobrze, bo ten najmłodszy zawsze wszystko wie najlepiej. No i inni cię bronią. Starszy jesteś i małolata bijesz?

Filip: Rozmawiałem z różnymi jedynakami i zauważyłem, że wszyscy wychowani bez rodzeństwa mają naturalną potrzebę dzielenia się. Wszystkim. Miałem kiedyś kolegę, który wszystko zagarniał, żeby brat i siostra mu nie podebrali. Mówi się, że jedynak jest samolubem, ale na to nie ma reguły.

Henryk: Może nie tyle chodzi o dzielenie, ile o wkupienie się w łaski innych ludzi.

Filip: Na Heniu i na mnie historia naszych żyć się odcisnęła. Ale czy to miało na nas duży wpływ? Fakt, że dalej możemy ze sobą rozmawiać, pośmiać się, puścić te minione lata w niepamięć, bardzo mnie wzrusza. Oczywiście jesteśmy dzisiaj dorosłymi, dojrzałymi ludźmi i bawią nas inne sprawy niż te z okresu dojrzewania.

– A co Was wówczas bawiło?

Filip: Wszystko, co uważałem za śmieszne. Często były to nawet jakieś łamańce językowe.

– Bardzo dużo czytałeś.

Filip: Tak, i to mi nie przeszło. Ale już coraz mniej mnie bawi. Jestem raczej smutnym człowiekiem.

– A Ciebie, Heniu, co bawiło?

Henryk: Wszystko mnie ciekawiło i wszędzie było mnie pełno. W sumie byłem zadowolony z życia.

Filip: Tak właśnie cię zapamiętałem. Nie ujawniałeś żadnego złego humoru. Starałeś się szukać w każdej trudnej sytuacji czegoś dobrego. A ja się przejmowałem i chyba odczuwałem wstyd, gdy mnie obrażano.

Henryk: A ja mówiłem: „Jakoś to będzie. Nie poddawaj się”. Myśmy inaczej myśleli. Albo jesteś kumplem, albo nie. Dwóch chłopaków cały czas w jednym pokoju. Musieliśmy się akceptować. Byliśmy dwoma biegunami.

Filip Łobodziński, VIVA! 10/2024
Filip Łobodziński, VIVA! 10/2024 Fot. Krzysztof Opaliński

– Janusz Nasfeter dokładnie to wiedział.

Filip: Tak o nas mówił. Mnie na początku nie lubił. Ciebie bardziej akceptował. Byliśmy takimi biegunami, które się nie odpychają. Gdyby coś mi się działo, Heniek by stanął w mojej obronie.

Henryk: A ty w mojej. Musieliśmy mieć sztamę przeciwko dorosłym, boby nam na głowę weszli.

Filip: Pamiętasz, jak uciekliśmy w Kartuzach wieczorem, schodząc po drzewie?

Henryk: I przebiegliśmy przez strumyk. Uciekaliśmy w jedną stronę, w drugą i z powrotem. Coś nas przeraziło, nie pamiętam, co.

Filip: Mieszkaliśmy u Kaszubów, państwa Chistowskich. Ich syn został księdzem. Lubił nas. I to nam wystarczyło. Ale długo ciągnęła się za mną ta ksywa Duduś, co brzmiało pogardliwie. Nie wiem, czybym był kimś innym, gdybym nie zagrał w tym filmie. Piszę o tym nawet w mojej książce. Mógłbym zostać chorym psychicznie rysownikiem. Albo bandziorem. Różnie mogło się potoczyć. Ja tylko żałuję, że lepiej nie zagrałem.

Henryk: Dobrze zagrałeś. To ja źle zagrałem.

– Przestańcie się licytować. Obaj byliście świetni. Czego byście chcieli jeszcze od życia?

Henryk: To życie nam pokaże. Moje marzenia są spełnione.

Filip: Na pewno nie napiszę następnej książki, bo nie umiem wymyślać bajek. I nie chcę być szczęśliwszy niż inni, niż Henio na przykład. Bo jakbym był szczęśliwszy, to miałbym problem. Od razu chciałbym mu dodać szczęścia.

Henryk: Nie musisz. Mam córkę, mam żonę, w teatrze gram, w filmie gram, na ulicy mnie ludzie zaczepiają i mówią, że jestem w porządku. A w życiu jest zawsze dużo do roboty. Nuda mi nie grozi.

Filip: Mam do siebie jedynie żal, że nie stanąłem bardziej zdecydowanie za mamą – jej związek z ojcem okazał się dla niej bardzo niesprawiedliwy. Może byłem za słaby. Może zbyt zajęty czymś innym?

Henryk: Liznąłeś wielu zawodów. Tłumaczyłeś książki z hiszpańskiego. Grałeś na gitarze i śpiewałeś. No i pracujesz w godzinach biurowych. A dla mnie najważniejsze było aktorstwo i wolność.

– No i wchodziliście w nowe związki z kobietami…

Filip: Z Mają, którą znam jeszcze z liceum, to naprawdę udany związek. Mamy wspólne pasje. Bezdomne koty, psy.
Henryk: A my mamy Różę, która kończy 16 lat. Trudny wiek. Myślę, że zamierza pójść moją drogą. Już zagrała…

Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024
Filip Łobodziński, Henryk Gołębiewski, VIVA! 10/2024 Krzysztof Opaliński
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...