Reklama

Gdy spotkały się w warszawskiej kawiarni przy placu Konstytucji, Joanna Kulig miała 32 lata i była świeżo po sukcesach, które otworzyły jej drzwi do międzynarodowej kariery. Mimo pracy u boku Juliette Binoche czy Ethana Hawke’a pozostała „Joaśką” z Muszynki – dziewczyną zakochaną w muzyce, ciekawą ludzi i świata. W szczerej rozmowie z Katarzyną Sielicką opowiedziała o przypadkowym wyborze aktorstwa, chwilach zwątpienia, zawodowych przełomach i o tym, dlaczego rodzinne strony do dziś pomagają jej zachować właściwe proporcje. Z okazji 44. urodzin przypominamy ten niezwykły wywiad.

Od Muszynki do międzynarodowej kariery. Taką Joannę Kulig poznaliśmy w 2014 roku

Umówić się z nią na wywiad? Prawie niemożliwe. Jest tak zajęta, że termin przekładamy trzy razy. W końcu spotykamy się w kawiarni przy placu Konstytucji. Chwilę po ósmej rano w słoneczny wrześniowy piątek Joanna Kulig przypomina uczennicę, która zamiast do szkoły poszła na wagary. W dżinsowej koszuli, z włosami związanymi w kucyk, rzęsami lekko tylko pociągniętymi tuszem i ze zniewalającym uśmiechem wygląda najwyżej na 15 lat. Ma 32 i imponujący dorobek filmowy i teatralny. Po głośnej roli w „Sponsoringu” Małgośki Szumowskiej, gdzie zagrała u boku Juliette Binoche, zyskała status gwiazdy europejskiego formatu. I nie straciła nic z naturalności zwykłej dziewczyny z Muszynki.

Od wejścia przeprasza za spóźnienie. Codziennie wstaje przed szóstą rano, więc myślała, że nie będzie problemu, ale pod domem ktoś zastawił samochód, którym mąż przywiózł ją na wywiad. Zamawia kawę i kawałek gorzkiej czekolady. Skubie go palcami z pomalowanymi na pomarańczowo paznokciami. „Ten wakacyjny okres jest trudny, bo ruszają wszystkie produkcje”, tłumaczy, jakby chciała się usprawiedliwić. „Teraz jest najlepsze światło i wszyscy aktorzy są dostępni, bo teatry nie pracują. Jak zaczęłam pracę w czerwcu w serialu »Zbrodnia«, potem w »O mnie się nie martw« i w filmie »Discopolo«, to skończę w połowie października”.

Dzień w dzień ma zdjęcia. Kręciła dwa filmy we Francji, a tam aktorzy pracują po osiem godzin dziennie i mają wolne weekendy. Jak w biurze! I jeszcze przerwa na obiad. Miała mnóstwo czasu po zdjęciach, cały wieczór wolny. „Prowadziłam normalne życie”, mówi ze śmiechem. Krystyna Janda powiedziała o niej, że jest jednocześnie seksowna i niewinna. Rzeczywiście, kiedy opowiada o sesji dla Vivy!, ma w sobie ciekawość i zachwyt dziecka. I urodę seksbomby.

„Byłam taka szczęśliwa podczas tej sesji! Pierwszy raz widziałam scenę Teatru Wielkiego od tyłu! Pan techniczny mi opowiadał, że to największa scena na świecie, ileś pięter do góry. Podczas zdjęć cały czas śpiewałam. Tam jest świetna akustyka, wszystko jest tak skonstruowane, że nawet ludzie, którzy mają kłopoty ze słuchem, wszystko usłyszą doskonale. I pomyślałam: Zobacz, Aśka, gdyby nie taka sesja, może byś tam nigdy nie weszła. Zawsze się cieszę, że mój zawód daje mi taką możliwość. Że spływają na mnie takie nieoczekiwane emocje”, mówi z pasją.

Aktorstwo

Emocje to być może słowo klucz do Joanny Kulig. Kiedy się pojawia, powietrze wokół zaczyna drżeć. Urodzona aktorka tak naprawdę aktorką została przez przypadek. „To aktorstwo nie było wcale oczywiste”, wspomina czasy egzaminów. „Kształciłam się muzycznie, chciałam się dostać na wydział jazzu w Katowicach, śpiewać”. Nie dostała się. W krakowskiej PWST otworzyli wtedy specjalizację wokalno-estradową przy wydziale aktorskim i spróbowała tam. Wzięła dokumenty, wypełniła, ale nawet sama ich nie zaniosła, tylko poprosiła wychowawczynię z internatu, bo blisko mieszkała. I tydzień przed rozpoczęciem tych egzaminów pomyślała: Nieee. Nigdzie nie będę szła. Przecież nie umiem ani jednego tekstu. Dzwonię i wycofuję papiery. „Chciałam odzyskać wpisowe, ale powiedzieli mi, że to, co wpłaciłam na egzaminy, już przepadło. Więc poszłam. Nie dostałam się za pierwszym razem, ale zdałam egzamin. Kurczę! Na 30 miejsc było wtedy chyba 700 osób. To było coś. Dostałam się za drugim razem i jeśli chodzi o śpiewanie, to wszystko było super. Ale te zajęcia aktorskie! W ogóle tego nie czułam. Po pierwszym roku bałam się, że mnie wyrzucą”.

Nie wyrzucili jej. Kiedy Mikołaj Grabowski realizował „Operetkę” Gombrowicza, wybrał właśnie grupę Joanny. Dostała partytury, piosenki jej się podobały, ale granie jej nie szło zupełnie. „W końcu podeszłam do Grabowskiego i pytam: »Panie Mikołaju, czy grać trzeba tak samo dobrze, jak się śpiewa?«. Zdziwił się i powiedział, że tak. Absolutnie”. Ostro wzięła się wtedy do pracy. To był przełom. Po premierze dostała angaż do Starego Teatru. Z całej grupy ona jedna. Była na drugim roku i grała u Mai Kleczewskiej, na scenie razem ze swoimi pedagogami. Nie mogła w to uwierzyć. Czy było ciężko? I tak, i nie. Wiedziała, że gra z najlepszymi, a jak mówiła jej nauczycielka od kształcenia słuchu – lepiej być najgorszym w najlepszej grupie niż najlepszym w złej. Bo trzeba zawsze ciągnąć w górę. Starać się. „Poza tym w Starym Teatrze jest bardzo fajnie!”, śmieje się. „Jest tam pani Zosia, która prowadzi bufet, dba o aktorów. Panuje prawdziwie domowa atmosfera”.

Zobacz też: Rodzina jest dla niej priorytetem, teraz ujawniła zaskakującą tajemnicę. Uwielbiana aktorka dzieli życie na dwa domy

Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014
Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014 Zuzanna Krajewska

Szansa

Muszynka to naprawdę mała miejscowość. Liczy niespełna 400 mieszkańców. W małej szkole są zaledwie trzy klasy. Joanna mówi, że nauka tam dała jej komfort i spokój. Poczucie bezpieczeństwa. W Muszynce nikt nie zamyka drzwi do domu. Jeśli masz ochotę wstąpić do sąsiada, po prostu wpadasz. Nie trzeba dzwonić wcześniej, żeby się umówić. W Muszynce Joanna mieszka z rodzicami i czwórką rodzeństwa. Wszyscy kochają muzykę. Mama opowiada Joannie, jak dziadek wystrugał sobie skrzypce, żeby mieć na czym grać. Grali na imprezach, w kościele, Joanna z siostrą Justyną śpiewały w chórze. Śpiewanie było naturalne jak oddychanie górskim powietrzem. Dlatego Joanna występuje na wszystkich akademiach, nauczycielki ją uwielbiają. Na jednej z nich wykonuje utwór „Moja i twoja nadzieja” zespołu Hey. Przedstawiciele firmy sponsorującej boisko szkolne, którzy ją słyszą, gotowi są pokryć wszystkie koszty wyjazdu, żeby tylko wzięła udział w „Szansie na sukces”. Do Warszawy jedzie z mamą. Śpiewa „Cichosza” Turnaua. Elżbieta Skrętkowska jest urzeczona: „Zrobiło się jak w Piwnicy pod Baranami!”. Po kilku tygodniach przychodzi telegram. Joanna jest w programie!

„Byłam przeszczęśliwa. Biegałam po domu i śpiewałam. Marzyłam, że wygrywam, że jestem sławna. Wyobrażałam sobie, że jadę kabrioletem, mam chustę na głowie. Jako nastoletnia dziewczynka uwielbiałam film »Bodyguard« z Whitney Houston. I, tak jak w filmie, wyobrażałam sobie, że śpiewam, że biją mi brawa. Uwielbiałam tak marzyć i te marzenia się spełniły! Dla mnie to było niesamowite, że mogę całą tę telewizję zobaczyć z bliska. A pierwszym szokiem było to, że ci ludzie są tacy mali! Teraz mi samej zdarza się, że ludzie spotykają mnie i mówią: »Myślałem, że jesteś wysoka, a ty jesteś taka niska!«. Tak samo Justyna Steczkowska. Jak śpiewa, to jakby miała z metr osiemdziesiąt. A to taka kruszynka!”.

Joanna jeszcze w siódmej klasie zaczyna naukę w szkole muzycznej, potem idzie do technikum hotelarskiego. Zajęcia w obu szkołach trwają nawet do 22, ale ona nie czuje zmęczenia. Muzyka daje jej siłę. I relaks. W wolnym czasie razem z rodzeństwem śpiewa na deptaku w Krynicy. W wakacje występują w restauracji Węgierska Korona z jazzowymi muzykami z Ukrainy. „Śpiewaliśmy od 21 do 22 i pamiętam, że kuracjusze się schodzili z całej okolicy. Zawsze było pełno ludzi. Na dansingach śpiewałam »Kawiarenki«. W ten sposób dorabiałam w szkole średniej”. Zarobione pieniądze wydawała na naukę śpiewu i kursy językowe, na materiały papiernicze, bo zawsze coś notowała. Mówi, że tak jest do tej pory. „Ja uwielbiam się uczyć! Po prostu sprawia mi to przyjemność”.

Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014
Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014 Zuzanna Krajewska

Przeciążenie

Dobrze ułożona prymuska? Niekoniecznie. „Nie jestem pracoholiczką!”, zapewnia gorliwie, a czekolada topi jej się między szczupłymi palcami. „Po prostu zwykle o to mnie pytają. A ja mam mnóstwo przyjaciół i bardzo sobie cenię to moje towarzyskie życie, ale jakoś się nie rozwodzę na te tematy. Wolę mówić raczej o pracy, więc to może tak wyglądać”. A jednak był czas, kiedy pracy zrobiło się za dużo.

Joanna mówi o tym „przeciążenie”. I dodaje, że dziś już wie, że czasem jest „up”, a czasem „down”. Już umie sobie z tym radzić. Ale kiedy szła do gabinetu dyrektora Starego Teatru z wypowiedzeniem w ręku, była przekonana, że to jedyne rozwiązanie. Nagle wszystkiego było za dużo. Grała 18 spektakli w miesiącu. Zagrała pierwszą rolę filmową w „Środa czwartek rano” Grzegorza Packa, za którą dostała nagrodę na festiwalu w Gdyni. Biegała na castingi i wciąż nie była przekonana, czy aktorstwo to właśnie to, co chce robić w życiu. Wszystkie nagrody spakowała do kartonu i schowała. Nie mogła na nie patrzeć. Ale żeby rzucać pracę w Starym? Niebywałe. „Zdziwienie było duże, bo nie było tak, że ja tam nie gram i rezygnuję, tylko właśnie dużo gram i rezygnuję. Ale jak to Kulig. Zawsze musi coś wymyślić”.

Z teatru wyszła szczęśliwa, że podjęła tę decyzję. Szła przez plac Szczepański i myślała: Jezu, zrobiłam to! „Nagle miałam dużo czasu. Zaczęłam oglądać rzeczy, w których zagrałam, między innymi spektakl Teatru Telewizji »Doktor Halina«, i dotarło do mnie, że dobrze gram. Pomyślałam, że może nie warto rezygnować”. I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, posypały się propozycje.

Zobacz także: Zaczynała w biedzie, miała czwórkę rodzeństwa i wielkie marzenia. Teraz Hollywood kłania się jej w pas

Gwiazdy

Tak, to było jednego dnia. Rano zadzwoniła Krystyna Janda z propozycją zagrania w „Wassie Żeleznowej”, po południu poinformowano ją, że wygrała casting do filmu niemieckiego i dostała od reżysera Pawła Pawlikowskiego maila, czy nie zechciałaby zagrać w filmie z Kristin Scott Thomas i Ethanem Hawke’em. Wkrótce potem miała wystąpić z Juliette Bi-
noche w „Sponsoringu” Małgośki Szumowskiej. Przestraszyła się. Nie, nie gwiazd. Tego, czy poradzi sobie z językiem. „Po filmie »Kobieta z Piątej Dzielnicy« Ethan powiedział w wywiadzie, że chciałby jeszcze ze mną zrobić jakiś film. Ja zgrałabym śpiewaczkę jazzową w klubie, a on byłby amerykańskim żołnierzem. Ale Paweł Pawlikowski stwierdził, że to nieciekawy scenariusz. Banalny. Hawke to luzak totalny. Czapka z daszkiem, trampki. Ja też się w końcu wyluzowałam, bo on kaleczył francuski tak samo jak ja”.

Przy „Sponsoringu” było gorzej. Na castingu grała po francusku i producenci powiedzieli, że nie rozumieją nic z tego, co mówi, ale bardzo im się podoba, jak gra, więc ma się uczyć. Uczyła się, chodząc z lektorką po Paryżu. Do dziś słowa kojarzą jej się z miejscami. Najgorsze, że trzeba było improwizować. „Improwizuj w języku, którego nie znasz! A samej Ju-
liette Binoche bałam się bardzo. Właściwie nie wiem, dlaczego. Okazało się, że jest miła, ciepła. Wspaniale się z nią pracowało. Potem w wywiadach mówiła o mnie wiele dobrych rzeczy. To było wzruszające. I zawsze mi powtarzała: »Aśka, ucz się języków!«”.

Polubiły się. Razem pojechały na Tribeca Film Festival, na Berlinale. Wszędzie, gdzie Juliette się pojawiała, zjawiało się też mnóstwo paparazzi, tłum dziennikarzy. „Ona ma w sobie niesamowity spokój, jest bardzo profesjonalna. Udziela wywiadu 40 dziennikarzom naraz i nie ma z tym problemu”, mówi Joanna z podziwem. Tylko czy to Binoche jest tu gwiazdą? Na pewno niejedyną. „Sponsoring” odniósł sukces na całym świecie, a Joanna za swoją rolę została nagrodzona na festiwalu w Gdyni, a także Orłem – Nagrodą Polskiej Akademii Filmowej. A jak film odebrała Muszynka? Joanna mówi, że bardzo dobrze. I dziwi ją to pytanie. Przecież wszyscy tam wiedzą, że jest aktorką. Wiedzą też, że takie rzeczy jak w filmie zdarzają się naprawdę. Od wieków. Gdzie tu sensacja? Ludzie pojechali do najbliższego kina w Krynicy, obejrzeli i byli dumni z Joanny. I z tego, że ona jest dumna z nich, z miejsca, z którego pochodzi.

„Mam taką intuicję, że gdyby ktoś źle mnie odbierał, wyczułabym. A czuję, że ludzie odbierają mnie pozytywnie. Zresztą już w szkole teatralnej powtarzali nam, że zawód aktora to jest sacrum i profanum. Że się gra i zakonnicę, i prostytutkę”.
Jeden z recenzentów po obejrzeniu „Kobiety z Piątej Dzielnicy” nazwał ją „pastelowym aniołem”. Czy jest skazana na role pięknych kobiet? Niekoniecznie. Do roli wiedźmy w amerykańskiej produkcji fantasy „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” dała się oszpecić. „Bardzo lubię zmieniać się do roli, także zewnętrznie”.

Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014
Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014 Zuzanna Krajewska

Joaśka

Nie lubi popularności. Chce, by jej prywatność pozostała prywatna. Nie mówi o mężu, Macieju Bochniaku, choć właśnie gra w filmie w jego reżyserii. Na planie „Discopolo” jest po prostu aktorką, nie żoną. Podchodzi do tego profesjonalnie. Popularność? Na razie nie rozpoznają jej na ulicy. No, może czasem. Tak jak ostatnio, gdy pani w aptece powitała ją okrzykiem: „Witam moją ulubioną matkę dwójki dzieci!”. Bo taką rolę gra w serialu „O mnie się nie martw”. I w autobusie, kiedy mówi za głośno, ludzie poznają jej głos. Nie czyta internetowych komentarzy na swój temat. O swoich filmach lubi rozmawiać z ludźmi twarzą w twarz. „Kiedyś na spotkaniu z widzami pewna pani mówi do mnie: »No, tu mi się trochę montaż nie podobał. Ale ja się w ogóle na tym nie znam!«. Mówię, że operator też narzeka na ten montaż. A pani na to rozpromieniona: »To ja się jednak trochę znam!«. Bardzo lubię takich ludzi słuchać, bo przecież to jest widz. Jak się jeździ ze spektaklami po Polsce, to często odbiór jest lepszy niż w Warszawie”.

Kiedyś powiedziała, że jak poczuje, że uderza jej sodówka, to od razu pojedzie do Muszynki. A tam kogo obchodzi Juliette Binoche? Ważniejsze są codzienne sprawy!
„Może rzeczywiście nie wszyscy tam wiedzą, kto to jest. Ale tam jest zupełnie inny rytm życia. Żyje się zgodnie z porami roku. Wiosną się sieje, latem są żniwa, są święta, w niedzielę idzie się do kościoła. Ludzie żyją skromnie, nie zarabia się po 10 tysięcy. Mają swoje problemy, raczej codzienne niż wydumane. Nie analizują, bo życie trzeba po prostu żyć. Jak tam wracam, to idę do pani Ciastoniowej, ona spyta, co tam, jak tam, ale za chwilę ma już swoje sprawy. I tak wszystko o mnie wie, bo mama opowiada. Dla nich jestem nadal tą samą Joaśką”.

Zobacz też: Joanna Kulig wyszła z biedy, dziś podbija Hollywood. Nie uwierzysz, co powiedziała o swojej przeszłości

Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014
Joanna Kulig, VIVA! wrzesień 2014 Zuzanna Krajewska
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...