WSPOMNIENIE

„Nie pamiętam, żebym tak intensywnie żyła każdą chwilą w ciągu dnia”. Kora o walce z chorobą

Artystka od wielu lat toczyła nierówną walkę z rakiem

Beata Nowicka 28 lipca 2018 08:53
Kora, Olga Jackowska, Viva! styczeń 2015
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Kora nie żyje. Artystka, piosenkarka, poetka, malarka, legenda polskiej muzyki rockowej, gwiazda zespołu Manaamzmarła w wieku 67 lat. Olga Jackowska od wielu lat toczyła nierówną walkę z chorobą. Z ogromnym żalem i rozpaczą informujemy, że dziś o 5.30 na swoim ukochanym Roztoczu w otoczeniu najbliższych osób, ukochanych zwierząt i wspaniałej przyrody zmarła Kora", poinformowano w oświadczeniu na oficjalnym profilu Kory na Facebooku.

Choroba Kory

Rak u Kory rozwijał się bardzo długo. Paradoksalnie jej niesłychana aktywność twórcza, jej mobilność, entuzjazm dla życia, joga, którą od dawna uprawiała sprawiły, że rak przez lata „zjadał” ją podstępnie, po cichu. W końcu, w brutalny sposób dał o sobie znać: „Pół życia zjadałam tony proszków przeciwbólowych – opowiadała Kora - Mój lekarz, którego znam od lat, nie przeoczył tego, on to zlekceważył. Nie zlecił przede wszystkim badań, które zleciła inna lekarka. Dzięki niej zrobiłam testy BRC1 i BRC2, a potem lekarz mi powiedział: to choroba śmiertelna i nieuleczalna. Dlatego nieprawdopodobnie słabłam przez te wszystkie lata. Ból mnie zginał do ziemi. Po tygodniu byłam na stole operacyjnym”.

Diagnoza: „rak jajnika z przerzutami” była dla Kory i jej najbliższych szokiem. Dopiero po wielu miesiącach przerwie milczenie i wyzna, że przed operacją i po operacji czuła się strasznie źle. Była potwornie słaba, zmęczona. I zrozpaczona. Znalazła się w tak kiepskim stanie psychicznym, że... nie chciało jej się żyć. W przejmującym wywiadzie dla Vivy! powiedziała: „To jest ciężkie leczenie. Może gdybym wiedziała na początku tej drogi co mnie czeka, nie chciałabym tego przejść? Tego nie wiem. Gdyby człowiek wiedział, co mu życie przyniesie być może w ogóle nie chciałby żyć. Być może „uratowała” mnie totalna nieświadomość, fakt, że wiadomość o chorobie spadła na mnie nagle, że natychmiast byłam operowana. To wszystko działo się w sekundach, a ja byłam jak ogłuszona. I trwało to bardzo długo. Swoje przeszłam. Byłam tu i tam. Częściej tam niż tu. Rzucałam się jak ryba w sieci”.

Po pierwotnym szoku zmobilizowali się do walki. Oboje są ludźmi czynu. Na początku Kora swoją chorobę utrzymywała w tajemnicy, dlatego, że - jak tłumaczyła później- jako rodzina byli w bardzo złym stanie emocjonalnym. Potrzebowali czasu, żeby się otrząsnąć, okrzepnąć, zrobić jakiś sensowny plan działania. A przede wszystkim potrzebowali spokoju. Intymności. Poczucia bezpieczeństwa. Ale lawina plotek ruszyła błyskawicznie: ktoś zobaczył Korę w szpitalu, ktoś z personelu medycznego nie wytrzymał i szepnął słówko prasie, to wystarczyło, żeby zdjęcie Kory ukazało się na okładkach tabloidów. „Jak nagle czytasz w jakimś ohydnym piśmie: „Kora ma raka jajnika!”, to to jest takie obrzydliwe, jakby ktoś się na mnie zrzygał”- tak Kora komentowała ludzką bezwzględność, chamstwo, brak empatii.

Kamil Sipowicz o chorobie żony

Po kilku miesiącach Kamil Sipowicz, mąż artystki, zdradził, że jego żona fatalnie zniosła leczenie: „Po chemioterapii Kora tak wymiotowała, że o mało nie umarła z odwodnienia. Czekałem do ostatniej chwili, aż wreszcie wezwałem pogotowie, ale mogło być za późno”. Miał żal, że lekarze nie poinformowali go jak należy opiekować się osobą w czasie leczenia. Normalny człowiek nie wie, że od wymiotów można umrzeć, że może to doprowadzić do zatrzymania akcji serca. Pacjent boi się zadzwonić do lekarza, bo ma wrażenie, że zawraca mu głowę. Przez cały okres leczenia czuli się pozostawieni sami sobie. Najgorszy był brak informacji typu: co robić w trakcie chemioterapii, co może się stać, kiedy pacjent jest już w domu.

W szczerej rozmowie z Vivą! mąż Kory wyznał: „Byłem tak blisko tego, co się działo, że nie miałem czasu na zastanawianie się nad tym, co jest najgorsze, co czuję, na użalanie się nad sobą. Musiałem działać, pokonywać różnego rodzaju absurdy i opór naszego systemu opieki zdrowotnej. To totalnie wyczerpywało moją energię”. Był zajęty od rana do nocy. Bo w nocy też podejmowało się różne dramatyczne decyzje. Był taki okres, że Kamil cały czas, non stop siedział na telefonie i dzwonił po lekarzach, szpitalach... „Gdyby operacja nota bene mistrzowsko przeprowadzona przez doktora Pukaluka w Zamościu spóźniła się dziesięć minut, Kora mogłaby nie żyć” - mówił ze ściśniętym gardłem Vivie! „Wtedy człowiek nad niczym innym niż to, co dzieje się tu i teraz się nie zastanawia. I całe szczęście, że nie musi o tym myśleć. Tylko ja byłem od początku święcie przekonany, że Kora z tego wyjdzie. Nawet bardzo bliskie osoby bały się, że tak nie będzie. Ja miałem jakąś głęboką intuicję, że musimy stoczyć walkę ale ona dobrze się skończy. Ani razu nie pomyślałem, że może być inaczej. W ogóle w tych kategoriach nie myślałem”.

Tradycyjna chemia, która ratuje życie, potrafi też zabić, bo „rozpuszcza” człowieka. Nie każdy reaguje na to dobrze, Korze lekarze powiedzieli, że taka chemia ją po prostu w końcu zabije: „Kamilek trzy razy uratował mi życie, bo wezwał pogotowie i dzięki temu żyję. Na przekór jemu! Bo ja tego nie chciałam, tylko on. Z mojej strony była nieprawdopodobna agresja. A umierałam. Lekarz przyjeżdżał i mówił „to agonia". To było dla nas niewyobrażalnie trudne”.

Kora otwarcie o chorobie

Dlatego kiedy Kora poczuła się lepiej, zaczęła walczyć o siebie i inne kobiety w podobnej sytuacji. Wtedy nadszedł kolejny cios. Okazało się, że lekarstwo Olaparib, które pozwolą jej utrzymać się w formie kosztuje horrendalne pieniądze. Wtedy zdecydowała się na odważny krok: „Nazywam się Kora (Olga Sipowicz). Jestem piosenkarką, żoną, matką i babcią. Od trzech lat choruję na nowotwór jajnika. Przeszłam trzy poważne operacje oraz dwa kursy chemii. Od kilku dni biorę lek o nazwie Olaparib. Jest to skuteczny przeciwnik w walce z nowotworem jajnika w jego czwartej fazie, obarczonego mutacją w genie BRCA. Niestety nie jest w Polsce jeszcze refundowany. Mam nadzieję, że to się zmieni. Miesięczna dawka tego lekarstwa kosztuje 24 000 zł. Powinnam je brać do końca życia".

Tak brzmiał wpis Kory na stronie internetowej Fundacji Onkologicznej Alivia. Poniżej artystka dopisała: „Jeżeli ktoś z Was nie zdecyduje się wpłacić na moją osobistą skarbonkę, to proszę o wsparcie innych osób potrzebujących środków na walkę z rakiem".

Akcja wywołała gigantyczny odzew i... mieszane komentarze. Większość ludzi chciała natychmiast pomóc artystce, ale część internautów była oburzona, pisali: „A co to Kory nie stać na taki lek? Przecież jest bogata". Bolało ją to, ale odpowiadała: „Owszem, stać mnie na taki lek, ale teoretycznie mogłabym go brać do końca życia, więc absolutnie nie mam takich pieniędzy". Tłumaczyła, że gdyby sprzedała swoje rzeczy, starczyłoby jej zaledwie na kilkumiesięczną dawkę leku: „To jest sytuacja patowa. Od trzech miesięcy powinnam brać lek, którego nie biorę. A jestem teraz w takiej sytuacji, która absolutnie tego wymaga, bo jestem po raz pierwszy od dwóch lat w okresie remisji. A nikt nie wie, jak długo będzie ona trwać.

Walka z czasem

Specjalnie dla Vivy! opowiadała: „Musimy wynająć nasz dom, żeby mieć pieniądze na mój lek Olaparib. Zabezpieczamy się. Uspokaja mnie świadomość, że mam lekarstwo na parę miesięcy, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy jakiś czas temu znalazłam się w sytuacji, że była zwłoka w aptece, musiałam czekać, zastanawiać się: zdobędę je czy nie zdobędę, byłam nieprawdopodobnie rozdygotana, choć w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że z tego powodu. Wpadłam w depresję, przestałam jeść. Wszystko widziałam w czarnych kolorach. W tym lekarstwie jest coś pozaracjonalnego. Nie wiemy do końca czym ono jest. Jego działanie polega na blokowaniu aktywności nowotworu. Ono jest jednocześnie jak hostia. Jak ktoś wierzy w hostię, doskonale rozumie jakie to lekarstwo ma dla mnie znaczenie. Ono mi ratuje życie”.

Przez ponad trzy lata Olaparib działał. Artystka każdego dnia łykała aż 16 tabletek i znosiła to leczenie bardzo dobrze. Co zabrała jej choroba? – Urodę - odpowiadała bez namysłu. W czasie remisji choroby wyprowadziła się z Warszawy na Roztocze. Tam, na swoim ukochanym ranczo regenerowała się i starała wyrzucić z pamięci traumatyczne wspomnienia o walce z rakiem. Viva! odwiedziła artystkę w jej azylu: „Dziś obudziłam się o piątej, bo tutaj rytm życia jest też związany z pogodą. Zresztą jak nie wstanę rano, to brakuje mi tych godzin. Ogarniam dom, zwierzęta, gaszę światła wokół domu, krzątam się wokół siebie, co zajmuje mi dużo czasu. Wszystko toczy się wolno. Żaden pośpiech nie jest wskazany. Bardzo lubię mieć ten czas dla siebie, bo jak Kamil śpi, to jakby dzieci w domu spały, panuje cudowna cisza. Kiedy wstaje dom zaczyna inaczej energetyzować, przygotowuje śniadanie, robi to, tamto, siamto… Dnia za mało, żeby ogarnąć cały ten świat, który tutaj mamy. Ale wiem też, że to moje życie się już kończy, więc co zrobić, w moim przypadku, z tymi dniami, tygodniami, bo ja nie pozwalam sobie patrzyć w przyszłość dalej. To już jest zupełnie inne postrzeganie życia. Nie pamiętam, żebym tak intensywnie żyła każdą chwilą w ciągu dnia”.  

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Dorota Wellman w naprawdę mocnej rozmowie z Aleksandrą Kwaśniewską!