Reklama

Choć od dekad koncertuje na największych scenach świata i współpracował z najwybitniejszymi orkiestrami, Vadim Brodski nie idealizuje swojej drogi zawodowej. Wspomina momenty triumfu, ale równie otwarcie mówi o decyzjach, których konsekwencje odczuwał przez wiele lat. Jego historia pokazuje, jak wielki wpływ na los artysty miały nie tylko talent i ciężka praca, lecz także realia polityczne, przypadek oraz osobiste wybory.

Vadim Brodski od najmłodszych lat był skazany na muzykę. Wywiad VIVA!

[...]

– W wieku 11 lat występował Pan jako solista z Orkiestrą Filharmonii Kijowskiej. Jako młody skrzypek wygrał najważniejsze konkursy. Od 40 lat, żyjąc między Rzymem a Warszawą, koncertuje Pan ze znakomitymi orkiestrami. Czuje się Pan wybrańcem losu?

Raczej tak. Chociaż mogłoby być lepiej. Nie wszystkie szanse wykorzystałem, ale czy istnieją artyści, którym się to udało? Pierwsza książka przeczytana w języku polskim to „Moje młode lata” Artura Rubinsteina, gdzie napisał: „Doceniaj to, co masz”. Zawsze o tym pamiętam. Myślę, że to jest bardzo dobra wskazówka dla sporej grupy moich kolegów, sfrustrowanych i niezadowolonych. Oczywiście zawsze przydałoby się jedno zero więcej po prawej stronie w zarobkach. Szczególnie, gdy koledzy porównują własne zarobki do zarobków gwiazd. Jeden jest multimilionerem, a drugi klepie biedę. Talent ten sam. Znamy dziesiątki wybitnie utalentowanych ludzi, którym się nie powiodło. Gdy nie mam najlepszego nastroju, przypominam sobie, że mogłem nadal być solistą w Filharmonii w Kijowie. Niczego nie ujmując tej zacnej instytucji. Ciekawostka – jej pierwszym dyrektorem był kompozytor Ilia Wileński, dziadek mojego przyjaciela, pianisty Konstantego Wileńskiego, od lat mieszkającego w Kielcach. Wracając do pani pytania, myślę, że los uśmiechnął się do mnie. Zatem carpe diem. Alleluja i do przodu.

– Pierwszy raz ten los uśmiechnął się do Pana w dzieciństwie. Mógł Pan zostać sowieckim sportowcem, konkretnie pingpongistą. Albo pianistą, gdyby miesiąc nauki gry na fortepianie nie kosztował aż 6 rubli, 29 kopiejek. Skrzypce tylko 2,90.

Mama marzyła, żebym grał na fortepianie. Zakochała się w pianiście z „Rapsodii”, hollywoodzkiego wyciskacza łez z lat 50., z Elizabeth Taylor w roli głównej. Jako pięcioletnie dziecko widziałem ten film z 10 razy. Szwarccharakterem był tam skrzypek, którego grał Vittorio Gassman, wybitny włoski aktor. Na początku lat 90. spotkałem go w restauracji w Rzymie. Był wtedy wielką gwiazdą. Chciałem podejść i opowiedzieć mu tę historię, która zmieniała trajektorię mojego życia, ucieszyłby się na pewno. Ale w końcu nie podszedłem. Nie chciałem przeszkadzać. Pomyślałem, że jeszcze będzie okazja. Nigdy więcej się nie zdarzyła. Jaki z tego morał? Wracamy do naszego motta – carpe diem. Rób dzisiaj to, co jest możliwe, bo nie wiesz, co wydarzy się jutro.

Vadim Brodski, VIVA! 15/2026
Vadim Brodski, VIVA! 15/2026 fot. Rafał Masłow

– To prawda. Życie kilka razy zafundowało Panu nieoczekiwaną woltę, wszystko mogło potoczyć się w innym kierunku.

Odebrałem dwie ważne lekcje życia. Pierwszą w wieku 21 lat. Wygrałem ogólnoradziecki konkurs dla skrzypków i miałem polecieć do Genui na Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy imienia Paganiniego. Główna nagroda wynosiła 10 tysięcy dolarów! Oszałamiająca kwota na tamte czasy. W duchu już ją dostałem i podzieliłem pieniądze. Akurat wtedy ożenił się mój starszy brat, więc „kupiłem” mu mieszkanie w pięknej dzielnicy Kijowa. Miałem bilety na samolot do Włoch, ale kilka dni przed wylotem moja profesorka przybiegła z płaczem i oznajmiła, że władza nie wydała mi paszportu. Wtedy nikt nie miał tego w domu. Byłem w szoku. Sowiecka władza mogła zrobić z człowiekiem wszystko. Nie musiała się tłumaczyć. Drugą lekcję odebrałem trzy lata później. W Poznaniu zwyciężyłem w Konkursie Skrzypcowym imienia Wieniawskiego. Posypały się propozycje koncertów na Zachodzie. Polski menedżer i znajomi dobrze mi radzili: „Vadim, poczekaj w Warszawie na tymczasowy paszport, wyjedziesz z nim na koncerty i zobaczysz prawdziwy świat, zarobisz prawdziwe pieniądze. Potem wrócisz sobie do Kijowa”. Ale ja chciałem się pochwalić. Nakupiłem prezentów dla rodziny i przyjaciół i postanowiłem pojechać do domu na 10 dni. Zachowanie politycznie niedojrzałe! Jak się pani domyśla, bajka się skończyła. Znowu zabrali mi paszport. Łudziłem się, że po pół roku oddadzą… Nie wyjechałem przez kolejne pięć lat. Najlepsze lata w życiu młodego człowieka! Musiałem z czegoś żyć. Jeździłem po Syberii z 10-osobowym zespołem muzyków. Podgrywałem dwóm sowieckim gwiazdom lat 70. – Jurijowi Guliajewowi i Dmytrowi Gnatiukowi. Żadnym solistą już nie byłem.

– Dowiedział się Pan, kto napisał donos?

Tak. Agent KGB, który podczas konkursu w Polsce pilnował naszej grupy, Saszka Kremniow. Napisał, że moje zachowanie jest niegodne i nie odpowiada wzorcom przedstawiciela sowieckiej kultury. A wcześniej zażądał łapówki, chyba 20 procent od nagrody. Dałem 10 plus prezenty z Pewexu: dżinsy, perfumy, papierosy. Wyraźnie było mu za mało! Cóż, trzeba było się pogodzić z losem. Wiek robił swoje. Byłem młody, optymistyczny, roznosiła mnie energia. Życie wydawało mi się piękne.

[...]


Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od 6 do 26 sierpnia.

Sandra Kubicka, Viva! 15/2026 okładka
Sandra Kubicka, Viva! 15/2026 okładka fot. Borys Synak
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...