Polacy pokochali ją jako Marysię ze „Znachora”. Anna Dymna ujawniła ciemną stronę kultowej roli
Anna Dymna od ponad pół wieku należy do najbardziej cenionych i lubianych polskich aktorek. Wystąpiła w wielu kultowych produkcjach, jednak szczególne miejsce w pamięci widzów zajmuje jej rola Marysi w „Znachorze”. Kreacja, która przyniosła jej ogromną sympatię i na zawsze zapisała ją w historii polskiego kina, po latach ma również gorzką stronę. Niektórzy widzowie nie potrafią pogodzić obrazu młodej Dymnej z naturalnym upływem czasu – i bez skrupułów dają jej o tym znać.

„Znachor” regularnie wraca na telewizyjne ekrany, a razem z nim Anna Dymna sprzed ponad czterech dekad. Dla widzów to sentymentalny powrót do jednego z najpopularniejszych polskich filmów. Dla aktorki takie emisje mają jednak również mniej przyjemne konsekwencje. Dymna wyznała w rozmowie z Plotkiem, że zdarza jej się słyszeć na ulicy przykre komentarze dotyczące wyglądu. Dostaje też listy od osób, które nie potrafią zaakceptować tego, że ich ukochana filmowa Marysia – podobnie jak każdy człowiek – z biegiem lat się zmieniła.
Anna Dymna została Marysią ze „Znachora”. Ta rola przeszła do historii polskiego kina
Trudno opowiadać tę historię bez przypomnienia, jak ważne miejsce Anna Dymna zajmuje w polskiej kulturze. Urodziła się 20 lipca 1951 roku w Legnicy. Studiowała aktorstwo w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, a jeszcze jako studentka zaczęła pojawiać się przed kamerą. Z Narodowym Starym Teatrem w Krakowie związała swoje zawodowe życie na dekady.
Jej filmografia szybko zaczęła wypełniać się tytułami, które później weszły do kanonu. Widzowie oglądali ją między innymi w „Janosiku”, „Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć” czy „Trędowatej”. Aktorka stworzyła setki kreacji teatralnych, filmowych i telewizyjnych, a kolejne pokolenia publiczności poznawały ją w zupełnie różnych odsłonach.
Szczególne miejsce w jej dorobku zajął jednak „Znachor” Jerzego Hoffmana z 1981 roku. Anna Dymna wcieliła się w Marię Jolantę Wilczur, czyli Marysię – córkę profesora Rafała Wilczura, którego zagrał Jerzy Bińczycki. Tomasz Stockinger wystąpił natomiast w roli zakochanego w niej hrabiego Leszka Czyńskiego.

Film stał się jednym z największych przebojów rodzimego kina, a uczucie Marysi i Leszka – jedną z tych ekranowych historii miłosnych, które polska publiczność pamięta nawet po wielu latach. Młoda Anna Dymna zachwycała na ekranie urodą, ale przede wszystkim naturalnością, delikatnością i emocjonalnością. I właśnie taki jej obraz został zapisany na taśmie filmowej na zawsze.
Po „Znachorze” życie Dymnej się nie zatrzymało. Powstawały kolejne role teatralne i filmowe, przyszły następne doświadczenia zawodowe i osobiste. Aktorka została także pedagogiem związanym z krakowską uczelnią teatralną. Jej działalność z czasem wykroczyła daleko poza scenę.
W 2003 roku powołała do życia Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, pomagającą osobom z niepełnosprawnościami. Zainicjowała również Festiwal Zaczarowanej Piosenki i przez lata prowadziła program „Spotkajmy się”, w którym rozmawiała z osobami mierzącymi się z chorobami i niepełnosprawnościami. Empatia, z jaką podchodziła do swoich rozmówców, stała się równie ważną częścią jej publicznego wizerunku jak aktorstwo.
Tym bardziej zaskakujące jest to, jak bezlitośni potrafią być wobec niej niektórzy ludzie.

„Nie życzę sobie, żebyś była stara”. Anna Dymna dostaje też pełne hejtu listy
Ponad cztery dekady po premierze „Znachor” nadal regularnie pojawia się w telewizyjnej ramówce. Szczególnie często można natrafić na niego w okresach świątecznych. Anna Dymna doskonale wie, co to oznacza. Po emisji widzowie mają świeżo przed oczami Marysię z początku lat 80., a później część z nich konfrontuje ten obraz z wyglądem aktorki dzisiaj.
W rozmowie z Plotkiem Dymna przyznała, że musi wręcz zwracać uwagę na to, co dzieje się po kolejnych emisjach filmu.
„Trzeba mieć dużą uwagę, jak wychodzę — a czasem "Znachor" idzie w telewizji trzy razy w ciągu dnia, np. w święta puszczają dużo. Nie będę mówić, co słyszę na ulicy, ale się uśmiecham i idę dalej... Ale takie pytanie: "O Jezu, to pani jeszcze żyje?", "Taka ładna była, dopiero dwie godziny temu w telewizji, a idzie jakaś »gruba baba«". Dostaję czasem listy: "Nie żryj tyle, zapyziały misiu"” – wymieniała aktorka.
Aktorka przyznała też, że trafiają do niej listy od osób deklarujących wręcz, że nienawidzą jej za to, że mija czas. Jeden zapamiętała szczególnie dobrze.
„Mam takie listy, w których [ludzie piszą], że mnie nienawidzą, że mija czas. Mam taki jeden list: "Ty misiu zapyziały, nie żryj tyle! Nie życzę sobie, żebyś miała wiszący podbródek, żebyś była stara i wstrętna. Masz się zrobić, operację zrób, ja sobie nie życzę”” – powiedziała.

