Od ponad pół wieku zmienia ludzi przed kamerą. Czasem wystarczy kilka ruchów pędzla, czasem trzeba postarzyć twarz, zmienić fryzurę albo całkowicie przenieść aktora do innej epoki. Waldemar Pokromski należy do najbardziej cenionych charakteryzatorów na świecie, choć sam o swoim sukcesie opowiada bez wielkich słów.
Nie dostał się do liceum plastycznego. Ta porażka zmieniła całe jego życie
Waldemar Pokromski urodził się w 1946 roku w Sławie Śląskiej, ale dzieciństwo spędził głównie w Gdańsku. To tam chłonął obrazy, kino, teatr i nadmorski świat, do którego do dziś chętnie wraca.
Od małego rysował i malował. Fascynowała go również praca ciotki Stefanii Andryczyk, kostiumografki Teatru Polskiego w Poznaniu. Jako chłopiec robił marionetki i urządzał domowe przedstawienia.
Wydawało się więc naturalne, że pójdzie do szkoły plastycznej. Nie dostał się.
„Zawsze miałem pod górkę” – wspomina w rozmowie z magazynem „PANI”.
Zamiast tego został statystą na planie „Krajobrazu po bitwie” Andrzeja Wajdy. Chwilę później przypadkowe spotkanie sprawiło, że dowiedział się o pracy charakteryzatora w teatrze w NRD.
Nie miał doświadczenia, ale potrafił malować i rzeźbić. Musiał tylko nauczyć się fryzjerstwa. Spakował walizkę i wyjechał.
Tak zaczęła się kariera, która miała zaprowadzić go na największe plany filmowe świata.
Najpierw NRD, potem świat. I telefon, który zmienił wszystko
Pokromski pracował w teatrze w Wittenberdze, studiował charakteryzację w Dreźnie, a później zdobywał doświadczenie w studiu DEFA. Z czasem zaczął pracować w Niemczech Zachodnich, Francji, Włoszech i Stanach Zjednoczonych.
Kariera nabierała tempa, ale prawdziwy przełom przyszedł wraz z jednym telefonem.
Michał Szczerbic i Lew Rywin poinformowali go, że znany amerykański reżyser chce kręcić w Polsce duży film i szuka polskiego charakteryzatora z międzynarodowym doświadczeniem.
Pokromski wysłał résumé faksem.
Po kilku dniach dostał odpowiedź.
Steven Spielberg zapraszał go na plan „Listy Schindlera”.

Waldemar Pokromski
„Lista Schindlera” miała być wielką szansą. Pokromski chciał z niej uciec
Dziś „Lista Schindlera” jest jednym z najważniejszych filmów w historii kina. Dla Waldemara Pokromskiego praca przy tej produkcji była jednak ekstremalnym doświadczeniem.
Zimno. Setki statystów. Ogromna odpowiedzialność. Dni zdjęciowe trwające po 18–20 godzin.
„Pierwszy przychodziłem, ostatni wychodziłem” – opowiada w „PANI”.
Po kilku tygodniach miał dość.
„Zadałem sobie pytanie: «Czy ja na pewno muszę robić ten film?»”.
Był bliski rezygnacji.
I wtedy do akcji wkroczyła najważniejsza osoba w jego życiu.
To żona przekonała go, żeby został. „Jest aniołem mojego sukcesu”
Waldemar Pokromski nie ukrywa, że jego żona Aldona odegrała ogromną rolę w jego karierze.
Kiedy chciał odejść z „Listy Schindlera”, powiedziała mu, że powinien zostać. Podobnego zdania był producent. Oboje byli przekonani, że film Spielberga będzie czymś wyjątkowym.
Mieli rację.
„Lista Schindlera otworzyła mi drzwi na cały świat” – mówi Pokromski w rozmowie z magazynem „PANI”.
O Aldonie mówi wyjątkowo czule. Nazywa ją swoim „dobrym duchem” i „aniołem sukcesu”. Są razem od ponad pół wieku.
Poznali się na planie „Złotej kaczki”. On pracował przy charakteryzacji, ona przy kostiumach. Pokromski pamięta do dziś jej krótkie blond włosy i delikatny makijaż.
Pierwsza randka? Bez blichtru. Zaprosił ją do baru mlecznego na jajecznicę. Po latach wciąż razem to wspominają.
Ponad 50 lat małżeństwa. A przecież jego życie oznaczało ciągłe wyjazdy
Kariera Pokromskiego wymagała ogromnych poświęceń. Jeden film mógł być realizowany w kilku krajach, a okresy zdjęciowe trwały miesiącami.
Kiedy dzieci były małe, rozłąka bywała szczególnie trudna. W czasach PRL dochodziły do tego problemy z paszportami. On mógł wyjeżdżać, ale jego rodzina nie zawsze dostawała zgodę.
„Kiedy dzieci były małe czy dorastające, bywało ciężko” – przyznaje. Mimo tego małżeństwo przetrwało. „Jeśli chce się z kimś być, można wszystko przetrwać. Oboje z żoną dużo przeżyliśmy i wciąż jesteśmy szczęśliwi” – mówi w „PANI”.
Ich syn Mikołaj Pokromski również związał się z branżą filmową i został producentem.
Spielberg patrzył na każdy szczegół. Ta scena została z Pokromskim na lata
Na planie „Listy Schindlera” Pokromski odpowiadał za ogromne sceny zbiorowe. Czasem trzeba było ucharakteryzować nawet około tysiąca osób.
W jednej ze scen amerykańska charakteryzatorka przygotowała bogatą żydowską kobietę w pełnym makijażu. Bohaterka miała jednak znaleźć się w tłumie ludzi pędzonych do getta.
Spielberg natychmiast zwrócił uwagę, że to nie pasuje do sytuacji.
Ludzie w obliczu tragedii nie stoją przecież przed lustrem i nie przygotowują idealnego makijażu.
Pokromski zapamiętał tę sytuację na długo.
Charakteryzacja nie może być efektowna tylko po to, żeby wyglądać pięknie.
Ma być prawdziwa.

Michal Englert, Malgorzata Szumowska, Mateusz Kosciukiewicz i Waldemar Pokromski, 68th Berlinale International Film Festival Berlin, 2018 r.
Haneke zobaczył przedziałek, którego prawdopodobnie nie dostrzegłby żaden widz
Nie wszyscy reżyserzy pracowali tak samo.
Michael Haneke, z którym Waldemar Pokromski realizował kilka filmów, należał do perfekcjonistów.
Podczas pracy nad „Białą wstążką” przygotowywano dużą scenę w kościele. Nagle Haneke wskazał kobietę stojącą daleko pod organami.
Miała przedziałek z lewej strony.
Tymczasem ustalono, że wszystkie kobiety mają mieć przedziałek pośrodku.
Pokromski był zdumiony.
„Jak ty to zobaczyłeś?” – pomyślał.
Prawdopodobnie żaden widz nie zwróciłby na to uwagi. Ale dla reżysera szczegół miał znaczenie.
Pokromski sam podchodzi do filmu podobnie. Jak mówi w „PANI”, kiedy podczas premiery gasną światła, wie jedno: niczego nie można już poprawić.
Na ekranie zostaje tylko efekt.
Catherine Deneuve poprosiła go o dwie rzeczy. Był zaskoczony
Przez jego fotel charakteryzatorski przewinęła się plejada światowych gwiazd. Jedną z tych, które szczególnie zapamiętał, jest Catherine Deneuve.
Przed spotkaniem z francuską ikoną kina Pokromski kupił najlepsze kosmetyki.
Przygotował się na wszystko.
Deneuve usiadła i powiedziała:
„Przypudruj mi tylko nos i daj trochę tuszu na rzęsy”.
Był zaskoczony.
Historia idealnie pasuje do jego własnego podejścia do urody. Pokromski nie jest zwolennikiem mocnego makijażu.
„Każda kobieta ma w sobie jakieś piękno, a makijaż powinien je wydobyć i podkreślić” – mówi w rozmowie z „PANI”.
Gwiazdy powierzają mu nie tylko twarze. „Jestem kimś w rodzaju spowiednika”
Charakteryzator jest jedną z pierwszych osób, które aktor spotyka rano na planie. Często również jedną z ostatnich na koniec dnia.
Godziny spędzone w fotelu tworzą szczególną relację.
Aktorzy zaczynają mówić.
O rodzinie. O smutkach. O zdrowiu. O problemach, które nie mają nic wspólnego z filmem.
Kiedy w wywiadzie dla „PANI” Pokromski zostaje zapytany, czy jest dla nich terapeutą, odpowiada, że raczej spowiednikiem.
I dodaje: „To, o czym aktorzy opowiadają podczas charakteryzacji, zostawiam dla siebie”.
Nie próbuje kierować ich życiem. Słucha. Czasem mówi, co sam o czymś myśli.
Wie, że niekiedy samo wypowiedzenie problemu na głos pozwala aktorowi wejść na plan ze spokojniejszą głową.
Pracował z gigantami kina. Ale gdy pytają o „tę jedyną”, odpowiada bez wahania
Spielberg, Polański, Stone, Haneke, Pawlikowski, Schlöndorff, Tykwer, Malick.
Lista reżyserów, z którymi pracował Waldemar Pokromski, brzmi jak skrócona historia światowego kina.
Nie ma jednak jednego ulubionego.
Z wieloma się zaprzyjaźnił. Miesiące spędzone razem na planach sprawiają, że filmowe relacje często wykraczają daleko poza zwykłą współpracę.
Ale kiedy w rozmowie z „PANI” zostaje zapytany, kto jest dla niego „tym jednym” najważniejszym człowiekiem, odpowiedź przychodzi natychmiast. „Ta jedyna to żona”.
„Albo to jest twoja pasja, albo mordęga”
Po ponad pięciu dekadach pracy Pokromski nie idealizuje swojego zawodu.
Pamięta trudne plany, nieprzespane noce, wielomiesięczne rozłąki i zmęczenie.
Pamięta też moment w Stanach Zjednoczonych, gdy narzekał na warunki pracy. Producent zwrócił mu wtedy uwagę, że nikt nie zmusza go do bycia na planie. Na jego miejsce czeka wielu chętnych.
Te słowa coś w nim zmieniły.
„Zrozumiałem, że albo chcesz coś robić, albo nie. Albo to jest twoja pasja, albo mordęga” – mówi w „PANI”.
Dziś, gdy kończy 80 lat, może spojrzeć na karierę bez poczucia niedosytu.
Pracował przy ponad stu filmach, spotykał największe gwiazdy, współtworzył produkcje nagradzane Oscarami.
Sam Oscara nie ma.
I nie wygląda na człowieka, który czuje się przez to przegrany.
Po latach uważa nawet, że dobrze się stało, iż nie dostał się kiedyś do liceum plastycznego.
„Nie wiem, czy zostałbym wybitnym rzeźbiarzem albo malarzem” – mówi.
Po chwili dodaje zdanie, które brzmi jak najlepsze podsumowanie jego życia:
„Wolę malować obrazy na twarzy”.

Artykuł powstał przede wszystkim na podstawie wywiadu z Waldemarem Pokromskim opublikowanego w magazynie „PANI”. Cytaty wykorzystane w tekście pochodzą z tej rozmowy. Informacje biograficzne i dotyczące dorobku zawodowego zostały dodatkowo zweryfikowane na podstawie danych FilmPolski.pl oraz materiałów Muzeum Kinematografii w Łodzi.


























