ZE ŚWIATA SPORTU

Kuba Błaszczykowski: „Podziękowania za gole kieruję w niebo, w stronę mamy”

Przypominamy wzruszającą rozmowę z piłkarzem

Weronika Kostyra 19 marca 2019 19:52

Piłkarz ma dwie córeczki i cieszy się tym, co los zabrał mu w dzieciństwie – szczęśliwą rodziną. Na to wszystko jednak musiał pracować dużo ciężej niż wielu jego kolegów. Jego życiowa droga obciążona jest rodzinnym dramatem. Miał 11 lat, kiedy na skutek rodzinnej kłótni tragicznie zmarła jego matka. Umierała na ulicy, niemal na jego rękach. Ojciec, który ugodził ją nożem trafił do więzienia, mały Kuba – do domu babci Felicji. To ona z pomocą rodziny, w tym syna Jerzego Brzęczka, wychowała Kubę. I to jej piłkarz zawdzięcza najwięcej…

Kuba Błaszczykowski w VIVIE!

W 2012 roku przed mistrzostwami Europy, podczas których Błaszczykowski był kapitanem polskiej drużyny, udzielił wywiadu VIVIE!. Miał wtedy 26 lat, małą córeczkę i grał w niemieckim klubie Borussia Dortmund. Przypominamy najważniejsze fragmenty tego wywiadu. Co mówił o rodzinie i swoich sukcesach, które dedykuje zmarłej mamie?

Po strzelonych golach zawsze patrzysz w niebo. Dlaczego?

To symboliczny gest. Podziękowania za gole kieruję w stronę mamy, która od ponad 15 lat nie żyje.

Jaka została w Twojej pamięci?

Widzę ją, gdy słucha Demisa Roussosa, którego uwielbiała. Sam teraz często słucham „Goodbye My Love, Goodbye”, dzięki temu mama od razu staje mi przed oczami. Pamiętam też momenty, gdy dostawaliśmy od niej prezenty. Rolki albo taką małą grę Tetris. Na to czekało się miesiącami, a pamięta latami.

Co chciałbyś jej teraz powiedzieć?

Chciałbym podzielić się z nią sukcesami, które odnoszę. Ona zawsze bardzo wierzyła we mnie i brata. Zawsze mówiła, że nam się w życiu uda. Wierzyła, że możemy zostać zawodowymi piłkarzami, tak jak nasz wujek Jerzy Brzęczek. Mama żyła dla nas, poświęcała się, żeby nam niczego nie brakowało. Dużo ją to kosztowało, bo nie byliśmy bogaci. Wiem, że byłaby teraz bardzo szczęśliwa, widząc, że ułożyliśmy sobie życie. Ja poszedłem w ślady wujka, brat został nauczycielem wuefu. Byłaby to dla niej wielka nagroda. Trudno mi zaakceptować to, że nie może tego zobaczyć. Ale cóż… Cały czas wierzę, że mama jest gdzieś tam wysoko, w niebie. Widzi mnie z tamtego świata i podpowiada, co robić w trudnych momentach.

Jak opiszesz mamę swojej córce, gdy podrośnie?

Na pewno pokażę jej zdjęcia. A potem opowiem jej o tym wszystkim, co nam z bratem dała. Jak bardzo nas kochała, jak wiele jej zawdzięczamy.

Twoja mama zginęła tragicznie na Twoich oczach. Jak można żyć z takim wspomnieniem?

Nie wiem, czy powinienem do tego w ogóle nawiązywać, ale przypominam sobie tę sytuację, kiedy patrzę na swoją córkę. Czuję, że chciałbym jej dać to wszystko, czego mi zabrakło po śmierci mamy. Aż czasem boję się, że za bardzo ją będę rozpieszczał. Mama dawała nam z bratem dużo ciepła i to też chciałbym przekazać Oliwii. Ta tragedia zmieniła w moim życiu wszystko. Zablokowała mnie, zniechęciła do wielu rzeczy. Na kilka lat przestałem nawet rosnąć, w ósmej klasie mierzyłem zaledwie 152 centymetry. Na szczęście później to się wyrównało. Ale też dzięki temu musiałem szybciej dojrzeć, usamodzielnić się. To mnie zahartowało.

Wracasz jeszcze do momentu tragedii?

Tak, ale jest to już całkiem inne wspomnienie. Wiele lat zajęło mi, by przestać myśleć o tym jedynie z nienawiścią. Gdy zacząłem się rozglądać, okazało się, że wokół jest wielu ludzi, którzy mają podobne albo i gorsze doświadczenia. I że trzeba choć próbować im pomóc. Ludzie często działają w amoku, na przykład pod wpływem alkoholu, nie wiedząc do końca, co się z nimi dzieje, i nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Nie można tego rozgrzeszać, ale można spróbować ich zrozumieć. Zawsze żal mi dzieci, które najbardziej cierpią w rodzinnych tragediach. One nie są niczemu winne. Dziecko powinno być jak najdłużej pod ochroną dorosłych, trzeba je wspierać, jak tylko można. To jest dla mnie sprawa podstawowa, ogromnie ważna. Dobrze wiem, co czują dzieciaki pokrzywdzone przez los, i kiedy tylko mogę, staram się im pomagać.

W jaki sposób?

Choćby rozmawiając, wspierając duchowo, ale też czasem – bardziej materialnie. Zdarza się, że ludzie piszą mi o swojej trudnej sytuacji. Nie czuję się autorytetem, ale staram się im coś doradzić.

Co im odpowiadasz?

Ważne jest, by nawet w trudnych momentach nie poddać się, nie ulec depresji i przeć naprzód, mimo okoliczności. Jeśli masz talent, pasje, marzenia, to realizuj to! W 100 procentach! Ja wiem, że tego by chciała moja mama. Też miałem trudne chwile, chciałem porzucić piłkę. Nauczyciele i bliscy mieli ze mną dużo kłopotów, gdy dorastałem. Zwłaszcza w szkole bywało gorąco.

Powiedziałeś, że byłeś trudnym dzieckiem. Jak babcia znosiła Twoje wybryki?

To prawda, miała ze mną dużo kłopotów. Ale zawsze wiedziałem, że nawet kiedy się złości, trzyma moją stronę, że mogę na nią liczyć. Tak było, gdy wzywano ją do szkoły. A to wyrzuciłem komuś sweter przez okno – w odwecie za coś tam, a to komuś przyłożyłem. Cóż, byłem zadziorny, ale wydawało mi się, że jak się biję, to w słusznej sprawie. Dość szybko jednak zyskałem sobie w szkole opinię łobuza i potem co bym nie zrobił, to każdy wiedział, że to moja wina. Z czasem zaczęło mnie to uwierać. Czułem, że nieraz byłem oskarżany niesprawiedliwie, na zapas. Że co złego, to Błaszczykowski. Mam wrażenie, że nauczyciele szli trochę na łatwiznę. Ale też nie chcę się rozgrzeszać. Święty na pewno nie byłem. Pamiętam takie momenty, kiedy babcia nie dawała już sobie ze mną rady. Rozrabiałem, nie chciałem się jej słuchać. Wtedy najlepszym sposobem był telefon do Jurka, który grał wtedy w zagranicznych klubach, w Izraelu i w Austrii. Przekazywała mi słuchawkę i momentalnie on stawiał mnie do pionu. Potem przez parę dni babcia miała ze mną spokój. Dość gwałtownie pokorniałem.

Kiedy rzeczywiście dojrzałeś?

Ważnym momentem była dla mnie przeprowadzka do Wisły Kraków. Miałem 18 lat i musiałem sobie od zera zorganizować życie. Mieszkałem sam w nowym miejscu, wszystko było nowe, do tego dochodziła presja związana z grą w utytułowanym klubie. Musiałem szybko się z tym uporać. Tam zdałem maturę. Pamiętam, że zdawałem ustny egzamin z angielskiego w tym samym dniu, w którym graliśmy mecz w lidze. Rano więc pojechałem go zdać, po południu wróciłem na zgrupowanie, a wieczorem już grałem. Trzeba było to wszystko ze sobą połączyć. Wielu dobrych ludzi mi wtedy pomogło. Bardzo im za to dziękuję. Zwłaszcza tym ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego im. Jana Długosza. To ważni dla mnie ludzie, więc zależy mi, by o nich choć słowem wspomnieć.

Jak się odnajdujesz jako ojciec?

Nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele w życiu się zmienia, gdy rodzi się dziecko. Jak wielka to rewolucja. Wcześniej, kiedy miałem na coś ochotę, po prostu to robiłem. Teraz cały mój świat kręci się wokół tej małej osóbki. Doszło sporo nowych obowiązków, ale naprawdę warto wyrzec się tych paru rzeczy w życiu, żeby tego doświadczyć. Poza tym dziecko bardzo zbliża ludzi do siebie, scala rodzinę. A to dla mnie ogromna wartość. Moja rodzina była dość liczna, mama miała czworo rodzeństwa i wiem, że to daje oparcie w życiu, pomaga. Po prostu: jest z kim dzielić się kłopotami, ale i radościami życia.

Mając tak wiele obowiązków zawodowych, masz jeszcze czas na zajmowanie się córką?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że ja spędzam z małą więcej czasu niż żona, ale staram się to robić, gdy tylko mogę. Na szczęście mam bardzo mądrą, wyrozumiałą żonę, która świetnie rozumie naszą sytuację. Wie, że gram na wysokim poziomie i do każdego meczu muszę być przygotowany na 100 procent, a to zabiera czas. Jestem jej za to bardzo wdzięczny.  ZOBACZ ZDJĘCIA

ROZMAWIAŁ Maciej Wesołowski

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Trzy kobiety, które w najnowszym serialu Polsatu „Zawsze warto” połączyło przypadkowe dramatyczne wydarzenie: Weronika Rosati, Katarzyna Zielińska i Julia Wieniawa. Edyta Geppert o pasji śpiewania i życiowych wyborach oraz Dominika Gwit i Wojciech Dunaszewski o tym, co ślub zmienił w ich życiu.