„Najsłynniejsze warszawskie party”, „elitarny salon”, „intelektualna uczta Lukullusa”, „Księstwo Warszawskie”… Określeń na słynne przyjęcie Krystyny i Janusza „Kuby” Morgensternów było wiele, ale żadne nie oddawało niezwykłej atmosfery czerwcowych spotkań, które gromadziły cały artystyczny świat i natychmiast stały się legendą. Ich historia to gotowy materiał na film, pisze Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska.
WIDEO…
Zdjęcia Archiwum prywatne Krystyny Cierniak-Morgenstern
Ostatni taki salon. O słynnych przyjęciach w ogrodzie Morgensternów
W półmroku ogrodu czas zwalniał. Zapach wódki mieszał się z papierosowym dymem. Wokół stołów, niczym postacie z niedokończonego filmu, którego cenzura i tak nigdy nie puści na ekrany, tłoczyli się najwięksi artyści epoki.
Co roku na Żoliborzu w czerwcu odbywał się w ogrodzie cudowny bankiet”, mówi w filmie dokumentalnym „Kuba” w reżyserii Marcina Straucholda Daniel Olbrychski. „Przy każdym stoliku, któż to tam nie siedział… Nadzwyczajni ludzie, nadzwyczajni gospodarze, nadzwyczajne rozmowy, zdjęcia…”.
Kameralna i cicha uliczka Brodzińskiego na Starym Żoliborzu, w stylu miasteczka-ogrodu, gdzie czas zwalnia bieg, wśród wiekowych akacji i dworków z lat 20. XX wieku. Białe fasady domów z podcieniami i małymi okienkami jakby zapraszały do środka. Słychać śpiew ptaków. Niewielki z zewnątrz dom Krystyny Morgenstern kryje cudowny ogród, miejsce, które już lata temu obrosło legendą. W domu też czas się zatrzymał. Stylowe meble stanęły w nim, kiedy Morgensternowie wprowadzili się tam pod koniec lat 70. Na ścianach gobeliny autorstwa Krystyny, na kominku filmowe nagrody jej męża Kuby, jadalnia, w której siedzieli niezwykli goście, w korytarzu wycięte z tektury, naturalnej wielkości postacie Krystyny i Kuby, których niegdyś sportretowała słynna fotografka Zofia Nasierowska. Ilekroć tam jestem, nie chce mi się wychodzić. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że zegary cofają się o pół wieku, słyszę nawet – uwierzcie – rozmowy i śmiech ludzi, którzy tu przychodzili…
W półmroku żoliborskiego ogrodu czas zwalniał. Zapach kawy i wódki mieszał się z dusznym, błękitnym papierosowym dymem, tworząc nad głowami gości senną chmurę. Wokół stołów, niczym postacie z niedokończonego filmu, którego cenzura i tak nigdy nie puści na ekrany, tłoczyli się najwięksi artyści epoki. Holoubek z precyzją cedził słowa, jakby każda sylaba była wyrokiem Sądu Ostatecznego nad naszą narodową marnością. Kutz rzucał w kąt śląskie przekleństwa, a Wajda notował coś na serwetce – może nowy scenariusz, a może po prostu kontury niespełnionych snów. To nie było zwykłe przyjęcie, to był teatr cieni, ucieczka przed milczącym, betonowym miastem, przed polityką, która nie powinna wtrącać się do sztuki, i przed banałem codzienności. Tutaj, na Żoliborzu, w tym azylu z książek, obrazów, gobelinów Krystyny, można było przez kilka godzin udawać, że jest się wolnym, że Paryż albo Nowy Jork jest tuż za rogiem, a życie nie jest tylko nudnym, rozciągniętym w nieskończoność czekaniem na coś, co i tak nigdy nie nadejdzie…
„Gdziekolwiek wyjeżdżamy, w najbardziej atrakcyjne kierunki na świecie, ja liczę: »O, tylko pięć nocy do powrotu, już tylko trzy…«”, powiedział kiedyś Janusz Morgenstern. „Dobrze czuję się tylko u nas w Warszawie. To jest jedyne miejsce, które mi odpowiada”.
Tylko w legendarnym domu, w którym ludzie dobrze się czują, mogły zaistnieć legendarne przyjęcia. Historia tych przyjęć to opowieść na książkę, scenariusz filmu albo serialu o „tamtych ludziach i tamtych czasach”, to w końcu zapis historii pokolenia. I jak to zamknąć w niewielu słowach? Jak opisać, wytłumaczyć tym, którzy ich nie doświadczyli, czym naprawdę były? I czym do dzisiaj są? Spróbuję…
***
Ale cofnijmy się na chwilę w czasie, zanim rozbrzmiały głosy pierwszego żoliborskiego przyjęcia. Krystyna Morgenstern mówi, że wszystko zaczęło się na Starówce. Po kilku latach wspólnego tułania się po wynajętych pokojach Janusz kupił dwupoziomowe mieszkanie na trzecim piętrze w kamienicy na rogu Rynku Starego Miasta i Nowomiejskiej. Kiedy w końcu udało się je wyremontować i urządzić starymi meblami przywiezionymi przez Krystynę z rodzinnego Inowrocławia, od razu wydali przyjęcie, na którym zjawiło się stu gości.
– Nikt ze znajomych nie miał mieszkania, więc ludzie przychodzili do nas, bo nie mieli się gdzie podziać – opowiada Krystyna. – Liczba osób, która nas odwiedzała, przekraczała wszelkie wyobrażenia. Byliśmy młodzi, wchodziliśmy w dorosłość, szukaliśmy kontaktu z ciekawymi ludźmi. Krąg znajomych się rozrastał.
Kiedy 24 kwietnia 1963 roku Krystyna i Kuba wzięli ślub, przyjęcie oczywiście odbyło się na Starówce. Świadkami byli Zbyszek Cybulski z żoną „Elutą”, był Andrzej Wajda i Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz z żoną Grażyną, i Kurt Weber. Z jedzeniem w tamtych czasach było różnie, więc państwo młodzi zapowiedzieli, że będzie tylko wódka. Ale gdy mama Krystyny w prezencie dla młodej pary przywiozła wielkiego pieczonego indyka, impreza nabrała rumieńców.
ZOBACZ TEŻ: Kultowe wesele z PRL-u. Zjawili się wszyscy: od reżyserów po ikony kina. Ich świadkiem był Cybulski
Był w tym jakiś urok peerelowskiego życia. Oni nie zdawali sobie z tego sprawy, my już to wiemy. W pewnej chwili już wesolutki Cybulski przechodził obok barku, na którym stały kryształowe kieliszki z posagu mamy Krystyny, niechcący machnął mankietem i kieliszki rozsypały się w kryształowy mak. Ostały się jedynie dwa, pieczołowicie sklejone cyną przez witrażystę, które Krysia podarowała kilka lat temu mnie i mojemu mężowi. I teraz, ilekroć patrzę na fioletowo-czerwone kieliszki – a traktuję je jak relikwie – przenoszą mnie magicznie w tamte czasy, których nie dane było mi poznać. Słuchając opowieści Krysi – nieustannie namawiam ją na zwierzenia – myślę, że przeżyła, oni przeżyli, coś, czego my, pokolenie iksów, igreków czy zetek, zawsze będziemy im zazdrościć. Bo czy za filozofią spotkań może stać idea pokoleniowych tęsknot?
Czy polityczny bunt – czasy były podłe – można zamienić na prywatną wolność manifestowaną artystyczną niezależnością, ukrytą w dźwiękach jazzu, papierosowym dymie i rozmowach prowadzonych do świtu? Urodzone przed wojną Silent Generation, z traumatycznym wojennym dzieciństwem, powojenną biedą, brakiem rodziny, zaczynające od zera, miało niezachwiane poczucie, że trzeba żyć tak intensywnie, tak mocno, tak barwnie – mimo peerelowskiej szarości – jakby jutra miało nie być. Więc tak żyli, więc się bawili. Codziennie spotkania U Literatów, w SPATIF-ie, przy tej Nowomiejskiej u Krysi i Janusza Morgensternów, u Kaliny Jędrusik i pisarza Stanisława Dygata na Starym Żoliborzu. Potem, kiedy reżyser Janusz Majewski i jego żona Zofia Nasierowska kupili dom przy Fortecznej, także u nich. Ale prawdziwy „salon warszawski” miał się dopiero narodzić. Kiedy w 1977 roku Krystyna i Kuba kupili dom przy Brodzińskiego, Stanisław Dygat, gdy tylko się spotykali, bezceremonialnie pytał: „Kiedy się w końcu wprowadzicie?”.
I potem, oceniając stan remontu – żeby zamieszkać w tym przedwojennym domu, trzeba było kupić mieszkania kilku rezydującym tam rodzinom, wypruć wszystko do fundamentów, przebudować ściany, zlikwidować wygódkę w ogrodzie – dodawał: „Czy ja doczekam do parapetówki?”.
Nie doczekał. Zmarł 29 stycznia 1978 roku. Morgensternowie zamieszkali na Żoliborzu prawie dwa lata później. A w czerwcu 1980 roku odbyło się pierwsze żoliborskie przyjęcie. Czy wtedy, w czerwcową, gorącą noc, ktokolwiek pomyślał, że te przyjęcia staną się legendą? Może… A może nie…
Zjawił się cały artystyczny świat. Zaczynając od filmowców: Andrzej Wajda z Krystyną Zachwatowicz, z Paryża przyjechał Roman Polański, Tadeusz Konwicki z żoną Danutą i Gustaw Holoubek z Magdą Zawadzką. Janusz Majewski i Zofia Nasierowska, Jerzy Gruza, Jan Englert, Feliks Falk, Janusz Gajos z żoną, Jerzy Skolimowski, Andrzej Seweryn, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki z żoną. Daniel Olbrychski i Zuzanna Łapicka-Olbrychska, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Ewa Wiśniewska, Krzysztof Zanussi, Janusz Głowacki, scenarzysta i pisarz w jednej osobie, Michał Komar, scenarzysta i krytyk filmowy, z żoną i wielu, wielu innych. Druga silna grupa to lekarze, późniejsi profesorowie, z Rużyłło, Noszczykiem i Borkowskim na czele. Przyszła doktor Janina Stępińska, pierwowzór postaci głównej bohaterki z filmu w reżyserii Kuby „Trzeba zabić tę miłość”. Przyjaciele z dawnych lat, artyści – prym wiedli Halina Kunicka i Lucjan Kydryński – projektanci, dziennikarze, przedsiębiorcy – wtedy jeszcze nie mówiło się biznesmeni. Projektantki Barbara Hoff i Grażyna Hase – wyglądały doskonale.
Z Paryża przyjechała przyjaciółka Krysi Barbara Ferry, niegdyś żona pisarza Adolfa Rudnickiego, później Andrzeja Żuławskiego, artystka, ilustratorka, plakacistka, twórczyni plakatu do „Do widzenia, do jutra”. Również z Paryża dotarła Françoise Bourbon, córka francuskiego konsula w Gdańsku, muza artystów z teatru Bim-Bom oraz pierwowzór postaci Margueritte z „Do widzenia, do jutra” właśnie. Kochali się w niej i Cybulski, i Kobiela. Zjawili się państwo Blikle, a także pisarka i dziennikarka, późniejsza rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego Małgorzata Niezabitowska z mężem fotografem Tomaszem Tomaszewskim. Na którymś z kolejnych przyjęć doszło zresztą do ukonstytuowania tradycji – dwóch zbiorowych fotografii – na jednej panie z gospodarzem przyjęcia Kubą Morgensternem, na drugim panowie z gospodynią, czyli Krystyną Morgenstern. Przez lata, a przyjęć było ponad 40, zdjęcia wykonywał Tomasz Tomaszewski, kilka razy pałeczkę przejął i za obiektywem stanął Chris Niedenthal, wybitny fotoreporter i kronikarz PRL-u.
Pierwsze przyjęcie skończyło się nad ranem. Wychodzący jako jeden z ostatnich Roman Polański w drzwiach odwrócił się jeszcze i powiedział: „Krystyna, Kuba, casting prima!”.
Od tego czasu Krystyna powtarza, że podstawą udanego przyjęcia jest właśnie casting. Zupełnie jak w filmie. Przy wyborze i gości, i aktorów musi być odpowiedni klucz, inaczej przyjęcie albo film, używając kolokwializmu, „rozchodzi się w szwach”.
Jest jeszcze jednak coś, co prócz castingu odgrywa zasadniczą rolę – osobowość gospodarzy. Krystyna i Kuba Morgensternowie tworzyli parę niezwykłą. Waldemar Dąbrowski, niegdyś minister kultury i dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, mówił o nich „para instytucja”. Ona, piękna artystka z dyplomem ASP i talentem do tworzenia unikalnych gobelinów, które dziś wiszą w muzeach na świecie i prywatnych kolekcjach obok Moneta i Maneta. Modelka z okładek „Filmu” i „Ekranu”, obiecująca aktorka – ale mąż nie chciał – jedyna kobieta, którą do swojego stolika w SPATIF-ie zaprosili Antoni Słonimski, Otto i Erwin Axerowie, Julian Stryjkowski, Antoni Marianowicz, Jan Brzechwa i Janusz Minkiewicz. Kiedyś, gdy Kuba z Krystyną dosiedli się do słynnego stolika i Krysia pewna siebie zabrała głos w dyskusji, Kuba zatrwożony jej odwagą powiedział: „Krystyna, ty się lepiej nie odzywaj”. Od tuzów polskiej literatury usłyszał wtedy: „Kuba, to ty się nie odzywaj, ona jest nasza…”. Mistrzyni riposty, szalona, roześmiana, przedsiębiorcza, w małżeństwie to ona zajmowała się prozą życia, ale robiła to barwnie i niebanalnie.
Dla środowiska artystycznego – zjawisko albo muza. Atrakcyjność towarzyską Krystyny niech potwierdzi anegdotyczny fragment książki Tadeusza Konwickiego „Kalendarz i klepsydra”. Zacytujmy: „Krysia, żona Kuby, odczuwa niejasne dolegliwości. Chodzi do lekarzy, oni ją chętnie badają, ale nic nie potrafią powiedzieć. Właściwie każdy mówi co innego i każdy co innego zaleca. A ponieważ Krysia jest ładna oraz apetyczna, ten i ów sługa Eskulapa próbuje na boku poderwać pacjentkę. Raz dzwoni do niej neurolog. »Pani Krysiu, może wyskoczymy samochodem pod Warszawę na kawkę?«. »Panie profesorze, strasznie źle się czuję, boli mnie w skroniach, coś kłuje w kręgosłupie…«. »A to przepraszam. Wobec tego zadzwonię za tydzień, jak pani się będzie lepiej czuła, dobrze?«”. Cóż, gwiazda towarzystwa, czuć się źle nie mogła…
On, przystojny reżyser z holokaustową przeszłością, o której nie wspominał, raczej robił wszystko, by traumatyczna przeszłość nie przeniosła się na teraźniejszość i przyszłość, twórca kultowych filmów o swoim pokoleniu: „Do widzenia, do jutra”, „Jowita”, „Trzeba zabić tę miłość”. Reżyser Janusz Głowacki mówił o nim: „Gdyby Kuba wyemigrował i robił filmy w Hollywood, miałby na własność archipelag wysp na Pacyfiku. Ale nie wyjechał, więc archipelagu nie miał. Ale miał Krysię, swoje filmy, domek i psa. W sumie bardzo dużo”. Tylko oni w tej wybuchowej mieszance artyzmu i życia mogli stworzyć coś, do czego ludzie lgnęli, co sprawiało, że drzwi ich domu się nie zamykały, a spotkania u nich natychmiast przechodziły do historii. Na dowód dwa niezwykłe wydarzenia. Lata 90. Bladym świtem, jeszcze spali, ktoś zapukał do drzwi. Oboje rozbudzeni wyjrzeli przez okno. Pod drzwiami stał Michaił Barysznikow, tancerz, choreograf i aktor rosyjski, który w połowie lat 70., będąc na tournée w Kanadzie, poprosił władze USA o azyl polityczny i tylnymi drzwiami teatru w Toronto wymknął się oficerom KGB. „Otwórzcie!”, krzyknął. „Otwórzcie! Przyjechałem do Warszawy, położyli mnie w hotelu, ale ja nie chcę tam mieszkać. Chcę mieszkać u was!”.
To samo zdarzyło się, gdy do stolicy zjechał Roman Polański reżyserować w Teatrze na Woli „Amadeusza”. Dzień po przyjeździe z walizkami stawił się na Żoliborzu i przez trzy miesiące Krystyna miała w domu teatr, biuro, restaurację i salon towarzyski dwóch wielkich reżyserów. Kiedy Polański wyjechał po premierze, Krysia położyła się na kanapie i patrzyła w sufit przez parę godzin, tyle było do rozpamiętywania.
CZYTAJ TEŻ: On – słynny reżyser, ona – reżyserka życia. Przeżyli razem ponad 50 szczęśliwych lat

Lista obecności po latach zmieniła się w listę nieobecności… Historyczne już dziś zdjęcie tuzów polskiej reżyserii. Od lewej: Andrzej Kotkowski (zm. 2016), Kazimierz Kutz (zm. 2018), Andrzej Wajda (zm. 2016), Janusz „Kuba” Morgenstern (zm. 2011), Andrzej Żuławski (zm. 2016).
***
Swoją książkę ze wspomnieniami, wydaną kilka lat po śmierci męża, Krystyna zatytułowała „Nasz film”. Bo Kuba reżyserował filmy, a Krystyna reżyserowała ich wspólne życie. I oczywiście żoliborskie przyjęcia, które z roku na rok nabierały rangi i mocy. Zaproszenie na otwierający lato czerwcowy wieczór stało się „przedmiotem pożądania”. W jednej ze scen filmu Janusza Morgensterna „Jutro premiera” Kalina Jędrusik śpiewa piosenkę „I wciąż się na coś czeka”. Na przyjęcie u Morgensternów czekało się cały rok. Świt wypędzał ostatnich gości, którzy nie chcieli opuścić żoliborskiego ogrodu, tak dobrze było. I potem, odsypiając w niedzielę, już marzyło się, że za rok w ogrodzie u Krysi i Kuby…
– To przyjęcie-wydarzenie ewoluowało przez lata – mówi Małgorzata Niezabitowska. – Od spotkania w wybranym, zaprzyjaźnionym gronie Mistrzów z wyrafinowaną rozmową, z osobistymi żartami. To było przyjacielsko-intelektualno-twórcze. Z czasem towarzystwa przyrastało, bo przyjęcie było atrakcyjne i pożądane. Stało się nawet snobistyczne, bo snobizmem było na ten wieczór się dostać. Kuba i Krysia zapraszali świetnych ludzi, a zaproszenie do nich stało się nobilitacją. I to była autentyczna wartość. I tak przyjacielskie spotkanie stało się główną, prywatną imprezą towarzyską Warszawy. Bywają rauty, bale, ale w sensie spotkania w interesującym gronie to u Morgensternów było i jest najważniejsze.
Pierwsze przyjęcia Krystyna przygotowywała sama. Piekła udziec barani, słynną kaczkę à la Cierniak wypchaną jabłkami i gryczaną kaszą, poprzedniego dnia pięć godzin kręciła krem na bezowe torty. Gości przybywało, Krystynie po którymś z przyjęć opadły ręce, nie dawała rady za jednym zamachem tyle ugotować, by ludzie nie byli głodni. Ustalili więc z Kubą, że przyjęcia zorganizują dwa. W jedną sobotę czerwcową jedno przyjęcie, tydzień później drugie. Naczynia pożyczali dwa razy, bo w poniedziałek trzeba było je zwrócić do restauracji, by znowu w piątek ponownie je ściągnąć do domu. Tylko kogo zaprosić na przyjęcie numer jeden, a potem na przyjęcie numer dwa? Przyjęcie numer jeden przez lat kilka było „artystyczne”: artyści, filmowcy, kulturalna elita.
Na przyjęciu numer dwa brylowali lekarze, biznesmeni, dziennikarze, palestra. Potem zrobił się bałagan, bo ludzie z towarzystwa porozwodzili się, pokłócili, poznali nowe połówki i trzeba było dobrze lawirować, by byli małżonkowie z obecnymi partnerami nie spotkali się na przyjęciu i nie wybuchł skandal. Krystyna miała idealną orientację w towarzyskiej mapie, ale bez wpadek się nie obyło. A potem machnęła ręką – niech się dzieje, co chce – i wróciło jedno przyjęcie, na które od lat 90. bufet na zimno i gorąco przygotowywała – do dziś zresztą – restauratorka Lucyna Zapart. Zawsze musi być chleb ze smalcem, tatar i śledzie, muszą być pierogi i coś „po chińsku”, bo Kuba tak lubił. I oczywiście tort bezowy, bez niego nie ma przyjęcia.
Działo się…
– Artystyczna elita doskonale bawiła się w swoim towarzystwie – opowiada Małgorzata Niezabitowska. – Pamiętam przyjęcie, na którym – akurat Krysia i Kuba świętowali którąś rocznicę ślubu – w kącie ogrodu ustawiono dwa trony i jubilaci zasiedli na nich, a Marek Kondrat, z wdziękiem wznosząc toasty, opowiadał anegdoty z ich wspólnego życia. Następnie w „kolejce” do tronu ustawiły się kolejne pary z przyjęcia, a Kondrat – jak on to robił? – kontynuował swój anegdotyczny monolog na temat każdej z par. Wyszła z tego świetna zabawa.
Któregoś roku, gdy reżyser Jerzy Gruza rozmarzony oparł się o pieniek wyciętego drzewa, drzewo runęło, zgasły dekoracje świetlne, na chwilę zapadła ciemność. Czy ktoś wyłączył prąd? I to w taką noc? Szczęśliwie nic się nikomu nie stało. Innym razem upojony niezwykłością przyjęcia i zaproszonych gości kucharz, którzy kręcił na ruszcie baranie udźce, wypił z wrażenia morze wódki – tyle znanych twarzy nigdy nie widział – że trzeba go było wynosić. Zawezwany na gwałt kucharz numer dwa powtórzył proceder i goście sami piekli mięso, zaśmiewając się, że kucharz numer trzy w tej atmosferze zrobi to samo, więc nie warto go po nocy szukać.
Pogoda zawsze dopisywała, jakby Morgensternowie gdzieś na górze wyrobili sobie dobre kontakty. Ale na wszelki wypadek Krysia wbijała cztery noże w rogach ogrodu, by zamówić dobrą pogodę. Warto dodać, że potem tych noży oczywiście nie mogła znaleźć. Raz jeden nagle zerwał się wiatr, ulewa wypędziła zaproszonych do domu, którzy przez okna obserwowali, jak w strugach deszczu Małgorzata Braunek i Daniel Olbrychski kłócą się o coś zapamiętale. Krystyna potem opowiadała, że wyglądało to jak scena z „Potopu”, gdy Kmicic, czyli Olbrychski, i Wołodyjowski, czyli Łomnicki, w deszczu prowadzą pojedynek na szabelki. Kiedy skończyli i przemoczeni rzucili się do środka, rozległy się brawa.
„Nasze środowisko było nieliczne i to nas zmuszało do wzajemnej solidarności, do tego, byśmy się między sobą zbliżali, rozmawiali, dyskutowali i trzymali się razem”, mówił w filmie dokumentalnym o Morgensternie reżyser Janusz Zaorski.
A fotograf Chris Niedenthal dodaje: – Na tych przyjęciach nikt się nigdy nie nudził, co roku zresztą jest inaczej. I ta sceneria, bajkowa, stoły pięknie nakryte, oświetlenie, które tworzy nastrój… Poza tym nikt już nie zaprasza tylu osób. I to towarzystwa, którego nigdzie indziej się nie spotyka. Ważny punkt w kalendarzu.
Gospodarze zawsze chcieli zaskoczyć, w artystycznym świecie musi być trochę finezji. Kapelusze i wianki, które Krystyna zakłada na przyjęcie, witając gości, to pomysł Haliny Piwowarskiej, która przez lata sama robiła szalone nakrycia głowy dla Krysi. Piwowarscy – Halina i jej mąż, reżyser kultowych „Yesterday” czy „Pociągu do Hollywood” – szybko dołączyli do grona bywalców.
Fama o najsłynniejszych spotkaniach towarzyskich dawno wyszła poza polskie granice, które, gdy otworzyły się po roku 1989, sprowadziły nową falę gości. Janusz Głowacki, który zniknął w 1981 najpierw w Londynie, później w Nowym Jorku, w rozpiętej koszuli, jakby nic się nie zmieniło, u Morgensternów zadawał szyku i ciął celne riposty. Zaczął przyjeżdżać biznesmen Witold Markowicz, artysta malarz i plakacista Rafał Olbiński, który twierdzi, że spotkania przy Brodzińskiego są „intelektualną ucztą Lukullusa”. Wróciła emigracja, nawet jeśli nie na stałe, to wracała na przyjęcia. Już od początku roku Krystyna dostawała i dostaje telefony z Nowego Jorku czy Los Angeles: „Krysia, kiedy przyjęcie, bo muszę zarezerwować bilety na samolot”.
Choć gospodarze starali się stronić od polityki, od pierwszych przyjęć pojawiali się Adam Michnik i Jacek Kuroń. Kiedy od 1986 roku po ślubie z aktorką, przyjaciółką Krysi Elżbietą Kępińską na wieczorach zaczął bywać Mieczysław Rakowski, wiceprezes Rady Ministrów w rządzie Jaruzelskiego, późniejszy premier, nie obyło się bez małego skandalu. „Więcej nie przyjdę na wasze przyjęcie”, powiedziała Kalina Jędrusik, pamiętająca, że wcześniejsi przedstawiciele tej władzy zdjęli ją z telewizji.
Już w XXI wieku do grona bywalców dołączyli Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy, Anna i Bronisław Komorowscy. Któregoś roku w ogrodzie przy Brodzińskiego bawiło się więc dwóch prezydentów. Co roku bywa mecenas Ryszard Kalisz i dyplomata Jerzy Marek Nowakowski z żoną Jadwigą Nowakowską, scenarzystką i reżyserką. Pojawił się też biznes. Po powrocie ze Stanów szybko u Morgensternów zawitali Katarzyna i Zbigniew Niemczyccy, Anna i Jerzy Starakowie, przez kilka lat bywali Grażyna i Jan Kulczykowie, Jan i Aldona Wejchertowie. Intelektualną atmosferę podgrzewali dziennikarze. W latach 90. dołączył Tadeusz Jacewicz z żoną Jolantą. Monika Olejnik, zawsze w pięknej sukni, i telewizyjne gwiazdy: Bożena Walter, Nina Terentiew, Grażyna Torbicka. Pojawił się też laureat Oscara, scenograf Allan Starski z żoną Wiesławą.
Któregoś roku Krystyna stanęła z boku i popatrzyła na gości. Było to już 20. przyjęcie, a może 30., kto by pamiętał. To byli kiedyś młodzi ludzie, którzy niczego nie mieli, pomyślała. A teraz, proszę, ten słynny reżyser, ten wybitny dyrygent, ten ordynator, ten milioner…
O spotkaniach u Morgensternów szybko zaczęto mówić „salon”, a potem, gdy czasy się zmieniły i wszystko na zewnątrz spowszedniało, dodawano „ostatni taki salon”. Albo „szlachetna elita warszawska”, jak mówi Marek Dutkiewicz, tekściarz, poeta, twórca największych przebojów rockowych lat 80., który z żoną poznał Morgensternów lata temu w zakopiańskim ZAiKS-ie. Podczas któregoś z przyjęć Kazimierz Kutz, już w stanie imprezowym, rozparł się na kanapie i we właściwym sobie stylu głośno krzyczał: „Księstwo Warszawskie, Księstwo Warszawskie, cholera jedna!”.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Janusz Morgenstern, dla przyjaciół Kuba. Po wojnie pozostała w nim trauma, ukojenie odnalazł w sztuce filmowej
***

Krystyna i Janusz Morgensternowie (przełom XX i XXI wieku). Stworzyli najpopularniejsze przyjęcia w Warszawie. Ludzie lgnęli do atmosfery ich domu, do ich artystycznych dusz i intelektualnych rozmów. Przeżyli razem ponad 50 lat.
Świat wokół mógł się walić, przyjęcia u Morgensternów odbywały się mimo wszystko. Z małymi wyjątkami. Nie odbyło się przyjęcie w 1982, pierwszym roku stanu wojennego. Nie odbyło się w roku 2009, bo Morgensternowie pojechali do Moskwy, gdzie reżyser prezentował film „Mniejsze zło”.
– Ludzie porozjeżdżali się na wakacje – opowiada Krystyna. – Myślałam, że nikt nie zauważył, że nie było przyjęcia. Ale w lipcu w Czytelniku przy Wiejskiej spotkałam Janusza Głowackiego. Podszedł do mnie i bezceremonialnie zapytał: „Skreśliłaś mnie z listy?”. Odpowiedziałam: „Głowa, jakbym miała ciebie skreślić, to musiałabym najpierw skreślić siebie”. Potem inni zaczęli pytać i nagle uświadomiłam sobie, jak ważne jest dla nich to czerwcowe spotkanie.
Przyjęcie nie odbyło się też w roku 2020 z powodu pandemii. Ale żoliborscy przyjaciele Krystyny ze wzruszeniem wspominają tajemne spotkania po kilkanaście osób w sobotnie popołudnia przez maj, czerwiec, lipiec i sierpień pierwszego roku epidemii, gdy wszyscy zamknięci w domach pragnęliśmy spotkać się, porozmawiać, ukoić pandemiczną samotność. Goście wkradali się przez garażową bramę, by, nie daj Boże, nikt nie wykrył „tajnych kompletów”. W roku 2021 przyjęcie oczywiście wróciło, bo „co by się nie działo, teatr musi grać”. Kiedy we wrześniu 2011 roku odszedł Janusz „Kuba” Morgenstern, Krysia zastanawiała się, czy kontynuować tradycję czerwcowych przyjęć. Już od marca zaczęli dzwonić przyjaciele z pytaniem: „Co z przyjęciem?”. I wszyscy mówili: „Musimy się spotkać. Czekamy”. I jeszcze: „Krysia, nie możesz przerwać tej tradycji”. Argument koronny: „Kuba by tego nie chciał”. Więc przyjęcie się odbyło, było dużo wspomnień, przemówień, wzruszeń. Krystyna udekorowała ogród wielkimi portretami męża. Na wszystkich był uśmiechnięty i szczęśliwy. I wszystkim się zdawało, że Kuba jest wśród nich. I był na pewno.
Prawdziwa przyjaźń jest zresztą silniejsza niż śmierć, a ludzie nie rozpływają się w niebycie, tylko przechodzą do innego świata, o czym Krystyna przekonała się, gdy córka Tadeusza Konwickiego, który odszedł cztery lata po Morgensternie, opowiedziała jej, że w ostatnich minutach życia, leżąc na szpitalnym łóżku, ojciec wyciągnął rękę, jakby się z kimś witał. Kiedy zapytała: „Z kim się witasz?”, uśmiechnął się: „Z Kubą, Kubusiem…”.
Życie niestety składa się też ze śmierci… Janusz Majewski powiedział kiedyś: „Nie wiem, dlaczego nasi przyjaciele nam to robią, że tak po prostu odchodzą”. I tak któregoś roku bywalcy żoliborskich przyjęć zauważyli, że wyraźnie jest ich mniej.
Kiedy w styczniu 1967 roku pod kołami pociągu na dworcu we Wrocławiu zginął Zbyszek Cybulski – Krystyna i Kuba mieszkali wówczas jeszcze na Starówce i szczęśliwi, mimo ubeckich inwigilacji, biegli przez kolorowe lata 60. – dla ich środowiska skończył się etap „niewinnych czarodziei”. Szybko odchodzili kolejni: Krzysztof Komeda, Bobek Kobiela, Marek Hłasko, Zdzisław Maklakiewicz. Potem się uspokoiło, ludzie skupieni na politycznych przemianach, szukaniu dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości, jakby mieli mniej czasu na umieranie. Ale przełom stuleci przyniósł mocną falę. Po kolei – jak w słynnej scenie z „Popiołu i diamentu” w reżyserii Wajdy według pomysłu Kuby Morgensterna, gdy Maciek Chełmicki, grany przez Cybulskiego, podpalając pełne spirytusu kieliszki, tworzy żywe znicze, wspominając zmarłych kolegów, odchodzili: Kalina Jędrusik, Tadeusz Łomnicki, Agnieszka Osiecka, Gustaw Holoubek, Mieczysław Jahoda, Elżbieta Czyżewska… W 2011 krótko po sobie Janusz „Kuba” Morgenstern i Zofia Nasierowska.

Rok 2012. Pierwsze przyjęcie po śmierci Janusza „Kuby” Morgensterna. Krystyna, zaproszone panie i uśmiechający się z portretu reżyser. Wszyscy czuli, jakby z nimi był…
Żniwo ruszyło. Lista obecności zmieniła się w listę nieobecności.
Andrzej Łapicki, Małgorzata Braunek, Tadeusz Konwicki, Gene Gutowski, Andrzej Wajda, Janusz Głowacki, Kazimierz Kutz, Zuzanna Łapicka, Jerzy Gruza, Wojciech Pszoniak, Janusz Majewski, Witold Kaczanowski, Bożena Dykiel… Ale przecież: „My żyjemy. My żyjemy”. To zdanie, które w „Popiele i diamencie” brzmiało sarkastycznie i gorzko, trzeba przekuć w optymizm. Żyć trzeba, trzeba patrzeć w jutro. A przyjęcia przy Brodzińskiego nie są tylko manifestem przeszłości, są też apoteozą przyszłości i mają swoją silną boginię i propagatorkę.
– Dwa lata po odejściu męża Krystyna Morgenstern zdecydowała, że co roku będzie wręczać reżyserom debiutantom Nagrodę im. Janusza „Kuby” Morgensterna „Perspektywa” – mówi Karolina Niedenthal, germanistka i tłumaczka literatury niemieckiej. – Nagrodą dla tych młodych twórców jest nie tylko samo wyróżnienie, ale też zaproszenie na najsłynniejsze przyjęcie. Mam dla Krysi podziw i szacunek, że chce nobilitować młodych i wciągać do towarzystwa.
I tak do grona bywalców żoliborskich spotkań dołączyli: Adrian Panek, Bodo Kox, Ewa Bukowska, Maria Sadowska czy Katarzyna Jungowska. Niegdyś na przyjęcia przychodził Gustaw Holoubek, teraz przychodzi Jan Holoubek, doskonały reżyser, syn Gustawa i Magdaleny Zawadzkiej. W miejsce Głowackiego pojawiła się jego córka Zuza Głowacka. Z Grażyną Szapołowską przychodzi córka Katarzyna Jungowska, z Waldemarem Dąbrowskim – córka Marta. Sztafeta pokoleń trwa.
***
Co roku po przyjęciu Krystyna oddycha z ulgą i mówi: „To był ostatni raz. Za rok imprezy nie będzie. Na pewno nie tak duża”. Łamie się po tygodniu, gdy już zadzwonili wszyscy, dziękując za cudowny wieczór.
Od marca telefony w sprawie przyjęcia zaczynają dzwonić, więc Krystyna już planuje kolejne spotkanie. Zresztą, jak mówił Edward „Dudek” Dziewoński: „Jedyne życie, jakie ma sens, to życie towarzyskie”. Kto będzie? Gdzie lista? Wypaść z listy od Morgensternów to jak towarzyski niebyt. Zdarza się, że ludzie dzwonią do Krystyny: „Krysiu, słyszałam, że ustaliłaś datę. Do mnie jeszcze nie dzwoniłaś… Mhm… To przypadek? Chyba mi tego nie zrobisz…”. Któregoś roku zadzwonili państwo Blikle: „Krysiu, czy wypadliśmy z listy? Przecież nasze interesy idą dobrze!”.
Zdarzają się też znajomi, którzy przychodzą, udając, że byli zaproszeni, przemykają bokiem, by nie dostrzegło ich czujne oko gospodyni. Są też tacy, którzy zaproszenia nie doczekali się nigdy, więc pogniewali się śmiertelnie, co nie znaczy, że co roku nie liczą, że a może tym razem…
Kto zagra? Kto zaśpiewa? Koncerty przy Brodzińskiego stały się już słynne. Śpiewała Joanna Dark i Olena Leonenko, Maria Sadowska i Adrian Łabanowski. Grał na pianinie kardiolog profesor Adam Torbicki, córka Andrzeja Kurylewicza Gabriela ostatniego roku wykonała muzykę autorstwa ojca z filmu „Polskie drogi”, które wyreżyserował Janusz Morgenstern. Pięknie i nostalgicznie brzmiał ten jeden z najpiękniejszych filmowych motywów. Noc była już w pełni, w ogrodzie goście zastygli zasłuchani, wszyscy czuli, że był tam i Kurylewicz, i przede wszystkim Kuba. Dwa, a może trzy lata temu na przyjęciu zagrało trzech genialnych skrzypków: Bogdan Kierejsza, Vadim Brodski i Nigel Kennedy. Kennedy grał zresztą dwa lata z rzędu – wysłuchać prywatnego koncertu wielkiego Nigela – bezcenne. Po pierwszym roku tak mu się spodobało, że po koncercie, na który zaprosił Krystynę, podbiegł do niej i zapytał: „Czy mógłbym i w tym roku u pani zagrać?”.
I tak, prócz intelektualnej uczty, wieczory przy Brodzińskiego stały się artystyczną ucztą i dobrze wiem, że goście pod to spotkanie układają sobie letnie kalendarze. Przyjęcie otwiera sezon, a potem? Potem, już pisałam, czeka się na kolejny rok.
Może więc przeżyjmy jeszcze raz, jak pisał Tadeusz Konwicki, „lekkie rozprężenie umysłów”. Zamknijmy oczy. Gorąca, czerwcowa noc, w powietrzu czuć zapach lata, który niesie nadzieję i nostalgię za przemijaniem, bo lato to już przecież początek jesieni… Na wyciągnięcie ręki wielkie gwiazdy, osobowości i niezwykli ludzie… Rozmowy ważne i nieważne, artystyczne spory, muzyka…
Ciekawe, gdzie jest notes, w którym Krystyna i Kuba spisali pierwszą listę bywalców?
Kto z niej jeszcze pozostał tu, na ziemi, a kto z góry patrzy, co się dzieje w ogrodzie…




























