28 października premierę miała książka „Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki” autorstwa Beaty Biały. To opowieść o artyście, którego niezwykły głos poruszał kolejne pokolenia, ale też o człowieku pełnym sprzeczności, wrażliwości i nieustannego zachwytu nad światem. W jednym z fragmentów Maria Szabłowska, która przez lata rozmawiała z Soyką o jego dzieciństwie i wierze, zdradza, jak ogromny wpływ na jego życie miały pierwsze spotkania z muzyką w śląskim kościele. Artysta mówił jej również o swoim stosunku do Boga, chwilach słabości i o tym, dlaczego nie zależało mu na międzynarodowej sławie. Poniżej publikujemy fragment książki, który pozwala poznać Stanisława Soykę z wyjątkowo osobistej strony.

WIDEO…

player placeholder

„Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki”, Beata Biały. Fragment książki 

Zdjęcie z pierwszej komunii. Na fotografii stoi chłopiec w krótkich spodenkach, białych podkolanówkach, z muchą pod szyją i w okularach w grubych oprawkach. W jednej ręce trzyma świecę, w drugiej modlitewnik. Patrzy prosto w obiektyw z powagą, która nie bardzo pasuje do jego wieku. Ktoś chwilę wcześniej poprawił mu kołnierzyk. Ktoś wygładził rękaw marynarki. Fotograf za moment poprosi, żeby się nie ruszał. Powstanie zdjęcie, które przetrwa lata. Chłopiec jeszcze o tym nie wie. Nie wie, że za kilkadziesiąt lat jego głos będą rozpoznawać tysiące ludzi. Nie wie, że będzie śpiewał w Nowym Jorku, Londynie i Paryżu. Nie wie nawet, że muzyka stanie się jego losem. Na razie jest tylko chłopcem z Górnego Śląska, który wrócił właśnie z kościoła. Przed nim całe życie. Jazz, miłość, sława, upadki, zachwyty, Bóg, Ray Charles i Ella Fitzgerald.  

Maria Szabłowska przez lata słuchała opowieści Soyki o dzieciństwie. O kościele. Wracał do niego z zadziwiającą czułością, jak wraca się do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.  

Zobacz także:

 – Dużo opowiadał mi o dzieciństwie, zwłaszcza o tym swoim dzieciństwie w kościele. Ja go trochę o to męczyłam, bo fascynowało mnie, jak to jest spędzać dzieciństwo właściwie w kościele. Bardzo chętnie o tym mówił. Opowiadał, że kiedy był małym chłopcem, miał sześć czy siedem lat, kościół go kompletnie zaczarował. Ta tajemnica, to wnętrze, które dla takiego dziecka musi być czymś niezwykłym. Cisza, półmrok, zapach, muzyka. No i organy, na których można było grać – opowiada Szabłowska.  

Łatwo wyobrazić sobie tego chłopca. Siedzi gdzieś w ławce, kiedy kościół jest pusty. Przez kolorowe witraże wpada światło. W powietrzu unosi się zapach wosku, drewna i kadzidła. Ktoś przechodzi przez nawę. Gdzieś wysoko odzywa się pojedynczy dźwięk organów. Dla dorosłych to zwykły kościół. Dla kilkuletniego dziecka – cały wszechświat. Miejsce pełne tajemnicy i dźwięku. Miejsce, w którym człowiek po raz pierwszy przeczuwa, że istnieje coś więcej niż to, co można zobaczyć i czego można dotknąć. Szabłowska jest przekonana, że właśnie tam należy szukać początku wszystkiego.  

 – Mam poczucie, że to kościelne dzieciństwo miało ogromny wpływ na całe jego życie. Nie tylko na jego wiarę, chociaż to też, ale w ogóle na sposób, w jaki przeżywał muzykę.  

Kiedy słucha się Soyki, trudno znaleźć w jego twórczości dosłowne ślady kościelnej muzyki. Nie ma tam religijnego patosu. Nie ma kaznodziejstwa. A jednak coś z tamtego świata pozostało w nim na zawsze. Coś bardzo głębokiego i trudnego do nazwania.  

 – Jego wiara była trochę inna niż taka zwyczajna, deklaratywna religijność – mówi Maria. – Ona była w nim czymś bardzo naturalnym, oczywistym. Jak oddychanie. On się z nią nie obnosił, nie robił z niej żadnego manifestu. Po prostu tak było.  

Może dlatego tak trudno oddzielić u Soyki muzykę od wiary. Jedna i druga wyrastały z tego samego źródła. Z zachwytu. Z umiejętności wsłuchiwania się w świat. Z przekonania, że istnieje coś większego od człowieka, czego nie da się do końca opisać, ale można próbować tego dotknąć dźwiękiem.  

 – Mówił, że bardzo lubił chodzić do kościoła, że to była dla niego przestrzeń tajemnicy i dźwięku. A ponieważ kościół był blisko domu, to właściwie stale tam bywał. I te dźwięki, które tam słyszał: organy, śpiew, echo w murach, bardzo w nim zostały – opowiada Szabłowska. – Zostały tak głęboko, że po latach sam mówił, iż właściwie od początku wiedział, że będzie muzykiem. Że ta muzyka kościelna tak się w nim zadomowiła, że nie wyobrażał sobie innej drogi.  

ZOBACZ TEŻ: Rok temu odszedł Stanisław Soyka. Nieznane kulisy jego życia odsłania nowa biografia

Stanisław Soyka, VIVA! 11/2015
Fot. Olga Majrowska

Może dlatego nigdy nie gonił za karierą w taki sposób, w jaki robi to wielu artystów. Miał talent wystarczający, by zrobić międzynarodową karierę. Były propozycje. Były możliwości.  

 – Później były różne próby wyjazdów, jakieś pomysły na karierę zagraniczną, ktoś go namawiał, żeby bardziej się w to zaangażował. Ale on chyba nigdy naprawdę tego nie chciał. Mówił mi kiedyś: „Ja nie chcę, żeby mnie tam gdzieś robili gwiazdą. Ja chcę, żeby ludzie wiedzieli, że w Polsce jest taki Staszek Soyka”.  

Maria Szabłowska postanowiła przeprowadzić własne śledztwo.  

 – Kiedyś, po jednej z naszych rozmów o tym jego kościelnym dzieciństwie, zaczęłam słuchać jego muzyki trochę inaczej. Pomyślałam: spróbuję znaleźć w niej ten kościół. Te dźwięki, tę tajemnicę.  

Słuchała uważnie. Piosenka po piosence. Płyta po płycie. Szukała kościelnych harmonii, religijnych tropów. I nie znalazła. Przynajmniej nie od razu.  

 – Powiedziałam mu kiedyś: „Staszek, słuchałam twoich kompozycji pod tym kątem, żeby wyłowić w nich kościół”. A on od razu: „No i co, znalazłaś?”. Odparłam: „Prawie go tam nie ma”. A on się uśmiechnął i mówi: „No widzisz… może trochę w tej melodyce”.  

Kościoła w jego muzyce rzeczywiście prawie nie słychać. Nie ma go wprost. Nie ma go na powierzchni. Nie ma go w słowach ani w aranżacjach. Jest głębiej. Jak źródło ukryte pod ziemią. Jak echo dawno usłyszanego dźwięku. Jak dziecięce zdumienie, które nigdy do końca nie minęło. Może dlatego jego muzyka, nawet wtedy, gdy nie mówi o Bogu, niesie w sobie coś z modlitwy. Nie tej wypowiadanej na głos. Cichej. Wewnętrznej. Takiej, która zaczęła się wiele lat wcześniej, w półmroku śląskiego kościoła, gdzie kilkuletni chłopiec po raz pierwszy usłyszał organy i zachwycił się tajemnicą.  

Mały Staszek dorastał w świecie, w którym wiara nie była tematem dyskusji ani deklaracji. Była częścią codzienności. Tak oczywistą jak niedzielny rosół, zapach krochmalonego obrusa czy dźwięk dzwonów niosący się nad miastem. W niedzielne poranki odświętnie ubrani ludzie szli do kościoła. Matki poprawiały dzieciom kołnierzyki, ojcowie wygładzali marynarki, a chłopiec, który jeszcze nie wiedział, że zostanie jednym z najważniejszych głosów polskiej muzyki, wsłuchiwał się w pieśni śpiewane przez zwykłych ludzi. Nie przez artystów. Przez sąsiadów. Przez kobiety siedzące w pierwszych ławkach. Przez starszych mężczyzn śpiewających trochę za głośno i trochę za nisko. Może właśnie tam wszystko się zaczęło. Nie przy fortepianie. Nie podczas pierwszego koncertu. W drewnianej ławce. W zapachu kadzidła. W świetle świec odbijającym się od złoconych ołtarzy. W pieśniach ludzi, którzy po ciężkim tygodniu pracy znajdowali jeszcze siłę, by śpiewać. W miejscu, gdzie muzyka nie służyła rozrywce, lecz była próbą dotknięcia czegoś większego od człowieka. Pieśni maryjne. Litanie. Śpiewane przez ludzi, którzy nie mieli muzycznych ambicji, ale mieli wiarę.  

 – Miał chyba siedem lat, kiedy śpiewał w chórze katedralnym, i sam przyznawał, że te dźwięki miały ogromny wpływ na jego późniejsze życie – opowiada Szabłowska. – Właściwie mówił o tym w taki sposób, jakby nie miał innego wyjścia. Jakby to było coś oczywistego. Bo jeśli małe dziecko zostanie nagle otoczone śpiewem, organami, tym całym brzmieniem kościoła, a do tego jeszcze tajemnicą miejsca: półmrokiem, ciszą, przestrzenią, to wszystko działa na wyobraźnię. Ale nie każdy się tym zachwyci. Staszek się zachwycił. I to jest chyba kluczowe słowo. Zachwyt.  

To jedno słowo wraca w jego życiu nieustannie. Zachwyt nad muzyką. Zachwyt nad słowem. Zachwyt nad człowiekiem. Zachwyt nad światem. Jakby tamten siedmioletni chłopiec nigdy do końca nie opuścił katedralnej ławki. Jakby przez całe życie próbował odnaleźć ten pierwszy dreszcz, który poczuł, gdy usłyszał śpiew odbijający się od kamiennych ścian.  

 – Kościół był dla niego jak misterium, świat trochę inny niż codzienność, pełen dźwięków i znaczeń. Myślę, że to bardzo głęboko w nim zostało – dodaje Maria.  

I rzeczywiście zostało. Nie w postaci religijnego manifestu. Nie w postaci nachalnej pobożności. Nie w postaci dosłownych cytatów z pieśni kościelnych. Zostało znacznie głębiej. W sposobie słuchania świata. W sposobie budowania melodii. W przekonaniu, że muzyka nie jest tylko rozrywką. Że jest próbą dotknięcia czegoś, czego nie da się wypowiedzieć zwykłymi słowami. Być może dlatego później, nawet kiedy śpiewał jazz, bluesa, Szekspira, Leśmiana czy Osiecką, pod spodem zawsze pobrzmiewało echo tamtego chłopca z katedralnego chóru. Echo organów. Echo ciszy. Echo zachwytu. Bo niektóre dźwięki słyszy się tylko raz. A potem przez całe życie próbuje się do nich wrócić. Wiele lat później Soyka wracał do tych melodii. Do Matko, która nas znasz, Godzien jesteś, Królowej Anielskiej śpiewamy, Chryste, Dziękuję Bogu dziś, Mostów. Śpiewał je nie jak repertuar. Jak rozmowę. Jak powrót do domu.  

ZOBACZ TEŻ: Oddali hołd zmarłemu ojcu, pożegnali go we wzruszających słowach. Synowie i wnuk Soyki nie kryli łez

Stanisław Sojka, VIVA! 11/2015.
Fot. Olga Majrowska

Im był starszy, tym mniej było w nim pewności, a więcej pokory. Jak śpiewał w piosence Mamulu, Tatulu: „Uczę się wiary dziecięcej i prostej”. „Moja wiara z czasem tężeje – opowiadał. – Jestem trochę jak Tewje Mleczarz ze Skrzypka na dachu – próbuję bezpośrednio rozmawiać z Bogiem, czasem wzdycham, narzekam, generalnie staram się jednak okazywać wdzięczność. Bo miałem i mam piękne i dobre życie. Wiara jest łaską – i cieszę się, że ja tej wiary jeszcze nie utraciłem”. Nie mówił: jestem pewny. Nie mówił: wiem. Mówił: jeszcze nie utraciłem. Jak człowiek, który wie, że wszystko można zgubić. Także Boga. Zwłaszcza kiedy przychodzą lata sukcesów, zachwytów, uzależnień, chaosu i samotności. A przecież i takie lata były jego udziałem. Mimo to został przy wierze wyniesionej z dzieciństwa. Nie dlatego, że miał odpowiedzi na wszystkie pytania. Dlatego, że miał nadzieję. „Nie jestem religijnym ortodoksem. Pana Boga boję się i Panu Bogu ufam. Ale nie chodzę do kościoła, nie szwendam się po ulicy z hasłem: »Jezus cię kocha. I wszystko ci załatwi«” – mówił. Była w tym raczej wdzięczność człowieka, który wiele razy się pogubił, ale za każdym razem odnajdował drogę powrotną. „Ja nie wierzę w coś czy w kogoś. Ja mam wiarę. To trochę inaczej ustawia sytuację. Uważam, że mam łaskę wiary. Łaskę, która pozwala na to, że kiedy upadłem i jest mi bardzo ciężko, to jakiś ułamek sekundy refleksji, że jednak chciałbym się podnieść i wstać, powoduje, że po jakimś czasie wstaję” – dodawał. W jego rozumieniu wiara nie chroni przed upadkiem. Pomaga wstać. To ogromna różnica. Może dlatego tak dobrze rozumiał ludzką słabość. Nigdy nie mówił o niej z góry. Sam znał smak błędów i porażek. Wiedział jednak, że człowiek nie jest sumą swoich upadków. Że zawsze może zacząć od nowa. Ta wiara nie rodziła pychy. Rodziła wdzięczność. I czułość. Do ludzi. Do świata. Do rzeczy małych. Do codzienności. Widać ją było również w jego czynach.  

Kiedy usłyszał o benedyktynkach ze Staniątek, nie pojechał tam jako gwiazda. „Zadzwoniła pani, która zajmuje się siostrami benedyktynkami, że jest tam niezwykła biblioteka i są w niej cenne księgi. Klasztor jest w ruinie. Sióstr jest jedenaście. W większości to panie w podeszłym wieku i zwyczajnie nie dają rady tego unieść” – opowiadał. Pojechał. Zobaczył miejsce starsze od Tyńca. Kamienne mury pamiętające osiem stuleci. Chłód grubych ścian. Zapach starych ksiąg. Bibliotekę, w której czas zdawał się płynąć wolniej. Ciszę, która nie była pustką, lecz obecnością. Korytarze, którymi przez setki lat przechodziły kolejne pokolenia benedyktynek. Zobaczył kobiety, które własnymi rękami hodowały karpie i kwiaty, robiły przetwory i próbowały ocalić miejsce istniejące od ponad ośmiuset lat. Kobiety, które każdego ranka budziły się z tym samym pytaniem: jak utrzymać ten świat przy życiu jeszcze jeden dzień. Zaczął organizować koncerty. Wracał tam wielokrotnie. W styczniu 2014 roku kościół w Staniątkach wypełnił się ludźmi słuchającymi jego kolęd, a dochód przeznaczono na ogrzanie i remont klasztoru. Potrafił przy tym z równą czułością mówić o Bogu i o karpiach. „Jadłem karpia ze Staniątek i to był najpyszniejszy karp, jakiego w życiu jadłem”.  

To też było bardzo soykowe. W jego świecie świętość i codzienność nie stały po przeciwnych stronach. Bóg mieszkał zarówno w modlitwie, jak i przy wspólnym stole. W pieśni i w rozmowie. W klasztornej kaplicy i w smaku wigilijnego karpia. W zachwycie nad muzyką i w zachwycie nad człowiekiem. Bo jego wiara nie była ucieczką od życia. Była sposobem przeżywania życia. Z całym jego pięknem, kruchością i niepewnością. Dlatego kiedy śpiewał o przemijaniu, nie brzmiał jak człowiek rozpaczający nad końcem. Brzmiał jak ktoś, kto wie, że życie jest darem. Kruchym, niepowtarzalnym i zachwycającym właśnie dlatego, że trwa tak krótko.  

CZYTAJ TEŻ: Wnuczka Stanisława Soyki zachwyciła publiczność w Sopocie. Muzyka od lat jest częścią jej życia . "Dziadek byłby dumny"

„Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki”, Beata Biały, Wydawnictwo Otwarte
mat. prasowe /

„Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki”, Beata Biały, Wydawnictwo Otwarte