Na początku lat 80. Stanisław Soyka był już jednym z największych objawień polskiego jazzu. Zachwycał publiczność, zdobywał uznanie krytyków, a wkrótce zainteresowała się nim także wielka zachodnia wytwórnia. Kontrakt z RCA miał być przepustką do międzynarodowej kariery. Zamiast niej przyniósł jednak doświadczenie, które na zawsze zmieniło jego myślenie o muzyce, sukcesie i własnej artystycznej drodze. To właśnie o tych przełomowych latach – od triumfu „Blubluli”, przez nagrania na Zachodzie i zderzenie z bezwzględnymi regułami muzycznego biznesu, aż po powrót do Polski i poszukiwanie własnego języka – opowiada poniższy fragment rozdziału książki Beaty Biały „Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki”, który publikujemy przedpremierowo i na wyłączność.
WIDEO…
"Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki". Beata Biały. Przedpremierowy fragment
Na początku lat osiemdziesiątych wszystko zaczęło przyspieszać. Jeszcze niedawno był chłopakiem z Gliwic, który siadywał przy organach dziadka w drewnianym kościele w Wiśle Małej i patrzył, jak muzyka unosi się pod strop niczym dym kadzidła. Teraz jego nazwisko zaczynało krążyć po Polsce. Najpierw szeptem. Potem coraz głośniej. W klubach studenckich, redakcjach magazynów muzycznych, garderobach i zadymionych jazzowych piwnicach. Był młody. Nie miał jeszcze trzydziestu lat. A już mówiono o nim jak o zjawisku. Jak o kimś, kto pojawia się raz na pokolenie.
W 1981 roku ukazała się Blublula. Płyta, która dla wielu do dziś pozostaje jednym z najważniejszych albumów polskiego jazzu. Nie było w niej nic z chłodnej akademickości. Była za to radość improwizacji, wolność i odwaga. Soyka śpiewał standardy, ale robił to tak, jakby opowiadał własne historie. Głos nie służył mu do wykonywania muzyki. Głos był muzyką. Rozciągał frazy, bawił się rytmem, śpiewał słowa i przestrzenie między słowami. Krytycy byli zachwyceni. Publiczność także. Jazz, który zwykle żył w swoim własnym świecie, nagle zaczął przyciągać tłumy. Blublula stała się złotą płytą. A Soyka zaczął przypominać bohatera własnej opowieści, który jeszcze nie wie, dokąd prowadzi droga, ale już czuje wiatr zmian. Od 1983 do 1988 roku czytelnicy „Jazz Forum” sześć razy z rzędu wybierali go najlepszym wokalistą jazzowym w Polsce. To był czas triumfu. Czas, kiedy wszystko zdawało się układać. Ale pod powierzchnią sukcesu działo się coś jeszcze. Im bardziej świat próbował zamknąć go w definicji jazzmana, tym bardziej on wymykał się wszelkim definicjom. Bo obok Coltrane’a i Monka, obok nocnych jam sessions i festiwalowych owacji, w jego życiu wciąż obecny był świat dzieciństwa. Świat drewnianego kościoła. Świat dziadka Józefa przy organach. Świat wiary, która nie potrzebowała deklaracji.
W 1982 roku nagrał płytę Matko, która nas znasz.... Dla wielu było to zaskoczenie. Młoda gwiazda jazzu nagrywa album religijny w czasie stanu wojennego, gdy kraj żyje lękiem, niepewnością i napięciem. Ale dla Soyki nie było w tym nic niezwykłego. Muzyka i duchowość od początku wyrastały z tego samego źródła. Tak jakby obie płynęły pod ziemią jednym nurtem, niewidocznym dla świata, ale stale obecnym. Z czasem zaczął przypominać człowieka stojącego na dwóch brzegach tej samej rzeki. Na jednym był jazz. Na drugim coś jeszcze, czego sam nie potrafił wtedy nazwać. Wokół niego pojawiali się najwybitniejsi muzycy polskiej sceny. Wojciech Karolak, Tomasz Szukalski, Zbigniew Wegehaupt, Andrzej Przybielski. Ludzie, którzy tworzyli historię jazzu. A jednak Soyka coraz częściej patrzył dalej. Jakby słyszał muzykę dochodzącą zza horyzontu.
Prawdziwy przełom przyszedł w 1986 roku. Wielka amerykańska wytwórnia RCA podpisała z nim kontrakt. Dla muzyka z Polski Ludowej było to niemal jak wejście do innego świata. Nagle znalazł się w Niemczech. W Wielkiej Brytanii. W studiach nagraniowych, które bardziej przypominały laboratoria przyszłości niż miejsca, gdzie powstają piosenki. Wszędzie było więcej sprzętu, więcej pieniędzy i więcej ludzi przekonanych, że wiedzą, jak powinien wyglądać sukces. Wokół niego pojawili się producenci światowego formatu. Ludzie, którzy współpracowali z największymi gwiazdami Zachodu. Jednym z nich był Harold Faltermeyer, twórca muzyki do Gliniarza z Beverly Hills. A jednak Soyka już wtedy przeczuwał, że nie do końca pasuje do tej układanki. Światowa wytwórnia. Zachodnie studia nagraniowe. Wszystko wyglądało jak spełnienie marzeń. Ale marzenia bywają zwodnicze. Londyn nie pachniał sianem ze Studzionki ani drewnem kościelnych ławek. Pachniał przemysłem. Biznesem. Kalkulacją. Staszek po raz pierwszy zobaczył od środka ten świat. I nie wszystko mu się podobało. Słyszał rozmowy ludzi, którzy o muzykach mówili jak o produktach. „Jeżeli czegoś brakuje mu w muzyce, nadrobimy to wyglądem” – usłyszał kiedyś. To zdanie zostało z nim na długo. Bo wychował się w świecie, w którym najpierw był człowiek, potem muzyka. Tutaj często bywało odwrotnie.
ZOBACZ TEŻ: Oddali hołd zmarłemu ojcu, pożegnali go we wzruszających słowach. Synowie i wnuk Soyki nie kryli łez
Powstała płyta Stanisław Sojka. Nagrana w Niemczech i Wielkiej Brytanii, z angielskimi tekstami, zachodnim rozmachem i marzeniem o świecie większym niż Polska. Były tam piosenki o miłości, samotności, nadziei i lęku. Fade Away. Never Fear. Heaven. Love Is Crazy. Tytuły brzmiały jak pocztówki wysyłane z innego życia. Jak wiadomości nadawane z miejsca, do którego próbował właśnie dotrzeć. Wszystko wydawało się gotowe. Przez chwilę wydawało się, że świat stoi przed nim otworem. Album miał otworzyć drzwi do międzynarodowej kariery. Nie otworzył. Przeszedł niemal niezauważony. Po latach Soyka wspominał ten czas z charakterystycznym dla siebie humorem. „Oni w tym samym czasie podpisali kontrakt z Rickiem Astleyem i mieli już swoją gwiazdę. On był plastyczny, młodszy o siedem lat, bardzo chciał być piosenkarzem, no i do tego Angol”1 – mówił Soyka po latach. W jego głosie nie było goryczy. Raczej pobłażliwy uśmiech człowieka, który rozumie reguły tamtej gry. Wytwórnia patrzyła na muzykę inaczej niż on. Liczył się przebój, singiel, sprzedaż. Liczył się wizerunek. „Wtedy o takich mówiono, że jak nie dośpiewa, to dowygląda. I cóż ja mogłem w konkurencji z nim, taki przytyty family man?” – żartował. Szefowie RCA mieli dla niego prostą receptę. „Liczyli, że schudnę i następną płytę nagram popową, jak Astley” – wspominał.
Problem polegał na tym, że Soyka nigdy nie umiał być kimś innym niż Soyką. Miał talent do melodii, ale nie potrafił pisać piosenek na zamówienie. „Chcieli popowych melodyjek i prostych tekstów” – mówił po latach. Właśnie wtedy zaczął rozumieć, że istnieją dwa rodzaje sukcesu. Jeden można kupić, zaplanować i wypromować. Drugi rodzi się znacznie wolniej. W klubach. Na koncertach. W relacji z ludźmi. I choć Zachód nie stał się dla niego bramą do światowej kariery, okazał się czymś może ważniejszym. Nauczył go, że nie chce być produktem. Że bardziej niż podbijać świat chce znaleźć własny język. A ten język czekał na niego nie w Londynie ani Monachium. Czekał po polsku.
Soyka nie opowiadał tej historii jak człowiek skrzywdzony przez los. Raczej jak ktoś, kto zrozumiał reguły gry i poszedł dalej. Paradoksalnie właśnie to doświadczenie okazało się jednym z najważniejszych. Sukces nauczył go, że można wzlecieć wysoko. Porażka nauczyła go, że jeszcze ważniejsze jest wiedzieć, dokąd się leci. Czasem człowiek musi dojść do ściany własnych marzeń, żeby zrozumieć, gdzie naprawdę jest jego miejsce. Co ciekawe, po latach z podobnym dystansem patrzył również na własne jazzowe początki. Potrafił powiedzieć: „Śpiewałem z manierą, żeby się wyróżnić. Do jazzu trzeba dojrzeć”. Nie odbierał sobie talentu. Po prostu widział już dalej niż młody chłopak z Blubluli. W jego głosie nie było samouwielbienia. Była droga. Rozwój. Ciągłe szukanie. Bo tak naprawdę coraz mniej interesowało go bycie najlepszym wokalistą jazzowym w Polsce. Coraz bardziej fascynowała go piosenka. Prosta i prawdziwa. Taka, która trafia nie tylko do koneserów siedzących w klubie jazzowym przy stoliku z lampką wina. Tylko taka, którą można zanucić przy kuchennym stole. Na spacerze. W pociągu. „Cały czas marzy mi się, żebyśmy mieli więcej piosenek, które wszyscy mogą zaśpiewać czy zagwizdać” – mówił. I może właśnie tutaj znajduje się prawdziwy początek następnego rozdziału tej historii. Nie w kontrakcie z RCA. Nie w zachodnich studiach nagraniowych. Prawdziwa zmiana dokonywała się gdzieś głębiej. W samym Soyce. Coraz wyraźniej czuł, że jego język znajduje się gdzie indziej. Bliżej ludzi. Bliżej polskich słów. Bliżej opowieści, które można śpiewać razem.
Kiedy wrócił do Polski w 1988 roku, był już innym człowiekiem. Nadal był gwiazdą jazzu. Nadal wypełniał sale. Nadal zachwycał improwizacją. Ale coraz wyraźniej czuł, że jego historia nie kończy się na jazzie. Jakby przez wszystkie te lata szedł długim korytarzem pełnym muzyki, a gdzieś na końcu zaczynał dostrzegać uchylone drzwi. Jeszcze nie wiedział, że za nimi czekają polskie teksty. Yanina. Tolerancja. Absolutnie nic. Tysiące koncertów. Publiczność liczona już nie w setkach, lecz w tysiącach. Nie wiedział, że za chwilę stanie się kimś więcej niż jazzmanem. Ale przeczuwał, że najważniejsza podróż dopiero się zaczyna. Jakby wszystkie dotychczasowe lata były jedynie długim, pięknym preludium. Jakby chłopiec siedzący kiedyś przy organach dziadka miał za chwilę usłyszeć pierwsze takty własnego przeznaczenia. Jakby cała ta droga – od Wisły Małej, przez jazzowe kluby, londyńskie studia i zachodnie rozczarowania – prowadziła właśnie do miejsca, w którym po raz pierwszy naprawdę odnajdzie własny głos.
To wtedy Sojka stał się Soyką. Jeszcze nie w muzyce. Najpierw na papierze. W materiałach promocyjnych, w zachodnich dokumentach, w katalogach wytwórni. Jedna litera. Niewielka zmiana. Miało być łatwiej. Dla angielskich dziennikarzy, niemieckich producentów, radiowych prezenterów. Ale po latach trudno oprzeć się wrażeniu, że była to zmiana znacznie większa niż tylko korekta pisowni. Jakby wraz z tą jedną literą zaczynała się nowa opowieść. Sojka był chłopcem ze Studzionki, który słuchał organów dziadka i śpiewał w kościele. Soyka miał zostać artystą świata. Człowiekiem próbującym rozmawiać z Londynem, Berlinem i Nowym Jorkiem. Paradoks polegał na tym, że im dalej odjeżdżał od Śląska, tym bardziej zbliżał się do samego siebie. Jakby trzeba było przejść przez zachodni sen, żeby odnaleźć własny język. Jakby trzeba było zostać Soyką, żeby po latach naprawdę odnaleźć Sojkę.

„Życie to krótki sen. Biografia Stanisława Soyki”, Beata Biały, Wydawnictwo Otwarte
Kim naprawdę był Stanisław Soyka? Nowa biografia odsłania jego historię
„Życie to krótki sen” – śpiewał Stanisław Soyka. Przez ponad pięć dekad jego głos towarzyszył Polakom w chwilach radości, zwątpienia, zachwytu i zadumy. Był jednym z nielicznych artystów, którzy nigdy nie musieli udawać. Wystarczyło, że wyszedł na scenę.
Beata Biały stworzyła poruszający portret człowieka, którego publiczność pokochała za niezwykły talent i sceniczną charyzmę, ale przede wszystkim za autentyczność i czułość dla świata.
To opowieść o chłopaku ze Śląska, który zachwycił świat swoją muzyką. O artyście nieustannie poszukującym, ale też o mężu, ojcu, przyjacielu i człowieku głębokiej wiary. O jego sukcesach, kryzysach, zwątpieniach i sile pozwalającej mu zawsze wracać do tego, co najważniejsze – do muzyki, która może być jak modlitwa, ale tylko wtedy, gdy płynie prosto z serca.
W książce głos zabierają bliscy, współpracownicy i przyjaciele Soyki – odsłaniają nieznane dotąd kulisy życia jednego z najwybitniejszych polskich muzyków. Z ich wspomnień powstaje intymna opowieść o człowieku, który nigdy nie godził się na kompromisy. I za to go pokochaliśmy. Za to kochamy go nadal. Bo choć życie jest krótkim snem, są głosy, które zostają z nami na zawsze.
CZYTAJ TEŻ: Ostatnie pożegnanie ikony polskiej sceny. Prezydent Warszawy uczcił pamięć legendarnego artysty




























