Nie wychowali go do życia w luksusie. Rodzice Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego sporo wycierpieli i wpajali mu, że życie nie będzie go rozpieszczać. Kim są Stanisław i Ewa Lubomirscy?
Jan Lubomirski-Lanckoroński często mówi o historii rodu, obowiązkach związanych z nazwiskiem i rodzinnych tradycjach. Za tym wszystkim stoją jednak przede wszystkim jego rodzice: Stanisław Stefan Lubomirski-Lanckoroński i Ewa z domu Tarnawiecka. To oni nauczyli go, że tytuł nie zastępuje pracy, nazwisko nie gwarantuje łatwego życia, a rodzinne dziedzictwo ma sens tylko wtedy, gdy idzie za nim odpowiedzialność.

Dzieciństwo Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego niewiele miało wspólnego z bajkowym obrazem arystokratycznego życia. Nie dorastał w świecie nieograniczonego luksusu, pałacowej służby i pieniędzy czekających na kolejne pokolenie. Rodzice wychowywali go w krakowskiej rzeczywistości, naznaczonej wspomnieniem wojny, komunistycznymi represjami, walką o rodzinne mienie i koniecznością zaczynania niemal od początku.
Kim są rodzice Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego?
Ojcem Jana jest Stanisław Stefan Lubomirski-Lanckoroński, urodzony 4 lipca 1931 roku w Warszawie. Matką – Ewa Maria z domu Tarnawiecka, młodsza od męża o kilkanaście lat.
Para pozostaje razem od ponad pół wieku. W rozmowie z Żurnalistą Jan wspomniał, że jego rodzice są pod tym względem rzadkim wyjątkiem.
„Moi rodzice są razem już 55 lat w ogóle chyba. Tak, 56 już nawet chyba w tym roku” – mówił w podcaście Żurnalisty.
Choć publicznie znacznie częściej pojawia się postać Stanisława, z opowieści Jana wynika, że oboje rodzice mieli ogromny wpływ na jego charakter. Ojciec przekazywał historię rodu i rodzinny etos, matka pilnowała zasad, dyscypliny i odpowiedniego zachowania.
Stanisław Lubomirski dorastał w cieniu wojny
Stanisław był pierworodnym synem księcia Stefana Kazimierza Lubomirskiego i Krystyny Lubomirskiej. Dzieciństwo spędził w Kruszynie pod Częstochową. Wraz z młodszym bratem Janem uczył się w domu pod okiem nauczycieli i guwernera. Chłopcy poznawali przedmioty ogólne oraz języki obce, przede wszystkim niemiecki i francuski.
Starannie zaplanowaną edukację przerwała II wojna światowa.
Rodzina znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Stefan Kazimierz Lubomirski działał w organizacjach podziemnych, był związany ze Związkiem Zachodnim. Według rodzinnych przekazów znalazł się na liście osób przeznaczonych przez Niemców do rozstrzelania.
W 1944 roku okupanci odkryli w domu Lubomirskich magazyn lekarstw przeznaczonych dla Armii Krajowej. Rodzice Stanisława zostali aresztowani. Groził im transport do Auschwitz, ostatecznie trafili jednak do więzienia przy Montelupich w Krakowie.
Stefan Kazimierz zmarł w 1948 roku. Jego wnuk mówił o tym po latach bardzo dosadnie. „Mój dziadek zmarł w roku 1948, wykończony najpierw przez Gestapo, a później przez UB” – powiedział Jan Lubomirski-Lanckoroński w podcaście Żurnalisty.
Dla Stanisława była to trauma, która ukształtowała całe jego późniejsze życie. Wchodził w dorosłość bez ojca, z doświadczeniem wojny i świadomością, że pochodzenie rodziny może stać się powodem represji.

Zamiast humanistyki dostał metalurgię
Stanisław interesował się historią i naukami humanistycznymi. W czasach stalinizmu nie mógł jednak swobodnie wybrać swojej drogi.
„Profesorowie pomagali mojemu ojcu na studiach metalurgicznych, bo takie studia zostały mu wybrane przez ówczesne władze bierutowskie zamiast studiów humanistycznych” – opowiadał Jan u Żurnalisty.
Ojciec Jana został inżynierem metalurgiem i podjął pracę w Hucie im. Lenina. Nie był to wybór, o którym marzył, ale potrafił odnaleźć się także w narzuconych warunkach.
Jego obecność w hucie budziła zainteresowanie. Dla części pracowników książę pracujący fizycznie w państwowym zakładzie był czymś niezwykłym. Wokół rodziny nadal krążyły też legendy o ukrytych fortunach.
„Stasiu, ale po co ty tę pensję bierzesz? Przecież ty, jak wracasz do domu, to sobie odkręcasz kurek w ścianie i złote monetki z tego lecą” – mieli żartować robotnicy, o czym Jan opowiedział w rozmowie z Żurnalistą.
Rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej.
Ojciec Jana był prześladowany w PRL
Komunistyczne władze przez lata traktowały rodzinę Lubomirskich jak politycznie podejrzane środowisko. Stanisław miał trudności zarówno ze studiami, jak i pracą. Nie został również dopuszczony do służby wojskowej.
„Mój ojciec wyraźnie dostał informację, kiedy mieli go powołać do armii, że człowiek, którego stryj jest adiutantem generała Andersa, w Ludowym Wojsku Polskim nie będzie służył” – wspominał Jan w podcaście Żurnalisty.
Rodzina żyła też pod jednym dachem z funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa. Część ich mieszkania została przymusowo zajęta.
„Spotykałem się z oficerami UB na klatce schodowej naszej kamienicy, ponieważ zamieszkiwali oni część naszego mieszkania” – mówił Jan.
Te doświadczenia nie zmieniły jednak Stanisława w człowieka zgorzkniałego. Syn wspomina go jako osobę pełną humoru, dystansu i wewnętrznej siły.
Ojciec opowiadał mu historię rodu
Jan od najmłodszych lat interesował się dziejami rodziny. Najważniejszym rozmówcą był dla niego właśnie ojciec.
„Dopytywałem zawsze mojego taty, ale nie o sam tytuł, bardziej o rodzinę” – powiedział Jan Lubomirski-Lanckoroński w rozmowie dla TVN.pl.
Nie chodziło o książęcą tytulaturę ani o budowanie poczucia wyższości. Ojciec opowiadał mu o przodkach, historii Polski, zaangażowaniu Lubomirskich w sprawy publiczne i obowiązkach wynikających z rodzinnego nazwiska.
Jan określał te rozmowy jako pytania kierowane do „seniora rodu”. Stanisław nie uczył go, że pochodzenie daje specjalne prawa. Przeciwnie – pokazywał, że wiąże się ono z odpowiedzialnością.
„Zawsze była rozmowa o działaniu, o tym, w jaki sposób wpływaliśmy pozytywnie na kraj, i myślenie, co nadal możemy jeszcze wnosić” – mówił Jan dla TVN.pl.

Rodzice pomogli mu zbudować „pancerz”
Upadek komunizmu przyniósł rodzinie nie tylko nowe możliwości, lecz także ogromne zainteresowanie mediów. Arystokratyczne nazwiska ponownie pojawiły się w przestrzeni publicznej, często w atmosferze sensacji, niechęci i stereotypów. Jan przyznał, że już jako dziecko nauczył się chronić przed komentarzami. „Pancerz owszem, zbudowany bardzo wcześnie. Mam wrażenie, że pojawił się już nawet w szkole podstawowej” – opowiadał Żurnaliście.
Najważniejszą rolę odegrali tu rodzice. Tłumaczyli synowi, że nie powinien bezkrytycznie wierzyć w oskarżenia kierowane pod adresem całej grupy społecznej. „Moi rodzice mi zawsze tłumaczyli, dodając do tego odpowiednie przykłady, czyli książki, opowieści rodzinne i tak dalej” – mówił w tym samym podcaście.
Nie było to więc wychowanie oparte na pustych zapewnieniach. Rodzice sięgali do konkretnych wydarzeń, dokumentów i historii przodków. W ten sposób Jan uczył się oddzielać fakty od stereotypów.
Ewa Tarnawiecka była bardziej wymagająca
O ile Stanisław pełnił rolę rodzinnego kronikarza i przewodnika po historii, o tyle Ewa dbała o codzienne zasady. Jan przyznał u Żurnalisty, że to właśnie matka była bardziej surowa. „Dużo bardziej restrykcyjna była moja mama” – powiedział w podcaście.
Rodzice przypominali mu, że nazwisko oznacza konieczność zwracania szczególnej uwagi na zachowanie. Nie chodziło o surowe kary fizyczne. Jan mówił raczej o reprymendach, dyscyplinie i jasno określonych granicach. "Byłem do tego namawiany, zmuszany. Nie mogę powiedzieć, że pasem, bez przesady” – żartował w rozmowie z Żurnalistą.
W wychowaniu pomagała też ukochana ciocia Dorota, którą Jan nazywał przyszywaną babcią. To ona uczyła go zasad zachowania przy stole, pomagania innym i codziennych obowiązków.
„To wcale nie było tak, że służba sobie biegała w zamku i zawsze była na skinienie. Wręcz odwrotnie. My jako dzieci byliśmy zawsze przygotowywani do tego, że mamy pomagać, że mamy się ładnie zachowywać” – mówił.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
W domu obowiązywała dyscyplina
Stanisław opowiadał synowi o zasadach panujących w jego własnym dzieciństwie.
„Mój tata mi opowiadał z czasów przedwojennych, że nie wolno im było chociażby siedzieć z dorosłymi przy stole” – wspominał Jan u Żurnalisty.
W domu Jana nie było już aż tak surowo, ale wyraźny podział na świat dzieci i dorosłych nadal pozostawiał ślad. Dobre maniery, szacunek do innych i pomoc przy codziennych obowiązkach były czymś oczywistym.
Taki model wychowania nie miał jednak tworzyć sztucznego dystansu. Miał nauczyć dzieci samodyscypliny i świadomości, że uprzywilejowane pochodzenie nie zwalnia z obowiązków.
Rodzina żyła znacznie skromniej, niż przypuszczano
Jednym z największych mitów otaczających rodzinę Lubomirskich było przekonanie, że za znanym nazwiskiem kryje się niewyczerpany majątek. „Tych pieniędzy specjalnie nigdzie nie było. Nikt ich nam nie dosypywał” – mówił Jan dla TVN.pl. W czasach PRL rodzina korzystała z pomocy krewnych mieszkających poza Polską. Szczególne znaczenie miało wsparcie Karoliny Lanckorońskiej. „Nasza ciotka Karolina Lanckorońska przesyłała nam na miesiąc około 50 dolarów” – opowiadał Jan u Żurnalisty.
W tamtych czasach była to realna pomoc. Za te pieniądze można było kupić żywność i podstawowe produkty. „Wtedy mogliśmy kupić mięso i takie rzeczy” – dodał. Pomagał także brat Stanisława, Jan Leon Lubomirski. Przesyłał rodzinie towary z zagranicy, w tym papierosy Marlboro, które można było wymienić na trudno dostępne produkty. „Mój tata wstawał około czwartej nad ranem po mięso” – wspominał Jan. To zdanie najlepiej pokazuje, jak daleko codzienność Lubomirskich odbiegała od wyobrażeń o arystokratycznym luksusie.
Karolina Lanckorońska była dla nich kimś więcej niż krewną
Karolina Lanckorońska należała do najważniejszych postaci w powojennej historii rodziny. Była historyczką sztuki, działaczką konspiracyjną, więźniarką Ravensbrück i współtwórczynią Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie.
Przez lata wspierała polskich naukowców i instytucje, przesyłała do kraju lekarstwa, książki oraz pieniądze. Pomagała również bliskim.
„Ciocia Karolina Lanckorońska, która traktując mnie trochę jak późnego wnuka, pomagała moim rodzicom” – mówił Jan dla TVN.pl.
Jej postawa była bliska temu, czego Stanisław uczył syna: rodzinne dziedzictwo nie powinno służyć wyłącznie pielęgnowaniu własnej legendy. Powinno prowadzić do konkretnych działań.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Facebook i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Rodzice długo nie wiedzieli, czy przejmować rodzinne kamienice
Po 1989 roku rodzina odzyskała możliwość zarządzania krakowskimi kamienicami. Nie oznaczało to jednak nagłego powrotu do bogactwa.
Budynki były w fatalnym stanie. Część z nich nadawała się niemal do rozbiórki, a czynsze nie wystarczały nawet na podstawowe remonty.
„Moi rodzice bardzo długo się zastanawiali, czy przejmować to zarządzanie od Skarbu Państwa, bo to było tylko obciążenie” – opowiadał Jan Żurnaliście.
Sam zaczął pomagać im jeszcze jako bardzo młody człowiek.
„Bardziej pomagałem rodzicom, niż byłem jakimś zarządcą” – zastrzegał.
To doświadczenie miało później ogromne znaczenie dla jego zawodowej drogi. Jan związał się z rynkiem nieruchomości, ale jego początki nie polegały na zarządzaniu wielkim majątkiem. Były raczej nauką łatania przeciekających dachów, rozmów z lokatorami i dokładania własnych pieniędzy do nierentownych budynków.

Walka ojca wpłynęła na wybór studiów
Jan został prawnikiem i radcą prawnym. Jak przyznał, jednym z powodów była wieloletnia batalia ojca o odzyskanie rodzinnych dóbr.
„Jednym z powodów gdzieś tam z tyłu głowy była batalia mojego ojca o odzyskiwanie pewnych rzeczy” – mówił u Żurnalisty.
Rodzinie udało się odzyskać niewiele. Jan nie ukrywał rozczarowania polskim brakiem kompleksowej reprywatyzacji, zwłaszcza w porównaniu z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej.
Jednocześnie nie chciał budować życia wyłącznie wokół poczucia krzywdy. Zamiast czekać, aż historia odda rodzinie wszystko, co utraciła, postawił na własną działalność.
Ojciec wprowadzał go w pracę społeczną
Po 1989 roku Stanisław zabierał syna na spotkania związane z ochroną rodzinnego dziedzictwa.
„Najpierw szkolne, później z moim ojcem w wyjazdy dotyczące Zamku w Wiśniczu czy współpracy z ówczesnymi władzami samorządowymi” – wspominał Jan dla TVN.pl.
Była to praktyczna lekcja tego, że historia nie kończy się na rodzinnych opowieściach. Trzeba jeszcze walczyć o zabytki, rozmawiać z samorządami i angażować się w sprawy publiczne.
Z czasem Jan przejął wiele z tych obowiązków. Rozwija działalność Fundacji Książąt Lubomirskich, angażuje się w projekty społeczne i promuje historię rodu. Sam podkreśla, że nie chce być „kanapowym księciem”.

Rodzice nie wprowadzili go do świata wielkiego biznesu
Jan otwarcie mówi, że jego rodzice nie należeli do środowiska największych polskich przedsiębiorców.
„Moi rodzice zupełnie byli poza tym środowiskiem” – powiedział u Żurnalisty, wspominając początki swojej biznesowej drogi.
Nie dostał więc od nich gotowych kontaktów, ogromnego kapitału ani pozycji w świecie finansów. Otrzymał coś innego: odporność, historię, zasady i przekonanie, że na własne nazwisko trzeba zapracować.
Stanisław nauczył go patrzeć na rodzinne dzieje bez idealizowania ich i bez wstydu. Ewa pilnowała, by za historycznym nazwiskiem szło odpowiednie zachowanie. Oboje pokazali mu, że nawet najbardziej znany rodowód nie zwalnia z codziennych obowiązków.
Właśnie dlatego opowieść o rodzicach Jana Lubomirskiego-Lanckorońskiego nie jest historią o złotych monetach ukrytych w ścianach. To historia o wojnie, stracie, represjach, kolejkach po mięso i zrujnowanych kamienicach. Ale także o humorze, rodzinnej pamięci i przekonaniu, że dziedzictwo nie jest tym, co się posiada. Jest tym, co robi się dalej.
Źródła: podcast Żurnalista, tvn.pl, Fundacja Książąt Lubomirskich facebook, fundacjalanckoronskich.org, Sejm Wielki (genealogia i rodzina). Rodovid (wykształcenie, działalność społeczna)