Zanim jego nazwisko zaczęło pojawiać się na pokazach, a jego projekty trafiły do garderób gwiazd, Mariusz Przybylski zaczynał od noszenia toreb z ubraniami i proszenia w sklepach o wypożyczenie rzeczy do sesji. Z małego miasteczka w Wielkopolsce ruszył najpierw do Łodzi, potem do Warszawy, konsekwentnie stawiając na własną drogę. W rozmowie z Katarzyną Piątkowską dla „VIVY!” wraca do pierwszych zawodowych kroków, pracy stylisty i decyzji, która otworzyła mu drzwi do świata mody. Dziś słynny projektant mówi o tym z przekonaniem człowieka, który od początku wiedział, że szczęściu trzeba czasem odważnie wyjść naprzeciw.
WIDEO…
TYLKO W VIVIE! Mariusz Przybylski o początkach kariery. Tak wyglądała droga słynnego projektanta
- Pierwszą kolekcję zaprezentowałeś 21 lat temu. Od tamtej pory wiele się zmieniło, ale nie zmienił się Twój profesjonalizm, perfekcyjnie uszyte stroje i to, że na Twoich pokazach pojawiają się znane osoby, takie jak Sebastian Karpiel-Bułecka, Krzysztof Zalewski, Reni Jusis…
Z nimi się trzymam, to całkiem bliscy mi ludzie i czasami opowiadamy sobie o prywatnych rzeczach, czasami nasze rozmowy są bardzo głębokie, ale to nie jest tak, że jesteśmy w codziennym kontakcie i każdego wieczoru rozmawiamy przez telefon. Takich moich najbliższych przyjaciół mam zupełnie gdzie indziej, poza show-biznesem. I to się nie zmieniło. Choć zmieniło się zupełnie moje podejście do pracy. Kiedyś mi się wydawało, że jeśli nie będę pracował, będę bezużyteczny. Wierzyłem, że tylko dzięki temu, co robię, jestem coś wart. W związku z tym pozwoliłem, żeby praca zdominowała całe moje życie, bo dzięki niej miałem poczucie sensu i przydatności. Długo musiałem pracować nad sobą, żeby tego wartościowego człowieka, jakim jestem, znaleźć w oderwaniu od pracy. [...]
– W czasach, kiedy zaczynałeś, studia na wydziale projektowania ubioru to był niszowy kierunek.
I jedyny taki w Polsce. Moi rodzice załamywali ręce, bo marzyli o tym, że zdobędę zawód, który pozwoli mi spokojnie żyć. Bali się o mnie, ale nigdy nie stanęli mi na drodze do realizacji marzeń. To był jednak najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać, bo on był po prostu szczery. Mój tata miał swoją firmę i, jak mówiłem, budował wodociągi. Bardzo dobrze pamiętam moją ostatnią rozmowę z nim, choć nie sądziłem wtedy, że nigdy więcej z nim nie porozmawiam. Zapytałem go wtedy, czy jest coś, czego żałuje, z czego jest niezadowolony. A on powiedział: „Mam super życie. Uwielbiam projektować wodociągi, bo dzięki mojej pracy ludzie mają wodę. Jestem szczęściarzem”. Wtedy pojawiło się u mnie zupełnie nowe spojrzenie na pracę, wyraźnie zrozumiałem, że nie muszę robić nie wiadomo jakich rzeczy, żeby być spełniony i szczęśliwy. Wystarczy, że to, co się robi, robi się z miłością.
Mariusz Przybylski, VIVA! 19/2026.
– I pasją.
Tej mi nie brakuje. Mam to szczęście, że robię to, co kocham. Mam znajomych, którzy nie posłuchali siebie i zrealizowali marzenia rodziców. Wybierali uczelnie, kierunki, które były im zasugerowane. Różnie się to pokończyło. Mój przyjaciel w wieku 45 lat przebranżowił się. Skończył politechnikę, bo tak chcieli rodzice, a dzisiaj pracuje jako psychoterapeuta. Ja jestem niezwykle wdzięczny moim rodzicom, że nigdy nie wpadli na pomysł, żeby mi nie pozwolić podążać swoją drogą.
– Od czego zacząłeś?
Zatrudniłem się w Warszawie jako asystent stylisty Marcina Sashy Łasiewickiego. Moja praca polegała głównie na noszeniu toreb z ciuchami i błaganiu w różnych sklepach, żeby mi coś wypożyczono do sesji. To były czasy, kiedy nie było showroomów, a sprzedawcy i właściciele sklepów patrzyli na takich ludzi jak ja z niepokojem, co my w ogóle od nich chcemy. To, co robiliśmy, było dla nich szaleństwem. Potem sam zostałem stylistą, zacząłem pracować dla magazynów i w reklamie. Często sam projektowałem i szyłem ubrania do tych sesji, a ponieważ nie miałem za dużo pieniędzy, kupowałem w second handach rzeczy i tworzyłem z nich zupełnie coś nowego. Aż nagle moja ówczesna przyjaciółka, która pracowała w marketingu w wielkiej firmie, powiedziała, że to już najwyższa pora na pierwszy pokaz.
– I dałeś się namówić.
Dałem, ponieważ jej udało się znaleźć partnerów na ten pokaz, bo ja nie miałem go za co zorganizować. Odbył się w Koneserze, który był jeszcze przed remontem i był bardzo niszowym, industrialnym miejscem, w sam raz dla początkującego projektanta. Przyszło nawet kilka gwiazd, które poznałem podczas robienia sesji. Do dzisiaj wzrusza mnie, że ktoś chce przyjść na mój pokaz i poświęcić dla mnie swój wolny czas, aby zobaczyć nową kolekcję.
Mariusz Przybylski, VIVA! 19/2026.
– Jesteś odważny?
Tak, zdecydowanie, i aby być odważnym, wcale nie trzeba skakać na bungee czy uprawiać sportów ekstremalnych. Byłem odważny, kiedy z małego miasteczka w Wielkopolsce pojechałem na studia do Łodzi. Byłem odważny, gdy zrozumiałem, że muszę jechać do Warszawy, bo jeśli mam zajmować się modą, to tylko tam. I byłem odważny, gdy zdecydowałem się na pierwszy pokaz. Choć wtedy zarabiałem już niezłe pieniądze, bo pracowałem jako stylista głównie w reklamie. Ale postawiłem wszystko na jedną kartę. I mimo tego, że przez długi czas jeszcze telefon z propozycjami dzwonił i dzwonił, konsekwentnie mówiłem „nie”. Dziś jestem odważny, bo robię to, co kocham, i robię to najlepiej, jak potrafię. Nie po to, aby się komuś przypodobać lub by komuś coś udowodnić, ale dlatego, by te moje umiejętności przejawić, by się nimi podzielić.
Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 8 października.
Wywiad: Katarzyna Piątkowska