Moda od lat jest jego językiem, sposobem na życie i przestrzenią, w której może być naprawdę sobą. Mariusz Przybylski ubiera największe polskie gwiazdy, ale za sukcesem stoją także wybory, zwątpienia i wartości wyniesione z domu. W wyjątkowej rozmowie z Katarzyną Piątkowską dla „VIVY!” projektant wraca do rodzinnych historii, wspomina dziadków, opowiada o wsparciu rodziców i o tym, jak ważne było dla niego podążanie własną drogą. „Mam to szczęście, że robię to, co kocham”.
WIDEO…
Mariusz Przybylski o swojej pasji! Od czego się zaczęło? Tylko w VIVIE! mówi wprost o początkach swojej drogi
– Co innego mógłbyś robić, niż zajmować się modą?
Mógłbym pracować jako kucharz.
– To też jest kreatywna praca.
Właśnie. Chciałbym trafić pod skrzydła jakiegoś wspaniałego szefa kuchni, żeby się od niego uczyć. Mógłbym też wrócić do malowania.
– Tu nic nie stoi na przeszkodzie, sklep dla plastyków jest bardzo blisko od miejsca, w którym jesteśmy.
I ja jestem tego coraz bliżej (śmiech). Odnalazłbym się też w psychologii.
– Tymczasem jednak nie zrezygnowałeś z mody.
I bardzo dużo się wokół niej dzieje. Mam nowe pomysły, nowe projekty, wróciłem na Fashion Week w Berlinie.
– A zaczęło się od…
Fascynacji garderobą mojego dziadka od strony mamy. Zresztą obaj dziadkowie byli bardzo ciekawymi osobami w moim życiu i obaj świetnie się prezentowali. Ale dla taty mojej mamy wygląd miał szczególne znaczenie. Był przystojny, zadbany i szył sobie na miarę garnitury. Nosił się bardzo klasycznie, robił to z wielkim wyczuciem, a mnie to szalenie fascynowało. Widział to i pozwalał mi się swoimi ubraniami bawić. Bywało czasami tak, że zakładałem na siebie te rzeczy i paradowałem w nich po domu. Ale przede wszystkim rozkładałem je na podłodze, układałem, przekładałem, tworzyłem kompozycje. Stylizowałem chyba. To, jak wyglądam, od dzieciństwa było dla mnie ważne. W przeciwieństwie do mojego brata, któremu było wszystko jedno, co na siebie założy, byleby już mógł z kumplami w piłkę grać. Gdy mama przynosiła nam rzeczy do ubrania się, on zakładał je i leciał na podwórko, a ja robiłem aferę, że to do tego nie pasuje i na pewno tego na siebie nie założę. Nie pamiętam tego, ale mama wiele razy wracała do tych opowieści i powtarzała, że była moim zachowaniem niezwykle zdumiona.
– Nie uciekniesz od przeznaczenia. Już wtedy wiedziałeś, że będziesz zajmować się modą?
Od dziecka miałem artystyczne pasje. Dużo rysowałem, malowałem, lepiłem. Pochodzę z rodziny, gdzie nie było żadnych takich zainteresowań. Moja mama całe życie przepracowała w banku, tata i brat skończyli studia na politechnice. Tata budował wodociągi, a brat jest geodetą. I w tym wszystkim byłem ja – artysta. Wniosłem nowy koloryt do tej rodziny (śmiech). Skończyłem liceum plastyczne, bo myślałem, że będę projektować wnętrza. Ale pod koniec szkoły zacząłem tworzyć pierwsze ubrania dla siebie i znajomych, pierwsze małe kolekcje i wsiąkłem. Co śmieszne, ja nie bardzo umiem szyć.
– To zaskakujące wyznanie jak na projektanta (śmiech).
Wtedy miałem zaprzyjaźnioną panią krawcową, która realizowała moje projekty. Mnie po prostu bardziej interesowała i nadal interesuje strefa kreatywna. Ale spodnie skrócić umiem (śmiech). Krawiec to jest zupełnie inny zawód niż projektant. To jest przepiękne rzemiosło. Gdy 20 lat temu poznałem Krzysztofa, krawca, z którym pracuję do dzisiaj, byłem już po studiach projektowania ubioru na ASP w Łodzi. Zobaczyłem, jak on szyje, i zrozumiałem, że nigdy mu nie dorównam. Postanowiłem zostać przy tym, w czym jestem dobry. Mocny czuję się w projektowaniu, konstrukcji, w kreacji. Zdradzę ci, jak to wygląda – najpierw rysuję projekty, potem przechodzę do upinania materiału na manekinie. Pierwszą formę wycinam sam, a później konsultuję z krawcem, czy to, co wymyśliłem, ma ręce i nogi.
Mariusz Przybylski, VIVA! 19/2026.
– W czasach, kiedy zaczynałeś, studia na wydziale projektowania ubioru to był niszowy kierunek.
I jedyny taki w Polsce. Moi rodzice załamywali ręce, bo marzyli o tym, że zdobędę zawód, który pozwoli mi spokojnie żyć. Bali się o mnie, ale nigdy nie stanęli mi na drodze do realizacji marzeń. To był jednak najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać, bo on był po prostu szczery. Mój tata miał swoją firmę i, jak mówiłem, budował wodociągi. Bardzo dobrze pamiętam moją ostatnią rozmowę z nim, choć nie sądziłem wtedy, że nigdy więcej z nim nie porozmawiam. Zapytałem go wtedy, czy jest coś, czego żałuje, z czego jest niezadowolony. A on powiedział: „Mam super życie. Uwielbiam projektować wodociągi, bo dzięki mojej pracy ludzie mają wodę. Jestem szczęściarzem”. Wtedy pojawiło się u mnie zupełnie nowe spojrzenie na pracę, wyraźnie zrozumiałem, że nie muszę robić nie wiadomo jakich rzeczy, żeby być spełniony i szczęśliwy. Wystarczy, że to, co się robi, robi się z miłością.
– I pasją.
Tej mi nie brakuje. Mam to szczęście, że robię to, co kocham. Mam znajomych, którzy nie posłuchali siebie i zrealizowali marzenia rodziców. Wybierali uczelnie, kierunki, które były im zasugerowane. Różnie się to pokończyło. Mój przyjaciel w wieku 45 lat przebranżowił się. Skończył politechnikę, bo tak chcieli rodzice, a dzisiaj pracuje jako psychoterapeuta. Ja jestem niezwykle wdzięczny moim rodzicom, że nigdy nie wpadli na pomysł, żeby mi nie pozwolić podążać swoją drogą.
Cały wywiad w nowym numerze VIVY! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 8 października.
Wywiad: Katarzyna Piątkowska
Mariusz Przybylski, VIVA! 19/2026.