WYWIADY VIVY!

Michał Witkowski: „W mieście, na ulicy nie lubię się wyróżniać. Chodzę ubrany jak szara myszka”

„Zresztą w tłumie zadepczą, nikt by tych butów nie zauważył”

Magazyn VIVA! 18 maja 2020 06:31

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Romana Praszyńskiego z Michałem Witkowskim. Wywiad ukazał się w styczniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Michał Witkowski wywiad

Dlaczego ceniony pisarz zmienił się w modową blogerkę, Miss Gizzi, i w ekstrawaganckich stylizacjach bryluje na salonach? Jaka jest tajemnica przemiany Michała Witkowskiego, bada Roman Praszyński. Odkrywa jego uzależnienie od kariery, antydepresantów i chronicznej samotności. Takiego wywiadu jeszcze nie było! Wywiad ukazał się w styczniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Michał Witkowski zyskał sławę 10 lat temu, pisząc kultowe już „Lubiewo”. Śmiałą obyczajowo powieść przetłumaczono na 30 języków. W Polsce zapewniła mu miejsce wśród finalistów Nike 2006. Rok później dostał Paszport „Polityki”. Od trzech lat wydaje kryminały. Ale mało mu popularności pisarza. Woli być „modową blogerką”. Jako Miss Gizzi prowadzi modowego bloga i pojawia się na modowych imprezach. Prowokuje, szokuje, ściąga uwagę mediów. Piszą o nim wszystkie plotkarskie portale. Jest mistrzem lansu. Czy jest mu to potrzebne?    

 Naprawdę kupiłeś sobie złote buty? 

Tak, Yves Saint Laurenta. W show-biznesie skromność raczej nie popłaca. Teraz kupuję rzadziej, ale drożej. Wolę raz na miesiąc kupić coś naprawdę niezwykłego. 

Dzisiaj ich nie założyłeś?

W mieście, na ulicy nie lubię się wyróżniać. Chodzę ubrany jak szara myszka. Zresztą w tłumie zadepczą, nikt by tych butów nie zauważył. Zakładam je tylko na czerwony dywan, kiedy wystylizowany pojawiam się na imprezach modowych. A buty w domu trzymam w specjalnych saszetkach, wkładam do środka prawidła. Przechodzę w nich tylko od taksówki pod ściankę i z powrotem. Nie niszczą się, mogę je mieć naprawdę długo. Ostatnio zrobiłem podsumowanie, policzyłem, że w ciągu roku wydałem na buty 120 tysięcy złotych.

 Pisarz w Polsce tyle zarabia?

Jeżeli nazywa się Witkowski. Uwielbiam buty i muszę je mieć. Dlatego kasuję, gdzie mogę. Za występ w telewizji. Za poprowadzenie imprezy. Miss Gizzi, w którą się zamieniam, zmusza Witkowskiego do wielkiego wysiłku, żeby zarobił na jej wszystkie fanaberie. Zmusza też do pisania. 

 O co chodzi z tą Miss Gizzi?

Kiedy zacząłem wchodzić w świat mody, zrozumiałem, że najszybciej wkręcę się do niego poprzez bloga. Założyłem blog modowy pod pseudonimem „Miss Gizzi”. Myślałem o tym jak o wygłupie, teraz zrobiła się z tego całkiem poważna sprawa. Przeistaczam się w Miss Gizzi za każdym razem, kiedy w swojej stylówie idę na imprezę albo kiedy udzielam wywiadu. Natomiast muszę podkreślić, żeby to nie umknęło, że ja naprawdę poważnie interesuję się modą jako gałęzią sztuki czy kultury, zjawiskiem socjalnym itd.

 Po co Ci świat mody?

Zaczęło się od tego, że „VIVA! Moda” poprosiła mnie o zrobienie relacji z Fashion Week w Łodzi. Pojechałem tam z ekipą telewizyjną „Kulis sławy” TVN.  Robili o mnie program i wszędzie za mną jeździli. W Łodzi na pokazach zobaczyłem, jak te młode dziewczyny, blogerki celebrytki, robią za gwiazdy. Reżyser programu powiedział, że też muszę stanąć na ściance. Wszedłem tam, ale zero zainteresowania. Kotleciarze nie wiedzieli, kim jestem.

 Kotleciarze?

Fotografowie, którzy robią zdjęcia gwiazdom na ściankach. Pytali o mnie chłopaków z TVN: „Kto to jest?”. Ekipa śmiała się, że jestem pierwszym bohaterem „Kulis sławy”, którego nikt nie rozpoznaje.

 Afront?

Powiedziałem sobie: Ja to załatwię. I załatwiłem. Przez 10 miesięcy zawalczyłem o ścianki. Dziś już wszyscy kotleciarze wiedzą, kim jestem. 

 Ale po co?

Dla kariery. Uwielbiam sytuacje, kiedy jestem w centrum zainteresowania. Kiedy mnie fotografują, kiedy piszą o mnie portale. Sława, kariera – bo pieniądze mam – to mój cel. Poza tym jestem blogerem, piszę o modzie, zainteresowanie wokół mnie to również reklama mojego bloga.

 Przecież zrobiłeś karierę jako pisarz?

Powodzeniem cieszyło się „Lubiewo”, ale chyba jeszcze większym „Drwal”. Tylko że co innego być osobą publiczną w literaturze, a co innego na przykład w TVN-ie.

 Nie ma fleszy?

Też są, ale niesłychanie rzadko. Były, gdy najstarszy i najbardziej poważany teatr w Szwecji Göteborgs Stadsteater wystawił moje „Lubiewo” jako wielką inscenizację, z pięcioma zmianami scenografii. Na premierze byli król i królowa. Kłaniałem się
ze sceny. Dawałem wywiady dla
„Timesa”, „Le Monde”.

 Czyli teatr z królową i królem jest mniej ważny niż ścianka z kotleciarzem?

Posłuchaj, albo się jest ważnym, albo nie. Nie może być tak, że jesteś ważny, a obok za chwilę nie jesteś. Na imprezie modowej jest wyraźna hierarchia. Ważniejszy jest ten, kto na ściance ma więcej fotografów i przy kim dłużej stoją. 

Ale po co Ci ta hierarchia?

Wchodzę w nowe środowisko i muszę ją zdobyć. Zawsze tak robię. Myślisz, że to przyjemne przyjść na imprezę, gdzie pies z kulawą nogą się za tobą nie obejrzy? A wchodzi jakaś gówniara, która ci do pięt nie dorasta, i wszyscy dostają szału? I się drą, jakby królowa angielska wchodziła. 

Co Ty z tego masz?

Fajnie, jak ci faceci z tymi lufami aparatów tak się podniecają, gdy wchodzę. To bardzo erotyczne.

 Zaczynam rozumieć.

Wchodzisz stara, brzydka, gruba, a oni krzyczą. I cię chcą. Mam wtedy satysfakcję. Czuję się spełniony.

 Skąd taka potrzeba u Ciebie?

Urodziłem się z nią. Swoją grę w wybijanie się zacząłem już w przedszkolu. Wtedy dostałem główną rolę w teatrzyku i robiłem intrygi, żeby inne dzieci mnie nie wygryzły. W szkole też występowałem, uczyłem się dziesiątek stron na pamięć i marzyłem o show-biznesie. Strasznie żałuję, że nigdy nie próbowałem zdawać do szkoły aktorskiej. Że nie robiłem nic ze śpiewaniem. Z góry uznałem, że i tak mnie nie przyjmą. Pewnie by nie przyjęli, ale dlaczego nie próbowałem? 

 Skromność?

Lęk przed strasznym poniżeniem, że nie znajdę się na liście przyjętych. Więc zdałem tam, gdzie uznałem, że mam szansę. Na polonistykę.

 To częste u piszących.

Zrozum, nie zależało mi na pisaniu. Marzyłem o show-biznesie, gdzie pokazuje się swoje ciało na scenie, śpiewa albo recytuje. Ewentualnie prowadzi sylwester polsatowski na rynku we Wrocławiu. 

Nietypowy pisarz z Ciebie!

Jaki pisarz? Mam różne kompleksy, które flesze na ściankach bardzo dobrze leczą. Biorę kąpiele zdrowotne w ich świetle. Długo dawałem sobie wmówić, że jestem nieudacznikiem, który nic w życiu nie potrafi sobie załatwić.

 Kto tak mówił?

Sam widocznie godziłem się na takie postrzeganie, skoro w to wierzyłem. Z moim poczuciem wartości
było bardzo ciężko. Wiele terapii musiałem przejść – sam ze sobą i z innymi osobami – żeby to poczucie wartości obudzić. Byłem bardzo ładnym chłopakiem. Między 16. a 22. rokiem życia miałem urodę modela. Trójkątną twarzyczkę, wystające kości policzkowe, ważyłem może 45 kilogramów. Wydaje mi się, że wciąż należy mi się podziw ludzi. Nie mam już urody, ale przynajmniej chcę budzić podziw stylówami.

Jakim byłeś chłopakiem – oprócz tego, że ładnym?

Byłem skrzyżowaniem Wojaczka z bombą zegarową. Byłem totalnie niespełnionym nastolatkiem. Kimś, kto organicznie jest niezdolny do prowadzenia normalnego, szarego życia, w którym nie ma żadnych fajerwerków. Szkoła, stołówka, kartkówka z chemii? Nieee! Nie chciałem tego i stawiałem opór, olewałem szkołę. Miałem głębokie przeświadczenie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej.

Gdzie?

Pamiętasz „Dynastię”? Wszyscy moi znajomi oglądali ten serial. Jaraliśmy się światem bogaczy. Tyle że moi rówieśnicy wracali potem do swego zwykłego życia. A ja i moja przyjaciółka wciąż przy kawie i papierosach zastanawialiśmy się, gdzie jest ten lepszy świat. Przecież to niemożliwe, że te szare bloki to już wszystko! Jak tylko było można, moja przyjaciółka rzuciła szkołę i założyła firmę. 

 A Ty uciekłeś z domu?

Miałem 16 lat, w kieszeni dżinsów paszport i bilet do Wiednia. Wydawało mi się, że świat milionerów, gdzie ludzie rozbijają się rolls-royce’ami i piją szampana do rana, jest na wyciągnięcie ręki. I – co bardzo śmieszne – nie myliłem się. 

Znalazłeś go w Wiedniu?

Nie od razu. Dotarłem na wiedeński dworzec, kupiłem sobie kawę i zostałem całkiem bez kasy. 

Ryzykant.

Dałem sobie radę. Piszę teraz o tym powieść. Będzie to rozwinięta historia Dianki z „Lubiewa”. Samo się pisze i jest bardzo śmieszne. Wszyscy będą bardzo się cieszyć. 

 Twoi rodzice ucieszyli się, gdy uciekłeś?

Było mi ich wtedy trochę żal. Ale z drugiej strony byłem na nich strasznie wkurzony. Nieustannie się z nimi kłóciłem. Mieli pretensje, że się nie uczę, wagaruję, piję, palę. Kojarzyli mi się z ciągłą awanturą o wszystko. Dziś mogę ich usprawiedliwić, bo chociaż są psychologami z wykształcenia, mieli trudną sprawę z takim dzikim koniem.

 Napisałeś wtedy do nich?

Tak. Do dzisiaj mam ten list. Jest śmieszny i tragiczny. Pełen oskarżeń. Gdy go dziś czytam, mam wrażenie, że pisała go jakaś obca osoba. 

 Wróćmy do Wiednia.

Wszystko będzie w powieści. Zapraszam do księgarń w maju. Powiem tyle, że potem był Berlin, Monachium i Zurych. W Szwajcarii okazało się, że jest tak dobrze, że nie warto się nigdzie ruszać. Zostałem tam dwa lata, wynajmowałem mieszkanie. Zacząłem myśleć, żeby załatwić sobie prawo stałego pobytu.

Dlaczego więc wróciłeś?

Mój ówczesny chłopak – w powieści będzie występował jako bogaty Szwajcar – powiedział, że się marnuję. Że powinienem się uczyć, bo mam bogatą wyobraźnię. Powinienem być artystą. Więc po dwu latach wróciłem. Szwajcar zapewnił mi stypendium, żeby Polska mi nie doskwierała. Na polonistyce miałem najlepsze ciuchy. 

 Gorzkie zetknięcie ze zwykłym życiem?

Wtedy zacząłem brać prozac. On potrafi wygnać z ciebie wszelkie marudzenie. Miałem różne doły, a z nim jestem wesoły i pełen chęci do działania.

 Dziś też brałeś antydepresanty?

Biorę nieprzerwanie od 1993 roku. Teraz już łączę dwupierścieniowe z trójpierścieniowymi, bo jestem uodporniony na zwykłą dawkę.

Próbowałeś odstawiać?

A po co? Przecież jestem szczęśliwy. Stać mnie na branie do końca życia.

 Jesteś uzależniony? 

Fizycznie nie. Ale te substancje wytwarzają wtórną osobowość. Jestem nastawiony na sukces. Bez humorków, bez dołów. Maszyna do produkcji sukcesu. 

Brzmi to smutno. Coś w sobie zagłuszasz.

Nie doszukasz się we mnie czerni. Niczego negatywnego nie znajdziesz. Jeżeli jest, to dobrze ukryte. Zamknięte głęboko w piwnicy.

 Nie chciałbyś się tym zająć?

Nie, panie doktorze. Gdy odwiedzam psychiatrę, nie badamy tej „głębi”. To już przeszłość. Teraz jest ważne, żeby wypisał dobrą receptę.

 A nie odstawisz dla poprawy wyglądu? Od tych prochów puchnie ciało.

Nie odstawię, bo pewnie bym się zabił. Dostałbym deprechy za te wszystkie lata na speedzie. I wtedy moja kariera ucierpiałaby bardziej niż od tej wody, która gromadzi się pod skórą. Nie odstawię, bo taki jest ten Witkowski, którego znacie. Jestem robotem. Wstaję rano i pracuję. Moja kariera jest najważniejsza.

Zaczęła się od głośnego „Lubiewa”. Wszedłeś na rynek literacki z przytupem.

Tak, ale po 10 latach niepowodzeń. Wciąż pisałem rzeczy, które nikogo nie obchodziły. Już straciłem wiarę, że coś mi się uda. Gdy wróciłem do Polski, rodzice wmówili mi, że wypada być pracownikiem uniwersytetu. Że to jest prawdziwa inteligencka kariera. I nagle okazało się, że tkwię w pułapce. Robię doktorat, który mnie kompletnie nie interesuje. Prowadzę zajęcia z teorii literatury na uniwersytecie, którego nie znoszę. Wydawało mi się, że moje życie jest już skończone. Nic się  nie wydarzy do samej śmierci.

Mafia Ci pomogła?

Ojciec mojej koleżanki był gangsterem. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast chciałem go poznać. Bo ja się nie boję. Każdego doję z jego opowieści. Tato koleżanki miał bardzo krwisty język. Pełno jego opowiadań wsadziłem później do „Barbary Radziwiłłówny”. Koleżance bardzo zależało, żeby „Lubiewo” wydać, więc poprosiła tatę o pożyczkę. Zgodził się, dla niego to nie były poważne pieniądze. 

 Nie bałeś się wydać tak prowokacyjnej obyczajowo literatury?

Byłem bardzo zdeterminowany. Wiedziałem, że to bomba, która albo wyniesie mnie na szczyt, albo urwie głowę. Jeżeli ludzie uznają, że to literatura wysoka, wygrałem. Jeżeli osądzą, że to pornografia i fizjologia, wywalą mnie z uniwersytetu. Stracę nawet to małe, co mam. Ale wiedziałem, że muszę zaryzykować.

 Udało się.

Przetłumaczono „Lubiewo” na 30 języków, razem sprzedało się w ponad milionie egzemplarzy i – jeśli dobrze liczę – zarobiłem na nim też grubo ponad milion. Więc chyba tak. Ale media miały ze mną kłopot. Nie wiedziały, czy traktować mnie jak mamę Madzi, czy jak Güntera Grassa? Do dziś mają ten problem. 

 A Ty jak o sobie myślisz? Jak o poważnym pisarzu?

Co ty znowu z tym pisarzem? A gdybyś tak pomyślał o mnie jak o producencie książek? Piszę je dla kasy. A poza tym nie interesuje mnie, jakie są oczekiwania wobec pisarza. Jak ktoś mi mówi, że pisarz nie może się tak ubierać albo zachowywać, to ja nie chcę takiej narzuconej tożsamości. To rola nie dla mnie. Ja jestem kolorową kurą show-biznesu.

Słyszałem, jak Mariusz Szczygieł na publicznej imprezie zastanawiał się, czy Ty to robisz z rozpaczy?

Niby co robię z rozpaczy? Błyszczę na salonach? Nie, robię to dla radości i przyjemności. To daje mi szczęście, a ja idę tam, gdzie szczęście. Przygoda z modą trafiła mi się w najlepszym momencie. Moje życie zastygło już w samozadowoleniu. Byłem pisarzem, który może cały dzień spać, chodzić do teatru, nic nie robić. Raz na tydzień coś napisze. Może sobie kupić buty, ale we Wrocławiu nawet nie ma gdzie ich pokazać. Myślałem sobie: A co ja mogę robić? Znów do Międzyzdrojów pojadę po sezonie? Dalej będę siedział w parku i gapił się godzinami na morze? A nocą czytał Dostojewskiego ósmy raz?

Nudy?

Najgorsze, że tak miało być dalej, nic nowego do końca. Znów pójdę do kostnicy zrobić sekcję, niby że zbieram materiały do książki? Albo pogadam ze strażakami, bo szukam opowieści z „prawdziwego życia”? I wtedy pojawiła się nowa szansa. Nowy świat. Mam drugie życie. 

Powiedziałeś niedawno, że kariera kręci Cię bardziej niż seks.

Jeżeli chodzi o seks, to swoje już przeżyłem. Teraz spełniam się inaczej. Całą energię pakuję w moje bycie na salonach. Czy wiesz, ilu  zabiegów wymaga przygotowanie jednej kreacji? Kilka tygodni przed imprezą muszę wszystko rozrysować. Cały strój. Jadę do mojego dyrektora artystycznego do Łodzi, żeby ustalić, jaki będzie kapelusz. Wszystko jest szyte na miarę. Gdybyś mnie zobaczył przed samym pokazem – kłębek nerwów. Ja eksponuję siebie, jakbym pokazywał obraz w galerii. Moda to nie tylko sztywne garsonki. Mało kto rozumie u nas, że dzięki takim dziwadłom i cudownym wariatom, jak Boy George, Lady Gaga, Isabella Blow, Christina Viera czy Anna Piaggi moda posuwa się do przodu. Te nazwiska to kontekst dla mojej postaci. Przecież nie jestem, że tak powiem, „postacią bez precedensu”. Robię to samo co one. Ostatnio nawet kupiłem dwa kapelusze od Philipa Treacy – ich ukochanego projektanta.

 A życie prywatne? Masz takie?

Nigdy w życiu nie byłem z nikim w żadnym związku. 

 O, jestem w szoku.

Jak byłem mały, to się zakochiwałem w co drugim. Na krótko. Jestem samotnikiem. Chodzę własnymi drogami i tak jest mi dobrze. Kiedy miałem pierwsze nieudane związki, na początku liceum, wtedy kilka razy kopnął mnie prąd. A w takim wieku podcina się żyły natychmiast. Każde porzucenie, zdrada to straszna tragedia. Dalej już nie ufałem. Bałem się, że mnie pokopie po raz kolejny. 

 Dochodzisz czterdziestki, przez tyle lat nic?

Jak tylko ktoś się pojawiał, szybko zaczynał mi działać na nerwy. Marzyłem, żeby się skończyło. Wspólne mieszkanie jest w stanie zniszczyć każdą miłość. Za dużo jest tej osoby. Dzień i noc. Muszę mieszkać sam. Mogę spotkać się z kimś, ale w kawiarni. Raz na tydzień na godzinę. I to jest dobre dawkowanie. 

A gdy chcesz się zwierzyć, do kogo idziesz?

Nie zwierzam się nawet przyjaciołom. Z niektórych kłopotów mogę się zwierzyć rodzicom. Nie ma we mnie takiej potrzeby, żeby iść do kogoś i się wypłakać. Cierpię w samotności. W samotności przeżywam swoje porażki.

A radości?

Nauczyłem się reżyserować swoje święta. Na przykład niedawno minęło pięć lat, odkąd nie piję, nie palę i nie biorę środków nasennych. To pretekst do fajnego święta. Takie chwile celebruję w samotności. Masaż w Bristolu, jakieś zakupy. Potem wracam do domu, rozpakowuję sobie te rzeczy i sam je oglądam.

 Nie tęsknisz za drugą osobą?

Do 16. roku życia tęskniłem. Potem w moim  życiu był ważny tylko seks. Miałem dużo partnerów, ale nie było w tym uczucia. Raczej mania seksualna. A takie latanie za seksem to jedno wielkie niespełnienie. Ile byś tego nie miał, to wciąż będzie ci mało. Dlatego z ochotą rzuciłem się w pisanie. Ono wypełniło pustkę, złagodziło tęsknotę. Sukces moich książek dał mi posmakować, czym jest kariera. Zakochałem się w niej. Teraz kariera jest najważniejsza. Moja jedyna miłość. Oczywiście miewam romanse…

 A masz misję?

Chciałbym, jako Gizzi, osiągnąć kilka rzeczy: otworzyć polskich projektantów na bardziej eksperymentalne obszary mody, pokazać młodym ludziom, że mogą być bardziej sobą i nie muszą się ubierać tak, jak wymaga od nich środowisko. Taka ksywka: „Otwieracz” bardzo by mi odpowiadała. Otwieracz ludzi. I ludzie piszą do mnie listy, że się otworzyli dzięki mnie… 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANITA WERNER I MICHAŁ KOŁODZIEJCZYK Dziennikarka TVN i dyrektor redakcji Canal+ Sport. Dziennikarskie DNA połączyli, pisząc razem książkę. A wcześniej... zakochali się w sobie. WOJOWNICZKI Marsz na Wersal, „długi piątek” w Islandii, protesty w wyniku zaostrzenia prawa aborcyjnego w Polsce… Kobiety od zawsze musiały walczyć o swoje prawa. EWA WACHOWICZ – zaskakujący bilans 50-latki. PIOTR MACHALICA o dorastaniu, życiowych rebeliach, miłości i wolności. W cyklu EXTRA Słynny fotograf – Steve McCurry uchwycił w obiektywie niezwykłe relacje między zwierzętami a ludźmi.