Strona zawiera treści przeznaczone
tylko dla osób dorosłych

ARCHIWUM VIVY!

Festiwal Woodstock 1969: „Każdy, kto wystąpił w tym miejscu, przeszedł do historii”

Przyszło pół miliona ludzi. Weszli za darmo!

Redakcja VIVA! 15 lipca 2020 14:45

Finansowo to była katastrofa. Ale jako wydarzenie artystyczne i społeczne festiwal Woodstock 1969 przeszedł do legendy. Był szalony, piękny i naćpany. Jedyny taki w historii ludzkości. Zmienił Amerykę. Zmienił nas.

Tekst ukazał się w magazynie VIVA! w 2019 roku.

Ravi Shankar, wirtuoz sitary, przyszły ojciec Norah Jones, wyglądał, jak indyjski guru. Pastelowe szaty, bujna broda, uśmiech mędrca. Spojrzał z wielkiej sceny festiwalu Woodstock na pół miliona siedzącej na trawie publiczności i powiedział: „Zapytał mnie niedawno wnuk Mahatmy Gandhiego, co się dzieje w Ameryce. Odpowiedziałem, że Ameryka staje się jednością”. Na te słowa amerykańska młodzież rozebrana pod sierpniowym słońcem, napalona marihuaną, ukołysana wspólnotą, krzyczała do niego radośnie, machała rękami. Indyjski muzyk mówił dalej: „Nadchodzi czas, gdy Ameryka będzie dla świata przewodnikiem duchowym”. I choć trudno dziś w to uwierzyć, miał rację.

Pokolenie Woodstocku zmieniło kulturę. I nie chodzi tylko o rock’n’roll, LSD i wolną miłość. Młodzież lat sześćdziesiątych chciała lepszego świata, bez rasizmu, nierówności społecznych, wykluczenia ze względu na przekonania religijne czy orientację seksualną. Szła do więzienia za odmowę służby wojskowej i dawała się bić na wiecach poparcia dla gejów i lesbijek. Kultura hipisowska okazała się zaskakująco konsekwentna. Wprowadziła w świat nową muzyką, film, modę, media i polityczne wiece. Wszystkie te zjawiska miały w sobie ducha, który najlepiej objawił się tam – na łące należącej do potomka rosyjskich emigrantów, Maxa Yasgura, nieopodal miasteczka Bethel w stanie Nowy York z piątku 15 sierpnia na poniedziałek 18 sierpnia 1996 roku.

Miasto wolności

Tego festiwalu miało nie być. Mieszkańcy miejscowości Wallkill, gdzie organizatorzy zaplanowali występy, przestraszyli się, że hipisi zrujnują miasteczko w walkach ulicznych, będą napastować kobiety i zdemoralizują młodzież. Wymusili na władzach samorządowych zakaz. W ostatnich chwili przeniesiono festiwal na teren hodowcy bydła mlecznego w pobliże Bethel. Sprzedano dwieście tysięcy biletów, ale na miejscu pojawiło się pół miliona chętnych. Drogi na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów zostały zablokowane przez sznury samochody i wędrującą tysiącami młodzież. Szybko zabrakło benzyny na stacjach, a jedzenia w sklepach. Muzyków dowożono helikopterami. „Lot śmigłowcem nad tym ogromnym tłumem, to był nieziemski widok, oszałamiający i nie do zapomnienia.”, powiedział perkusista Michael Shrieve z Carlos Santana Band.

W czasach, gdy trwała zimna wojna, a Amerykanie ginęli w dżungli Wietnamu, młodzi chcieli innego świata. Chcieli miłości, wolności, ekstazy i wspólnoty. Dlatego przedzierali się na Woodstock. Na terenie farmy Maxa Yasgura i w pobliskim lesie zbudowali przez weekend swoje miasto z kilkuset tysięcy namiotów, kolorowych volkswagenów busów i żółtych autobusów szkolnych. Powstało drugie co do wielkości po Nowym Jorku „miasto” w stanie New York State. Organizatorzy nie mogąc opanować nadciągających tłumów, podjęli decyzję w iście hipisowskim stylu: „Od teraz festiwal jest darmowy”, powiedział ze sceny Michael Lang, jeden z organizatorów. Legenda Woodstock ruszyła.

Ciężarna kobieta

Cały festiwal był wielką improwizacją. Rozpoczął się z trzygodzinnym opóźnieniem. Pierwszy na scenie pojawił się Riche Havens, bard z Nowego Jorku. Miał wystąpić o wiele później, ale wiele zespołów utknęło w korkach, nie miał kto grać. Havens zaśpiewał zakontraktowany dwudziestominutowy program, a potem chciał zejść ze sceny. Sześć razy. Za każdym razem organizatorzy prosili: „Dasz jeszcze radę? No wróć tam, choćby na jedną piosenkę, prosimy”. Grał przez dwie godziny wszystkie kawałki, jakie pamiętał. Swoje protest songi przeplatał utworami Beatlesów i Boba Dylana. Publiczność była zachwycona. Potem na scenie pojawił się Swami Satchidanda, duchowy guru. Oficjalnie otworzył festiwal: „Jestem bardzo szczęśliwy, widząc, że wszyscy zebraliśmy się tutaj, aby tworzyć dźwięki, aby poprzez tę niebiańską muzykę odleźć pokój i radość”, powiedział. Tłum słuchał z uwagą. Głośno wyrażał radość, gdy usłyszał słowa, które wtedy tam wszystkim wydawały się prawdą: „Przyszłość całego świata jest w waszych rękach”. Taki był ten festiwal. Wszyscy wierzyli, że lepszy świat nadciąga. Woodstock przez weekend stał zrealizowaną utopią. Bez wojska, bez policji, bez pieniędzy rządził się po swojemu. Żył muzyką, seksem i nadzieją. Ze sceny podawano ważne komunikaty przez mikrofon: „Gdziekolwiek jesteś, Marilyn Cohen! Greg chce się z tobą spotkać przy punkcie informacyjnym, ponieważ chce się z tobą ożenić!” lub: „City McGee, jesteś pilnie proszony za kulisy. Twoja żona właśnie urodziła, gratulacje!”.

Pierwszy dzień o 2.30 nad ranem zakończył występ uwielbianej przez hipisów Joan Baez. Piękny głos i pacyfistyczne poglądy, pasujące do epoki. Była w szóstym miesiącu ciąży. Ojciec jej dziecka odsiadywał karę za odmowę służby wojskowej (nie chciał walczyć Wietnamie). Powiedziała: „Zaśpiewam ulubioną piosenkę mojego męża. Skuli mu ręce, skuli mu stopy, ogolili głowę, a on to wszystko poczciwie znosi”. Autorzy książki „Woodstock 1969. Najpiękniejszy weekend XX wieku” napisali: „Koncert był magiczny. Ciężarna artystka stała na wielkiej scenie, oświetlona słupem światła a wokół – na scenie i nad tłumem – panował mrok. Ludzie słuchali jej pośrodku nocy. Siedzieli na ziemi przytuleni do siebie i ogrzewali się wzajemnie. Pół miliona osób było wpatrzonych w jedną, ciężarną kobietę”. Joan Baez pożegnała się słowami: „Dobranoc. Przytulcie się do swoich braci i sióstr siedzących obok i miejcie piękny wieczór”.

Pełen odlot

Narkotyki były dostępne jak chleb. A może bardziej, bo jedzenia na festiwalu brakowało. Palono trawę, łykano kwas, dawano w żyłę. Halucynogenne środki dosypywano do jedzenia. Dla własnego bezpieczeństwa radzono pić tylko napoje z zamkniętych butelek. Członkowie hipisowskiej komuny, Hog Farm, którzy wzięli na barki karmienie festiwalowiczów (do ich garów stały długie kolejki), zorganizowali też „namiot złych odlotów”. Duży, wojskowy namiot, gdzie na kilkudziesięciu łóżkach kładziono tych, którzy przesadzili z dragami. Zajmowali się nimi woluntariusze aż do czasu, gdy byli w stanie o własnych siłach wrócić na łąkę przed estradą. Z estrady ostrzegano: „Niektórzy mówią, że ten brązowy kwas, który krąży to trucizna. Trzymajcie się od niego z daleka. Ale jak już musicie, weźcie tylko połowę”.

Młodzież, która zjechała z wszystkich Stanów chciała się bawić i kochać na pełnym odlocie. Gdy spadł deszcz, ludzie zrzucali ciuchy i ślizgali w błocie. Sceny z ludźmi sunącymi wśród rozbryzgów stały się kultowe. Są ikoną kontrkultury. Symbolizują to, za czym tęsknili wtedy ludzie (a pewnie i to, za czym tęsknimy dzisiaj) – za zrzuceniem gorsetów kultury, schematów społecznych i pełną wolnością. Nagość była oczywista. Pobliskie jezioro stało się wielka wanną. Ludzie kąpali się nago i nago chodzili po terenie festiwalu. W tym czasie jedna osoba zmarła z przedawkowania heroiny, jedną przejechał traktor, a trzy kobiety poroniły. Ale nikt nigdy nie dowie się, ile istnień zostało poczętych przez te cztery dni. Na największym na świecie festiwalu miłości.

Wielcy nieobecni

Organizatorzy nie zaprosili Rolling Stones, bo uznali, że tak wielka gwiazda przyćmi innych artystów. A ich ideą było „wszyscy równi”. Jednak stawki były różne. Nieznany wówczas Carlos Santana, którego gwiazda rozbłysła dzięki festiwalowi, zgodził się zagrać za tysiąc pięćset dolarów. Jimi Hendrix, legenda Woodstock, chciał sto razy więcej. Ostatecznie zagrał za 30 tysięcy. Wyszedł na sam koniec festiwalu o godzinie ósmej w poniedziałek i zagrał dla 200 tysięcy (część publiczności wróciła już do domu). Jego gitarowa wersja amerykańskiego hymnu przeszła do historii. Nie pojawił się w Woodstock John Lennon, bo nie dostał wizy od prezydenta Nixona, któremu nie podobała się antywojenna działalność artysty. The Doors odmówiło, uznając Woodstock za niegodny uwagi (wielokrotnie w wywiadach wyrażali żal z tego powodu). Bob Dylan nie wystąpił, choć mieszkał w Woodstock.

Równolegle w hotelu Holiday In w Nowym Jorku toczył się drugi festiwal. Tam zakwaterowano największe gwiazdy Woodstock. Szalone The Who, którego muzycy podczas każdego koncertu demolowali sprzęt na scenie, Jimiego Hendrixa i niezapomnianą Janis Joplin, największy głos bluesowo-rockowy. Pijany Keith Moon z The Who próbował zaciągnąć do łóżka siłą piosenkarkę Grace Slick, zwolenniczkę rewolucji seksualnej. Ktoś rozmienił na drobne sporą sumę pieniędzy i wrzucił do szafę grającej, która przez całą noc odtwarzała tylko „Hey Jude” Beatlesów. Słynne gwiazdy przemierzały korytarze hotelu nucąc do znanej piosenki. Niektórzy wyciągnęli instrumenty i urządzili jeam. Niestety nikt nie utrwalił tego alternatywnego festiwalu.

Elektryczny wąż

Festiwal wykreował własne gwiazdy. Pierwszą z nich był Carlos Santana. Woodstock wyniósł tego latynoskiego gitarzystę na szczyty kariery, których potem nie opuścił nigdy. Wystąpił z zespołem na początku drugiego dnia. Santana myślał, że będą grali później, więc łyknął LSD. I wtedy okazało się, że zaraz musi wyjść na scenę. „Wydawało mi się, że gryf mojej gitary zamienił się w węża... dzikiego, elektrycznego węża, a ja byłem człowiekiem, który go ujarzmiał”, wspominał trudne chwile. Zespół podobnie jak on naładowany LSD grał niczym surrealistyczny smok. Brawurowo zagrał kompozycję „Soul Sacrifice” z niepowtarzalnym solo na perkusji w wykonaniu Michaela Shrive’a, które od razu weszło do kanonu. Symbolem festiwalu stał się „Ten Years After” z Alvinem Lee, najszybszym gitarzystą świata. Wyszli na scenę zaraz po gigantycznej ulewie mimo, że wzmacniacze zamokły. Nalegał na to Alvin Lee: „Pomyślcie tylko, jak porazi mnie śmiertelnie prąd, sprzedamy najwięcej płyt...”. Wyszli i dali czadu. Ich występ przeszedł do historii. Ktoś w podzięce wdrapał się na scenę i wręczył Alvinowi ogromnego arbuza (towar deficytowy na głodującym festiwalu). Ta scena znalazła się w nagrodzonym Oscarem filmie „Woodstock”. Od tamtej pory ludzie na koncerty „Ten Years After” zaczęli przynosić arbuzy. „Dostawałem po występach dziesiątki arbuzów”, wspominał ze śmiechem Lee.

Sen o lepszym świecie

Festiwal okazał się finansową klęską. Straty sięgnęły miliona dolarów, co na dzisiejsze ceny daje sumę kilkakrotnie większą. Ale nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze: „Ci którzy finansowali ten festiwal nie odzyskają pieniędzy. To bolesna prawda. Ale zrozumieją, że bogactwo duchowe ludzi oraz nasza muzyka są ważniejsze od dolarów”, powiedział Lang. Festiwal stał się mitem. Jest dla nas snem o tym, że inny świat jest możliwy. „Każdy, kto wystąpił w tym miejscu przeszedł do historii i został zapamiętany już na zawsze”, powiedział Maury Baker, muzyk Janis Joplin Band. Woodstock odmienił życie farmera, który użyczył swojej ziemi na festiwal. Max Yasgur z konserwatysty stał się miłośnikiem wolności. Jeszcze długo po zakończeniu festiwalu młodzi Amerykanie jeździli z naklejkami na tylnych błotnikach: „Max Yasgur na prezydenta!”. ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.