WYWIADY VIVY!

Agata Nizińska: „Nic nie wskazywało na to, że dziadek odejdzie. Sadziłam, że ma jeszcze dużo siły”

„Ja też czasami lubię poszaleć”

Krystyna Pytlakowska 7 kwietnia 2020 06:25

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Agatą Nizińską i Wojciechem Pokorą. Wywiad ukazał się w lutym 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Agata Nizińska wywiad

Nikt nie przypuszczał, że nie dokończymy tej rozmowy. Że Wojciech Pokora niespodziewanie odejdzie i Agata sama „postawi kropkę nad i”. Mówi: „Sądziłam, że ma jeszcze dużo siły. Psychicznie byłby w stanie pokonać niejednego młodego…”.  Ale 4 lutego przyszedł jego czas. Wzruszająca rozmowa wnuczki i dziadka, uczennicy i jej Mistrza. O wspólnym czytaniu bajek, kiedy była jeszcze dzieckiem, wspólnej aktorskiej pasji i sile rodzinnej więzi, która przekracza barierę śmierci.

Spotkaliśmy się we troje tuż przed świętami – wywiad miał ukazać się na dzień dziadka – 22 stycznia. Żadne z nas nie przypuszczało, że już nie zdołamy tej rozmowy dokończyć. Pan Wojciech był zmęczony i prosił, żebym zadała mu jeszcze niektóre pytania przez telefon, ale już nie zdążyłam. Nie zdążyliśmy też zrobić sesji fotograficznej Agaty z dziadkiem – była przekładana z dnia na dzień, aż w końcu dowiedziałam się, że Wojciech Pokora jest chory, że prawdopodobnie miał zator płucny i trzeba odczekać, aż poczuje się lepiej. Nie poczuł się, niestety. Odszedł po cichu, tak jak żył, skromnie, nikogo sobą nie absorbując. Pozostaje jedynie nadzieja, że tam z góry obserwuje swoją ukochaną wnuczkę Agatę i wspiera ją w jej działalności artystycznej. A ja rozmowę z obojgiem napisałam bez kropki na końcu, bo to, o co chciałam jeszcze spytać, pozostało niedopowiedziane. I dlatego postanowiłam porozmawiać już tylko z Agatą, by móc postawić kropkę nad i. 

Rozmowa pierwsza

Dziadek powtarzał, że aktor to ma klawe życie? 

Agata Nizińska: Klawe? Raczej trudne, bo wymaga wyzwań. 

A jednak chciał, żebyś została aktorką. Panie Wojciechu, tak źle jej Pan życzył?

Wojciech Pokora: Skądże. Cieszę się, że ktoś z rodziny poszedł w moje ślady. Agata jest utalentowana i coraz bardziej zapracowana. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy, ile ten zawód wymaga czasu i poświęcenia. 

 W dodatku nie tylko gra, ale jeszcze śpiewa i występuje w kabarecie.

Wojciech: I bardzo dobrze, że zajęła się śpiewaniem, bo ma piękny głos. Nie przypuszczałem, że w mojej rodzinie pojawi się tak wspaniały głos.

Agata: Przecież ty też śpiewałeś. Kabaret to również piosenka.

Wojciech: To takie było tylko podśpiewywanie, a nie śpiewanie.

Nikt nie napisał nigdy specjalnie dla Pana piosenki?

Wojciech: Nie, zważywszy na to, że ja buczę, a nie śpiewam.

Agata: Nie bądź taki samokrytyczny. Nie zgadzam się z tym absolutnie, jeżeli w ogóle mogę nie zgodzić się z Mistrzem. W tamtych czasach piosenka niosła za sobą pewien przekaz, dzisiaj się mówi „message”.

Wojciech: Message, czyli wiadomość. Czasami rozumiem, co chcesz powiedzieć. Kabaret to właśnie przekazywanie informacji w sposób żartobliwy. Można je nawet wybuczeć. 

Agata: A jednak to były niełatwe utwory. Nie można było sobie pozwolić na to, żeby być gdzieś obok nich. Trzeba było też mieć fantastyczną dykcję, mistrzowsko operować słowem i dźwiękiem. Po to, by opowiedzieć jakąś historię. Zawsze z podtekstem. To nie jest łatwe. Wojciech Młynarski robił to genialnie. 

Wojciech: Rozprawialiśmy się w tych piosenkach z rzeczywistością, niektórym przynosiły ukojenie.

Agata: Byłam wychowywana w takim właśnie duchu – kabaret Olgi Lipińskiej, Dudek. Wszystko znałam na pamięć i uwielbiałam kawałki z Dudka. Podobnie jak mój ojciec i mama.

Wojciech: Mama Agaty ma na imię Ania, jest jedną z moich dwóch
córek. 

A Agata jest Pana jedyną wnuczką?

Wojciech: Ależ skąd, posypało się tego ostatnio. Kiedyś miałem żonę, dwie córki i dwie wnuczki. A niedawno moja młodsza córka urodziła aż trójkę wnucząt.

Naraz?

Wojciech: Nie, po kolei.

Agata: Trojaczków jeszcze nie mamy. Myślę, że trzech takich małych czarownic jak ja nie daliby rady udźwignąć (śmiech).

Wojciech: Chociaż nie było takiej opcji, żebyśmy choć krótko mieszkali pod jednym dachem. I tylko to moją żonę Hanię i mnie ratowało przed zakładem zamkniętym.

Agata: Ale z dzieciństwa pamiętam, że dużo czasu spędzaliśmy razem na działce.

Wojciech: Na tej działce w pobliżu Radzymina byliśmy przez wiele lat. Oni mają tam swój dom i ja swój – dzieli nas tylko siatka. Jesteśmy więc tam właściwie razem, od rana do rana. Początkowo zięć i córka nie chcieli słyszeć o żadnej działce, lepiej przecież na wczasy pojechać, prawda? Ale gdy się skusili, to już z tej działki prawie nie wyjeżdżali. Tym bardziej że znajduje się blisko Warszawy. Nawet więc gdy gram w teatrze, to też dojeżdżam tam z działki, która wpływa na mnie bardzo uspokajająco.

Agata, kiedy uświadomiłaś sobie, że Twój dziadek to ktoś niezwykły, a nie tylko starszy pan sadzący ogórki i pomidory? I że ludzie go rozpoznają oraz kochają.

Wojciech: Ja to się dziwię, że jakaś młodzież się jeszcze mną interesuje i mówią, że bardzo podobał się im pewien monolog, którego ja w ogóle nie pamiętam, i że trzeba zrobić z niego piosenkę. No i zrobili. Oczywiście Agata i pewien młody człowiek, dwudziestoparoletni, który ją zainspirował.

Agata: Przyszedł do mnie któregoś dnia kumpel, żeby pokazać coś, co uważał za genialne. Okazało się, że ja to znam na pamięć. Pokazał mi wtedy monolog z serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”.

Filmu, który Pan Wojciech lubi. Bo podobno większości swoich filmów nie znosi.

Wojciech: Jedna z niewielu produkcji, które toleruję. 

Agata: Mój przyjaciel powiedział, że chociaż należy do dużo młodszego pokolenia, uważa, że ten monolog finalny hrabiego Żorża Ponimirskiego, który zaczyna się od słów: „Elity… elity… z was się śmieję… z was…”, jest nadal aktualny. Oglądaliśmy to kilka razy w grupie bardzo młodych studentów. Wszyscy potwierdzili, że nic ten monolog się nie zestarzał. Przespałam się z tym, a następnego dnia pomyślałam: To mój dziadek, moja krew, i genialny Wilhelmi. Już nieżyjący, ale dalej to dzieło można włożyć w czasy współczesne. Napiszmy więc razem piosenkę pod tytułem „Elity” na moją płytę. I rzeczywiście jest to już nagrane, a płyta lada dzień ujrzy światło dziennie (premiera: 16 marca 2018). Refren brzmi: „Elity, nadszedł wasz czas”. Co zabawne, przecież Wojciech Młynarski już w latach 70. pisał o tym samym. To jego anegdota o lekarzu, który mówi do kolegi po fachu: „Generalnie sprawa niecierpiąca zwłoki, trzeba zrobić wymianę jelit, ale wymiana jelit to bardzo ciężka operacja. Tego się nie da zrobić ot tak”. I dlatego stare elity zostały. 

Udana ta Pana wnuczka.

Wojciech: Bardzo, chociaż to wariatka od urodzenia. 

Ale Pan przecież lubi wariatów.

Wojciech: Tak, lubię. Powinna pani wiedzieć, co one wyprawiały z córką mojej młodszej córki Magdy – Amelką. 

Agata: To Magda zrobiła nam dobrą średnią swoją czwórką dzieci: Julką, Amelką, Wojtkiem – na cześć Maestra – i najmłodszym Zbysiem. 

Ale Ty jesteś najstarszą wnuczką?

Wojciech: Tak, pierwszą.

 I najukochańszą?

Wojciech: Wszystkie wnuki kocham jednakowo, nie ma wyjątków.

Agata: Ale to ja jestem tą najbardziej walniętą, do tego stopnia, że poszłam do szkoły teatralnej. Nie znaczy to jednak, że jestem najukochańsza.  

Ty jedna poszłaś drogą dziadka i teraz spijasz śmietankę.

Agata: Chyba gorzką, a nie słodką… Nigdy tego tak nie odczuwałam, powiem więcej, jest mi zdecydowanie trudniej! Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, jaki to jest kierunek. Dzisiaj środowisko artystyczne bardzo różni się o tego z czasów mojego dziadka, a które jeszcze pamiętamy.

Wojciech: Ja to głównie pamiętam twoje przebieranki z Amelką i jak po działce szalałyście. Myślałem, że obie będziecie artystkami.

Agata: Wszystkie dzieci lubią przebieranki, chociaż u nas były bardzo intensywne, robiłyśmy pokazy mody, recytowałyśmy wiersze, pisałyśmy własne, śpiewałyśmy i zmuszałyśmy wszystkich do oglądania nas i słuchania – to ja byłam terrorystką rodzinną. Sadzałam wszystkich na krzesłach, a dziadek był przewodniczącym jury. Musiał dawać nam punkty i wytrzymać to do końca, choć ciężko było. 

Pana, Panie Wojciechu, chyba trudno zmusić do czegokolwiek?

Wojciech: Nie bardzo, nie mam takiej rzeczy, której nie połknę, wszystko zjem. 

Agata: Tylko pytanie, czy przełkniesz. 

Mówicie o jedzeniu? Gotujesz czasem dla dziadka.

Agata: Jedzenie tu jest metaforą.

Wojciech: Ja nawet nie wiem, czy ona dla siebie samej gotuje.  

Agata: Nie mam na to czasu, uprawiam tak zwaną dietę pudełkową.

Wojciech: Ona na nic nie ma czasu i za dużo nie opowiada o swoim życiu. Nawet trzymała w konspiracji to, że chce zdawać do szkoły teatralnej. Ja myślałem, że skończy szkołę handlową, bo przez rok czy dwa tam się uczyła.

Agata: To była dosyć dobra uczelnia ekonomiczna, wydawało mi się, że mając analityczny umysł, zostanę bizneswomen, tak mi podpowiadał rozsądek. W pewnym momencie jednak powiedziałam sobie: albo rozsądek, albo pasja. Tylko że wtedy byłam jeszcze bardzo niedojrzała. Artysta, żeby móc coś stworzyć, powinien dorosnąć. Aby coś powiedzieć. musi to przeżyć. Żeby być przekonywującym, powinien być ukształtowanym człowiekiem.

Jesteś wnuczką bardzo znanego aktora. Miałaś więc inny start.

Agata: Znaczy, że było mi jeszcze trudniej. Dzieciom znanych aktorów jest naprawdę dwa razy trudniej – są oskarżane o nepotyzm i zawsze się je porównuje. A jednak nie spodziewałam się, że gdy zagram w serialu dającym popularność, zacznie się taka nagonka na mnie. Oczywiście gdybym wychowywała się przy innych ludziach, byłabym dzisiaj kim innym. Moi dziadkowie i rodzice są niebywale oczytani, interesują się sztuką i na pewno to mnie ukształtowało. 

Wojciech: Co nie oznacza, że teraz jest ci łatwiej. Ale dobrze, że jesteś, i to taka szalona, bo jest się do kogo odwoływać. Żona mówi czasami: „Zachowujesz się jak Agata”.

Agata: Babcia tak mówi?! Coś ty.

Wojciech: No mówi, mówi, bo ja też czasami lubię poszaleć, co tu dużo gadać. 

Na czworakach Pan za wnuczkami biegał?

Wojciech: Aż tak to nie. My mamy hamaki podwieszone na linach i na tych hamakach Agacie i Amelce czytałem.

Baśnie braci Grimm?

Agata: „Dydka na słomianych nogach”. Pół życia miałam schizę na ten temat. Ty i tata straszyliście nas historią o Dydku, chowaliście się za krzakami, kiedy było już ciemno, i wyskakiwaliście z tych krzaków, a my darłyśmy się okrutnie. Aż sąsiedzi narzekali. A pamiętasz opowieści o Matyldzie, które sami tworzyliśmy? A potem to wszystko odgrywaliśmy, co chwilę powstawał inny scenariusz. Ty wymyślałeś a vista przeróżne historie. I bardzo mi to pomogło potem w szkole teatralnej przy etiudach a vista. Dziadek wolał takie zabawy, bo rozwijały wyobraźnię. Nie chciał, żebyśmy grały na iPodach. 

 A o sztuce, teatrze i filmie rozmawiał Pan z nimi?

Wojciech: A w jakim celu? Agata rozwijała się i bez tego, biegnąc własną ścieżką. Głównie rozmawialiśmy o sztuce, gdy przychodziła na moją premierę. A przychodzi na każdą, do dzisiaj. A potem były recenzje, dobre i złe. 

Agata: Źle Cię oceniałam?

Wojciech: Byłaś jeszcze dzieckiem. To moja druga córka Magda po przedstawieniu „Zemsty” powiedziała, że czegoś tak okropnego dotąd nie widziała. 

Agata: Ja widziałam tę sztukę trzy razy, z Arturem Barcisiem w roli głównej, i uważam, że pewne zabiegi artystyczne powstały celowo. Niech ktoś zagra lepiej, wtedy można dyskutować. 

Uważasz dziadka za dobrego aktora?

Agata: Uważam, że jest wybitny. Kiedy się co do tego zorientowałam, byłam już dojrzała i dostałam w dupę od życia. Mimo że do dziś wyglądam podobno na młodszą, niż jestem w rzeczywistości. Moment, kiedy sobie uświadomiłam, że mamy w domu ikonę, zdarzył się właśnie po Fredrze i obejrzeniu Teatru Telewizji z 1975 roku z dziadkiem w roli Papkina. To był najlepszy Fredro, jakiego widziałam. Połączenie techniki, charyzmy i wszystkiego, czego się nie nauczysz w szkole teatralnej. Albo się to ma, albo nie. 

Agata Nizińska, Viva! luty 2018
Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Uważa Pan, że Agata ma charyzmę?

Wojciech: Ma coś, czego się nie da określić, ma talent, którego ja nie mam. Kiedyś miałem, ale gdzieś się po drodze pogubiłem. 

Agata: Bez sensu jest przymierzać się do ikony. Dlatego w pewnym momencie poszłam dwiema drogami: aktorstwa i muzyki. Od aktorstwa się nie odżegnuję, ale wiem, że są lepsi ode mnie.

Wojciech: A czemu śpiewasz po angielsku?

Agata: Teraz już po polsku. Na mojej płycie, która ukaże się w marcu, są tylko dwie piosenki po angielsku. 

 Słuchał Pan utworu „Elity”?

Wojciech: Tak. Czasami, gdy spotykamy się z jej rodzicami, Agata przynosi fragmenty albo całe swoje utwory, a ja nie mogę wydusić słowa, bo mam gębę otwartą tak szeroko, że zamknąć mi ją trudno. To wszystko mnie przerasta. Agata tak fenomenalnie śpiewa, że to się w głowie nie mieści. Pytam, skąd, po kim, przecież nie po mnie. 

Po Panu ma na pewno poczucie humoru.

Wojciech: Jestem zaskoczony, że tak się to dzieje, że następne pokolenia przedłużają to, co my zaczęliśmy, i robią to naprawdę wspaniale. Niektóre piosenki Agaty są tak pięknie, że aż wstrząsające.

 Dzwonisz i czytasz je dziadkowi? 

Agata: Może powinnam.

Wojciech: Powinnaś na pewno. 

Agata: Dwa lata temu poprosiłam Patrycję Kosiarkiewicz – to jeden z moich autorytetów, jeśli chodzi
o współczesnych autorów tekstów – żeby przeczytała moje teksty, wiersze. Powiedziała, że powinnam sama zacząć pisać piosenki, a ja na to, że mi trudno, bo nie mam paznokcia. 

Wojciech: To gdzie ty palec wkładałaś?

Agata: Odpadł mi paznokieć, nie palec. Potem jednak zaczęłam się przekonywać do pisania. Bo wcześniej tworzyłam tylko poezję na bazie własnych doświadczeń i lania, jakie dostawałam w tyłek od życia. I obserwacji upadku ideałów. Ja w ogóle nie umiałam się w tym świecie poruszać.

Dziadek Cię nie ostrzegł?

Agata: To były inne czasy. Wtedy show-biznes dopiero raczkował.

Wojciech: Kiedy dostała się do szkoły aktorskiej, nie bardzo wierzyłem, że da sobie radę. Ale nawet palcem nie tknąłem, żeby ją ukierunkować. Ona to taka Zosia Samosia. Jestem dumny z tego, że z takim zaparciem zdobywa to, co zdobywa. A jeszcze wszystko przed nią.

Jest jeszcze bardzo młoda.

Wojciech: Jest już dorosła, a ja dorosły już byłem. 

Agata: Poczekajmy jeszcze na koncert w Warszawie 14 marca. Ciekawe, co wtedy powiesz.

Wojciech: Co bym nie powiedział, to mam sobie za złe, że ci nie pomogłem, mając taką możliwość. Ale myślałem sobie: niech walczy, niech się sparzy.

Agata: Miałam powiedzieć: „Dziadku, idź mi załatw”? Tak to sobie wyobrażałeś? Dobrze, że mi nie pomagałeś.

Panu też nikt nie pomagał, kiedy Pan z pracownika FSO przeobraził się w aktora.

Wojciech: Była grupa ludzi, którzy mnie dowartościowywali. Nie mogę złego słowa powiedzieć, choćby na Olgę Lipińską. 

Agata: I to też nie jest tak, że ja tylko sama i sama.

Wojciech: No właśnie, a kiedy za mąż wyjdziesz? Za rok, pięć, dziesięć?

Agata: Stwórzmy ramę czasową – 20, ja się długo zastanawiam (śmiech).

Wojciech: Bo ja chciałbym już zostać pradziadkiem, ale ani jedna wnuczka, ani druga się nie kwapią.

Agata: Dziecko to nie zabawka, sam najlepiej to wiesz. Choć razem byście Dyzmę oglądali na dobranoc. Przecież uwielbiasz się wygłupiać.

Wojciech: I dlatego przylgnąłem do grupy komików, których bardzo polubiłem, a oni mnie. I nigdy nie żałowałem wyboru swojego zawodu. W ogóle niczego w życiu nie żałuję. A już zwłaszcza tego, że spotkałem kiedyś Hanię, moją żonę, i jesteśmy razem do tej pory. 

A jak się Pan czuje, czytając: „Piękna wnuczka Wojciecha Pokory”?

Wojciech: Świetnie, mam jej za złe tylko, że za szybko mówi i umykają mi niektóre jej słowa. Ty w ogóle masz tendencje, żeby prędko i żeby coś ci nie umknęło.

Agata: Bo ja w ogóle tak żyję. 

Wojciech: Ale nikt w rodzinie tak prędko nie mówi jak ty. Z każdą wiadomością tak się śpieszysz, jakby ktoś chciał ci ją odebrać. Gdybym wyrzucał z siebie tak szybko słowa jak ty, ktoś mógłby nie wytrzymać nerwowo. Kiedyś miałem wielką przyjemność, bo niewidomy żebrak na ulicy rozpoznał mnie po głosie. Mówi: „Pokora?”. A ja: „Skąd pan wie?”. I dałem mu pięć złotych na piwo. W życiu są ważne takie drobne przyjemności.

Agata: A dla mnie największą przyjemnością będzie, gdy będę miała już w ręku moją płytę i przyjdę do ciebie, żebyśmy jej razem posłuchali. 

Agata Nizińska, Viva! luty 2018
Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists

Rozmowa druga. Z Agatą.

Nasz grudniowy wywiad pozostał niedokończony.

Zawsze w życiu pozostaje coś niedokończone. Nie da się niczego zrobić na 100 procent. Nic nie wskazywało na to, że dziadek odejdzie. Sadziłam, że ma jeszcze dużo siły. Psychicznie byłby w stanie pokonać niejednego młodego. 

Jakich pytań dziadkowi nie zadałaś, a chciałabyś móc je zadać.

Jak to jest widzieć tak wiele? Był człowiekiem, który bardzo dużo widział. On zawsze bardzo mało mówił. Moim zdaniem człowiek, który mało mówi, dużo wie. 

Jak myślisz, dlaczego był taki małomówny? 

Bo zdawał sobie sprawę z tego, że mówienie często nic nie zmieni, więc po co tracić energię. Ja dużo mówię i myślę, że dziadek w moim wieku też o wiele mniej mówił
niż ja. 

Powiedział nawet w którymś z wywiadów, że kiedy przychodzą jego dwie wnuczki i siadają obok siebie, i zaczynają wyrzucać słowa jak z karabinu maszynowego, on za nimi nie nadąża. Patrzył na Ciebie jak na cud natury.

Na cud? Tego nie wiem. Wiem, że często byłam dla niego nie do ogarnięcia. 

Ale odziedziczyłaś po Wojciechu Pokorze poczucie humoru. To na pewno ogarniał.

Trudno mi oceniać. Był dla mnie ogromnym autorytetem, człowiekiem, który bardzo dużo przeżył, i to skrajnych sytuacji. Nie był może tak niecierpliwy jak ja. Jego prawdziwa kariera ruszyła od czterdziestki w górę. Kiedy już mocno działała telewizja. Wtedy tak naprawdę było sześć nazwisk. Wśród nich mój dziadek.  

Był prekursorem. A Ty chciałabyś coś pierwsza zaczynać.

Ja bym chciała zwrócić uwagę na pewne problemy, które dzisiaj mają inny wymiar niż kiedyś, ale tak naprawdę nigdy się nie zestarzeją. Jestem obserwatorką, nie chcę osądzać nikogo ani wołać: to ja, to ja. Ale chciałabym odnowić dyskusję na temat skomplikowanej natury ludzkiej i związanych z nią ponadczasowych kwestii.

Zadałaś je, śpiewasz o tym.

Tak, wydaje mi się, że pokazuję współczesne ludzkie słabości moimi tekstami, co nie znaczy, że osądzam tych, którzy ich nie dostrzegają. 

Twój dziadek nikogo nie osądzał. I na tym też polegała jego siła.

U niego wszystko odbywało się w ciszy. Obserwował i słuchał, a artystą był tylko na scenie, nigdy w życiu prywatnym. Mój dziadek nie był showmanem mającym potrzebę grania pierwszych skrzypiec. Myślę też, że być jednym z najlepszych to megaodpowiedzialność. 

Bałaś się recenzji dziadka. Oceniał Twoją pracę?

Czekałam na jego recenzje i obawiałam się ich. Ale nigdy mnie nie skrytykował tak w 100 procentach. Bo też nie były to 100-procentowo moje projekty. Teraz jego recenzja będzie docierała do mnie z góry – popatrzy, posłucha i pomacha mi.

Chyba w ogóle nie rozmawialiście dużo na tematy zawodowe?

Jeżeli, to raczej słyszałam od dziadka różnie anegdoty. Jako dziecko nie rozumiałam, z kim mam do czynienia i że jest taki niezwykły. 

Cały czas czujesz z dziadkiem więź.

Ciągle, bo ja wierzę, że coś po nas zostaje. Nawet jeśli nasze ciało już nie istnieje, myśl cały czas krąży. Żałuję, że za mało dbałam o nasze relacje, że czegoś nie dopilnowałam, ale wierzę, że Wojciech Pokora wie, jak był dla mnie ważny.  

Na pewno wie. Skoro zgodził się na tamten wywiad, a udzielał ich sporadycznie.

Było to dla niego trudne, i dla mnie też. Zdecydowaliśmy się na niego i to była nasza ostatnia wspólna decyzja – odcięcie jakiegoś etapu życia. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo się odetniemy.  

 W jaki sposób dowiedziałaś się o jego śmierci?

Miałam wyłączony telefon, włączyłam go dopiero rano. To była niedziela, kiedy zawsze późno wstaję. Zasypały mnie tony SMS-ów, pomyślałam, że telefon się zaciął. Pierwszą wiadomość odebrałam jak jakąś bzdurę wymyśloną przez media. Ale po dziesiątej zorientowałam się, że to nie bzdura, że to prawda. Wtedy zadzwoniłam do mamy i ona potwierdziła. To dla mnie trudne doświadczenie.

Masz po dziadku wspomnienia, zapisy jego ról, filmów.

Na razie staram się do nich nie zaglądać. Jeszcze za wcześnie…  

Wideo

Poznaj wyjątkowe nowości Avon na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ADAMOWICZ, EGURROLA, FIGURA, GOLCOWIE, KUSZYŃSKA, SOYKA, NIEDENTHAL… w osobistych wspomnieniach o bliskich ich sercu miejscach. Według DOMINIKI KULCZYK świat zmieni tylko „czuła rewolucja”? Ważny głos w sprawie wykluczenia kobiet. „Wciąż mnie zaskakuje” – profesor JERZY BRALCZYK o języku polskim. W sentymentalną PODRÓŻ do nadbałtyckich kurortów zabierają nas m.in. CIERNIAK-MORGENSTERN, RODOWICZ, IWASZKIEWICZ.