WYWIADY VIVY!

Jerzy Bralczyk: „Żona bardzo dba o mnie, o moje zdrowie, co czasem nawet mnie trochę denerwuje”

„Troszczy się o mnie, krótko mówiąc”

Beata Nowicka 18 czerwca 2020 06:31

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Jerzym Bralczykiem. Wywiad ukazał się w maju 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Jerzy Bralczyk wywiad

Wybitny „Pan od języka”, erudyta, wielbiciel ojczyzny. W zaskakującej rozmowie z Beatą Nowicką zdradza, że urodził się… dwa razy, tłumaczy, dlaczego koronawirus jest sprawiedliwy, opowiada, jak żona troszczy się o niego w kwarantannie, tworzy mapę miejsc, które warto odwiedzić, i ujawnia nowe słowo, które go zaintrygowało.

Chyba jeszcze nie prowadziłam wywiadu o tak wczesnej porze, Panie Profesorze. Jest ósma rano… 

To pora wczesna dla pani? Ja nie śpię już od dawna. Dla mnie godzina 21 to już jest późny wieczór, a pierwsza to głęboka noc. Za to godzina czwarta to raczej poranek niż noc (śmiech).

 I wciąż budzi się Pan o poranku po jasnej stronie?

Kiedyś przepraszano Talleyranda, że posadzono go w niezbyt honorowym miejscu, na co on mówi: „Nie szkodzi. Miejsce honorowe jest tam, gdzie ja siedzę” (śmiech). Ja mówię: „Jasna strona jest tam, gdzie ja jestem”. A jeśli ma pani na myśli mój poranny humor, to jak pani słyszy, przynajmniej w kontaktach międzyludzkich mam humor dobry, co mogłoby świadczyć o tym, że dobrze czuję się w towarzystwie, w rozmowie. Owszem, dobrze się czuję. Ale to by z kolei musiało świadczyć, że bardzo mi brak towarzystwa, kiedy jestem w odosobnieniu.

 Od dwóch miesięcy – jak cała Polska. I brak Panu towarzystwa?

Po pierwsze, okazuje się, że ten kontakt mogę mieć. Po drugie, kontakt z samym sobą też mnie satysfakcjonuje, a po trzecie, prawie zawsze jest obok mnie żona, która też poddała się tej dobrowolnej kwarantannie, a to mi w zasadzie wystarcza.

Pana życie zmieniło się?

Oczywiście, że się zmieniło, bo życie zmienia się niezależnie od okoliczności. Odczuwamy starzenie się, ja zwłaszcza, bo żona kwitnie wciąż. Teraz są okoliczności, które – powiedziałbym – udokładniają te zmiany. Przede wszystkim koronawirus „bierze starych”, jak to się mówi potocznie, więc powinienem czuć się bardziej zagrożony, a z drugiej strony bardziej związany z ludźmi mojego pokolenia czy w moim wieku. Pocieszam się, że właściwie tak było zawsze. Los zazwyczaj bierze starych, kalendarz bierze starych, starzy zwykle umierali przed młodymi, a tutaj o tyle jest sympatyczny i sprawiedliwy ten koronawirus, że zachowuje się zgodnie z naturą. Gdyby był pomór na dzieci albo ludzi w przedziale wiekowym 20–30, byłoby to o wiele bardziej groźne i makabryczne. 

Ale może gdzieś tam czai się lęk o siebie, o żonę.

Owszem, tak. Jak to było u Tołstoja w „Śmierci Iwana Iljicza”: „Przykład zapamiętany z podręcznika: »Cajus jest człowiekiem, ludzie są śmiertelni, a więc Cajus także jest śmiertelny«, wydawał mu się przez całe życie słusznym tylko co do Cajusa, ale nigdy co do niego. Bo przecież on, Iwan Iljicz Gołowin, to zupełnie rzecz inna. Niepodobna, żeby on miał umierać. Byłoby to zbyt straszne!”. Ja też trochę myślę jak bohater mojej ulubionej książki, że mnie to jakoś nie dotyczy. Zresztą ten sylogizm nie przemawia do mnie, bo jeśli ktoś wątpi, czy umrze, to wątpi, czy człowiek jest śmiertelny. Przesłanka, że człowiek jest śmiertelny, nie jest dla niego oczywista. No ale niech będzie, wiem, że umrę. Ale wie pani, rodzi się też we mnie pewnego rodzaju egoista, może inni to podzielają? W śmierci jest jedna rzeczy, która dla mnie byłaby i pewnie będzie przykra…

 Samotność. Też o tym myślę. 

Tak. Samotność, że oto ja właśnie zostawiam ten świat, że mnie już tu nie będzie. Będę gdzie indziej albo mnie w ogóle nie będzie, raczej przychylam się ku tej drugiej wersji, no i będę w tym osamotniony. Jeśli śmierć rozumiemy przez umieranie. Dlatego też towarzystwo w śmierci sprawia, że jest ona łatwiejsza do zniesienia. 

 Brzmi intrygująco… Co Pan Profesor ma na myśli?

Mógłbym sobie wyobrazić, że ginę w ataku na bagnety. Razem z towarzyszami broni ruszamy do walki, krzyczymy: „urra!” czy też „hurra!” i w tej gromadzie giniemy. Przyznam, że kataklizm świata – choć jestem raczej światu życzliwy – jakoś emocjonalnie nie jest dla mnie dużo gorszy niż moja indywidualna, samotna śmierć. 

My tu rozmawiamy o śmierci, a kiedy nasza rozmowa ukaże się w druku, Pan będzie obchodził urodziny. 

A którą datę ma pani na myśli?

 A są dwie?

Zostałem zapisany jako istniejący na świecie trochę po swoich urodzinach. Urodziłem się naprawdę 23 maja w mieście Ciechanów, ale z pewnych względów proceduralnych – różne są tutaj warianty, wersje czy narracje – zostałem zapisany jako urodzony 5 czerwca w miejscowości Kobylino. Ta miejscowość już nie istnieje, a jeśli istnieje, to nazywa się Kobylin. Sporo było jeszcze innych nieścisłości w moim dowodzie osobistym, co mnie cieszyło, bo jestem spod znaku Bliźniąt i powinienem rodzić się przynajmniej dwa razy. 

Też jestem spod znaku Bliźniąt, ale urodziłam się tylko raz i w jednym miejscu… Która data jest Panu bliższa? 

Ja jestem z Kongresówki, rodzina właściwie nie obchodziła urodzin, obchodziliśmy imieniny. Natomiast jeśli się ten temat pojawiał w domowych opowieściach, to 23 był uważany za prawdziwszy. Później, gdzieś tak od 30. roku życia, kiedy zdarzało mi się urodziny obchodzić, to był właśnie 23 maja. Co nie przeszkadza temu, że mój ukochany pesel, który już mi towarzyszy od wielu lat i jeszcze trochę potowarzyszy, mam nadzieję, mówi o 5 czerwca.

Z wiadomych powodów prawdopodobnie spędzi Pan ten dzień tylko z żoną. Ale z pewnością poczuje się Pan zaopiekowany.

Żona bardzo dba o mnie w tym wymiarze codziennym. Bardzo dba o moje zdrowie, co czasem nawet mnie trochę denerwuje, bo gniewa się na mnie, że czegoś nie przestrzegam, czegoś nie zakładam albo coś zakładam, nie zwracam na coś uwagi, a powinienem. Troszczy się o mnie, krótko mówiąc. Ja może mniej się o nią troszczę, znając jej zaradność, ale myślę o niej bardziej emocjonalnie i może irracjonalnie mnie to dotyka. Żona wydaje się wierzyć, że zażywane w porę lekarstwa, odpowiedni strój, odpowiednia dieta nam pomogą.

Jerzy Bralczyk, Viva! 10/2020
Fot. Tomasz Kordek

 I ma rację.

Jeszcze przed koronawirusem wpadłem na pomysł, który trochę życie utrudnia, ale dostarcza też satysfakcji. Mianowicie stałem się jaroszem. Ja, który bardzo lubiłem mięso, jadałem kotlety schabowe, żeberka i golonki z wielkim ukontentowaniem, od końca stycznia nie jem mięsa. Wie pani, ten koronawirus w wielu rzeczach trudno powiedzieć – pomógł, ale zmienił moje życie na korzyść. Mam piękny dom i piękny ogród, zresztą oba w znacznej mierze autorstwa żony. Dom stary, ale odnowiony i wygląda całkiem dobrze. Obok domu mam nawet mały domek, w którym jest biblioteka. Więc chodzę sobie po ogrodzie, czytam książki, a proszę sobie wyobrazić, że do początków marca moje życie było dość poszarpane.

 Co Pan ma na myśli?

Ogromnie często nocowałem w hotelach. Jeździłem po Polsce z wykładami, ze szkoleniami różnego rodzaju, z odczytami czy autorskimi spotkaniami, zresztą bardzo to lubiłem, bo lubię kontakt z publicznością. Dużo się ruszałem, ale nie doznawałem tych radości domu i ogrodu. W tej chwili to nadrabiam. 

 Niedługo wakacje. Włosi uwielbiają spędzać je u siebie, podobnie jak Francuzi, którzy uważają, że ich kraj jest najpiękniejszy na świecie. Zresztą wielu z nich ma wakacyjne domy. Polaków zawsze ciągnęło w świat. W tym roku wyjątkowo lato będziemy spędzać u siebie, w Polsce, którą Pan tak kocha. 

Polacy też mają te drugie miejsca, czyli domki na Mazurach, w górach, nad morzem, gdzieś na wsi, nad granicą – jak mój przyjaciel Andrzej Markowski. W Polsce jest mnóstwo świetnych miejsc. Ja zresztą – ponieważ polszczyzna jest dla mnie przestrzenią, w której żyję – z mniejszą może niż inni ochotą wyjeżdżałem za granicę. Nie jestem globtroterem, jeździłem, owszem, za granicę, ale raczej do Polonii na spotkania. Dlatego zawsze lubiłem jeździć po Polsce. Był taki czas, kiedy jeszcze nie jeździłem na spotkania, że podróżowaliśmy z żoną. Nie mieliśmy nawet samochodu, przemieszczaliśmy się autobusami i kolejami, zwiedzaliśmy różnego rodzaju miejsca, które może nie były szczególnie modne ani uzdrowiskowe, ale podobały nam się. Do tej pory bardzo lubię małe miasteczka. 

To stwórzmy Pana prywatną mapę – gdzie warto pojechać? 

Jest kilka miasteczek, które wydają mi się szczególnie warte odwiedzenia i nawet posiedzenia tam kilka dni. Na południu Polski jest to na przykład Pszczyna, jest Biecz, znakomite miasteczko między Jasłem i Gorlicami, są to miasteczka bieszczadzkie, najbardziej lubię Sanok, choć może obraziłby się za to określenie, bo to już jest pokaźne miasto. Bardzo lubię Kazimierz i Sandomierz, oba są mi bardzo bliskie, niestety, tak popularne, że trudne do odwiedzania. Ja wolałbym mieszkać w małym miasteczku i stamtąd powłóczyć się po okolicy. Na Dolnym Śląsku jest wiele małych, pięknych miasteczek. Są też większe miasta, w których pomieszkałbym chętnie przez kilka dni, na przykład Bielsko-Biała czy Zielona Góra. Dobrze się tam czuję, nie wspomnę o Sopocie, który jest mi szczególnie bliski. Dwie rzeczy bardzo lubię w miastach i miasteczkach: architekturę, ale nie pałaców, tylko willi, a druga rzecz – ogrody. Kiedy czasem zdarzało nam się jeździć do Włoch, to nie zwiedzaliśmy z jakąś szczególną satysfakcją muzeów czy kościołów, ale właśnie ogrody i niewielkie budynki. Jest jeszcze jedna wioska, do której jeździłem z rodziną przynajmniej raz w roku – to Lanckorona niedaleko Krakowa, wspaniałe miejsce. 

 Co będzie z naszą polską kulturą po pandemii, Panie Profesorze?

Nasza kultura dobrze czuła się przy różnego rodzaju obostrzeniach, na przykład typu cenzura, bo wtedy intelektualnie trzeba było się raczej pogłębiać, niż poszerzać. Teraz pojawiły się pewnego rodzaju wspólnotowe działania, które wyzwalają nawet w ludziach, którzy nie są artystami, różne potrzeby, na przykład jest akcja rapowania, mnie też namówiono, żebym wymyślił jakiś 16-wersowiec. No i ta kultura powszechna, którą chciałbym uważać za bardziej naturalną, bo przysługującą wszystkim nam nie tylko jako odbiorcom. Czyli że my czujemy się może nie twórcami w ścisłym sensie, ale aktywnymi uczestnikami. Brakuje mi teatru, brakuje mi opery przede wszystkim, do której regularnie chodziliśmy. A teraz, no cóż, czasem oglądam coś w internecie. Ale wydaje mi się, że to nie zastępuje bezpośredniego kontaktu. Film w telewizorze jest bliższy filmowi w kinie, ale przedstawienie teatralne czy opera oglądane na ekranie telewizora czy komputera nie wytrzymują próby. Aczkolwiek pamiętam wspaniałe spektakle z mojej młodości, gdzie czekało się na poniedziałek i znakomity Teatr Telewizji, i na czwartek z Kobrą. Teraz jesteśmy trochę zdani na telewizję, na Canal+, HBO, TVP Kultura, Kino tv czy Stopklatkę. Oglądamy sobie regularnie z żoną naszych ulubionych bohaterów, a więc porucznika Colombo, Herkulesa Poirot, detektywa Monka. Tak ich polubiliśmy, że spotykamy się dosyć często. 

Jerzy Bralczyk, Viva! 10/2020
Fot. Tomasz Kordek

 Wielu pisarzy, aktorów, muzyków, malarzy, żeby utrzymać kontakt ze swoją publicznością, przeniosło się tymczasowo do internetu. 

Ja w pewnym sensie również. Odbyłem już kilka takich spotkań on-line, czyli rozmawiałem albo mówiłem do publiczności. Nawet po początkowych obawach, bo nie bardzo wiedziałem, jak się dostać na ten zoom (śmiech), zacząłem sobie to cenić. Jestem człowiekiem mówiącym, co pani słyszy w tej chwili, dlatego też moja aktywność zawodowa przede wszystkim polega na mówieniu. Co do pisania, usiadłem do nowej książki, a wcześniej przeredagowałem swoją dawną książkę, która ukaże się po raz wtóry. Staram się być aktywny. Za 10 dni wyjdzie moja nowa książka, trzecia część trylogii. Najpierw napisałem książkę „Jeść!!!”, potem „W drogę!!!”, a teraz napisałem „Do domu!!!”, zbiór tekścików o słowach związanych z jedzeniem, drogą i domem. Wydane przez wydawnictwo BOSZ, bardzo ładnie ilustrowane. No i tuż przed wirusem zabrałem się do książki o słowach strasznych, takich jak śmierć, cmentarz, piekło, diabeł, upiór, widmo.

Nomen omen.

I o to chodzi. Proszę sobie wyobrazić, że nie bardzo mogę do tej książki teraz siadać. Jakąś mam niechęć do tego tematu. Ja to napiszę prędzej czy później, ale czekam, aż trochę zelżeje nam pandemia. Nawiasem mówiąc, tu mam ambiwalentne odczucie. Bo z jednej strony mówi się, że powinniśmy siedzieć 

w domu, a z drugiej strony ta nachalna radość, że można już iść do fryzjera czy do salonu tatuażu, jest dla mnie wysoce niestosowna. Jak można czuć wielką radość, że już niedługo pójdziemy na plażę, jeśli krzywa zachorowań ciągle się wznosi? Czyli wszystko było nieważne do tej pory? To może od razu nie powinniśmy się tym przejmować? Ja w tych rzadkich momentach, kiedy wychodzę, zakładam maskę, biorę rękawiczki, ale generalnie siedzę w domu. 

 A kto zajmuje się zaopatrzeniem? 

Od spraw zewnętrznych mam swoją ukochaną żonę, która różne rzeczy załatwia. Mamy zaprzyjaźniony sklep, który przywozi z niedalekiej zresztą odległości jedzenie i prasę, w zasadzie nie musimy wędrować po świecie. Ja wiem, że gospodarka, że trzeba ją reanimować czy podtrzymywać, ale nie powinniśmy się tak nachalnie cieszyć. Że cieszy się fryzjer, to ja rozumiem i pozdrawiam swojego pana Henryka, u którego strzygłem się lat temu pięćdziesiąt kilka i który wciąż strzyże w „domu bez kantów”, ale powinniśmy znaleźć w tym umiar. Trochę przybarwić tę naszą radość, może niekoniecznie obawą, ale jakimś poczuciem odpowiedzialności. 

Natknął się Pan na nowe słowo, które Pana zaciekawiło albo rozbawiło?

Słowa związane z koronawirusem są w tej chwili w dużej modzie. Jedno ze słów, które mnie zaintrygowało, znalazłem w zdaniu o tym, że „krzywa zachorowań powinna się wypłaszczać”. Wypłaszczać wydało mi się czymś nowym i poczułem, że sam płaszczeję po trosze. Albo po trosze się wypłaszczam (śmiech). 

Jerzy Bralczyk, Viva! 10/2020
Fot. Tomasz Kordek

 Za co zawsze kochał Pan Polskę i polski język?

A dlaczego i za co kocha się rodziców? Siostrę (brata akurat nie mam) czy syna? No, żonę to ja wiem, za co kocham (śmiech), ale w tamtych przypadkach nie szuka się uzasadnień. A polszczyznę bardzo kocham za wiele jej figli i za jej celownik, który sprawia, że mówimy „jest mi przyjemnie”, a czasami „mnie – i tak bym wolał – jest przyjemnie”. Ale mnie jest też przyjemnie, że mam dwa celowniki, z których niestety rezygnujemy z jednego w odniesieniu do pierwszej osoby. W ogóle, że „mi się czegoś chce”, a nie od razu „czegoś chcę”. Że „coś mi się podoba”, a nie od razu muszę „lubić” jak Anglicy. Bardzo lubię wiele innych rzeczy, które są charakterystyczne, i aspekt, czyli czasowniki dokonane i niedokonane. Teraz bym powiedział: „Będziemy kończyć”. Czy skończymy? Nie wiemy. Ale wiem, że będziemy kończyć.

To prawda, to było ostatnie pytanie.

No to będę szedł, zamiast pójdę. A czy pójdę, to ja nie wiem. Ale będę szedł. Za te różne rzeczy kocham polski język. I za przestawny szyk, który sprawia, że mogę różne rzeczy mówić na różne sposoby. A Polskę lubię dlatego, że ma przyjemny kształt, taki dosyć okrągły, nie ma żadnych zakamarków i udziwnień, jeśli patrzy się na mapę. I dlatego, że tam ludzie mówią po polsku. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.