Gwiazda "The Office" ma polskie korzenie, nie kryje dumy. Jego dziadkowie nosili staropolskie imiona
Steve Carell od lat bawi widzów na całym świecie, ale niewielu fanów wie, że gwiazda „The Office” ma polskie korzenie. Rodzina jego matki wywodziła się z Polski, a dziadkowie aktora nosili imiona Zygmunt i Franciszka. To jedna z najciekawszych informacji o życiu amerykańskiego komika.

Steve Carell od lat należy do najbardziej rozpoznawalnych aktorów komediowych na świecie. Miliony widzów pokochały go za rolę Michaela Scotta w serialu „The Office”, jednak niewiele osób wie, że rodzina jego matki wywodziła się z Polski. Historia pochodzenia aktora to tylko jedna z wielu ciekawostek związanych z jego życiem i karierą.
Steve Carell ma polskie korzenie. Skąd pochodzi jego rodzina?
Steve Carell urodził się 16 sierpnia 1962 roku w Concord w stanie Massachusetts. Jest najmłodszym z czwórki rodzeństwa. Choć aktor od urodzenia związany jest ze Stanami Zjednoczonymi, jego rodzinne korzenie sięgają Europy.
Ojciec aktora, Edwin, miał włoskie i niemieckie korzenie. W latach 50. XX wieku zmienił nazwisko z Caroselli na Carell. Zupełnie inną historię ma natomiast rodzina matki aktora.
Matka Steve'a Carella, Harriet Theresa Koch, urodziła się w rodzinie polskich emigrantów. To właśnie z jej strony rodziny pochodzą polskie korzenie aktora. Dziadkowie gwiazdora nosili charakterystyczne polskie imiona – Zygmunt i Franciszka.
Według przekazanych źródeł Steve Carell nigdy oficjalnie nie odniósł się do swojego polskiego pochodzenia. Nie wiadomo również, jak wyglądała jego relacja z polskimi przodkami. Faktem pozostaje jednak, że rodzina matki aktora wywodziła się z Polski.

Od studiów historycznych do wielkiej kariery aktorskiej
Zanim Steve Carell został jedną z największych gwiazd komedii, jego plany zawodowe wyglądały zupełnie inaczej.
W 1984 roku ukończył studia na Wydziale Historii Uniwersytetu Denison w Ohio i zamierzał rozpocząć aplikację prawniczą. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu jeszcze na etapie wypełniania dokumentów. Jak wspominał, nie potrafił odpowiedzieć na pierwsze pytanie dotyczące powodów, dla których chciał zostać prawnikiem.
Później przyznał, że choć aktorstwo od zawsze sprawiało mu ogromną radość, początkowo nie traktował go jako przyszłego zawodu. Lubił także hokej oraz śpiew w chórze. Dopiero z czasem uznał, że największą satysfakcję daje mu występowanie i opowiadanie historii.
Przełomowym momentem okazał się 1991 rok, kiedy dołączył do filii grupy teatralnej The Second City w Chicago. Tam nie tylko rozwijał swoje umiejętności, ale również prowadził zajęcia dla młodszych uczestników.
Wśród jego wychowanków znaleźli się między innymi Stephen Colbert oraz aktorka Nancy Walls. To właśnie z Nancy związał się prywatnie. Para pobrała się w 1995 roku, a później wielokrotnie współpracowała także na ekranie.
„The Office” zmieniło wszystko
Dziś trudno wyobrazić sobie serial „The Office” bez Steve'a Carella w roli Michaela Scotta. Jak wynika z przekazanych źródeł, początkowo twórcy planowali obsadzić w tej roli Paula Giamattiego, który odmówił.
Kiedy Carell postanowił wziąć udział w castingu, usłyszał od Paula Rudda, że nie jest to dobry pomysł. Mimo tych opinii aktor zachwycił twórców podczas przesłuchania.
Przed podpisaniem kontraktu pojawił się jednak problem związany z jego wcześniejszymi zobowiązaniami w innym serialu. Rola Michaela Scotta trafiła więc do Boba Odenkirka. Ostatecznie serial, w którym występował Carell, został szybko skasowany, dzięki czemu aktor mógł dołączyć do obsady „The Office”.
To właśnie ta produkcja przyniosła mu światową rozpoznawalność. Za rolę Michaela Scotta zdobył również Złoty Glob w 2005 roku dla najlepszego aktora w serialu komediowym. Według drugiego źródła był także nominowany do nagrody Emmy oraz Nagrody Akademii Filmowej.

„40-letni prawiczek” i scena, której nie trzeba było grać
Jednym z najważniejszych filmów w karierze Steve'a Carella okazał się „40-letni prawiczek”.
To właśnie ta produkcja była jego pierwszym dużym kinowym sukcesem w głównej roli. Szczególną popularność zdobyła scena depilacji klatki piersiowej woskiem.
Jak wynika z przekazanych materiałów, aktor naprawdę poddał się zabiegowi podczas realizacji filmu. Jego krzyki, przekleństwa oraz reakcje na ból nie były zaplanowane – stanowiły naturalną odpowiedź na to, co działo się na planie.
Carell wspominał później, że zabieg był wyjątkowo bolesny. Dodatkowo osoba wykonująca depilację nie miała takiego doświadczenia, jak deklarowała podczas castingu. Aktor opowiadał również, że w pewnym momencie ktoś z ekipy przerwał wykonywanie zabiegu, zanim mogło dojść do poważniejszych konsekwencji.
Za rolę w „40-letnim prawiczku” Steve Carell otrzymał także MTV Movie Awards.
Źródło: Interia, Radio Zet