WYWIADY VIVY!

Grzegorz Krychowiak: „. Zaczarowała mnie jej otwartość, życzliwość i sposób rozmowy”

„Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo”

Beata Nowicka 27 kwietnia 2020 06:24

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Grzegorzem Krychowiakiem i Celią Jaunat. Wywiad ukazał się w czerwcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Grzegorz Krychowiak i Celia Jaunat wywiad

Ona – piękna francuska modelka, jak mówi Grzegorz, kobieta perfekcyjna. On – niezwykle przystojny reprezentant Polski w piłce nożnej, jej zdaniem niepozbawiony wad. Poznali się w Bordeaux, skąd Celia pochodzi, a gdzie Grzegorz grał w miejscowym klubie. Są razem od siedmiu lat, planują ślub. Co ich zauroczyło w sobie podczas pierwszego spotkania, w jakim języku wyznają sobie miłość i jaką mają wizję rodziny, Celia i Grzegorz zdradzają Beacie Nowickiej.

Grzegorz czy Gregoire?

Celia: To zależy. Kiedy jesteśmy w towarzystwie francuskich znajomych, zawsze mówię Greg, ponieważ nikt nie jest w stanie wymówić Grzegorz. Ale w domu mówię Grzesiek, Grześ, Grzesiu – jak do małego chłopca. 

 Język Waszej miłości to…?

Celia: Francuski. Ale myślę, że Grześ byłby zachwycony, gdybym w końcu nauczyła się polskiego.

Grzegorz: Nie zawsze ma się to, czego się chce…

Celia: Na razie poznałam kilka słów, ale kiepsko mi idzie, głównie dlatego, że na co dzień naszym językiem jest francuski. Potrafię powiedzieć (Celia mówi po polsku z bardzo dobrym akcentem): dzień dobry, jestem Celia, jak się masz, chodź tu, nic…

Grzegorz: Kilka lat temu nie znała żadnego słowa, więc można powiedzieć, że zrobiła duże postępy. Przyjaciele, moi bracia, bliscy znajomi zazwyczaj mówią po angielsku, więc nie ma problemu z komunikacją. Tylko moi biedni rodzice nie mogą z nią porozmawiać. Tłumaczę im, ale… co drugie zdanie.

Wie Pani, jak brzmi po polsku: je t’aime?

Celia: Wiem! Kocham się…

Grzegorz: (ze śmiechem, po francusku, do Celii) Kocham się…! No, tak… dobrze kochać samego siebie.

Celia: A ja tak powiedziałam?! Kocham czię, Grzesiu!

Pamięta Pani te emocje, kiedy Grześ po raz pierwszy na Panią spojrzał?

Celia: Oczywiście, choć to było siedem lat temu. Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo. Mieszkałam wtedy w Bordeaux, moim rodzinnym mieście, studiowałam zarządzanie i marketing, połowę tygodnia spędzałam na uczelni, drugą na praktykach w salonie firmy, która handlowała luksusowym wyposażeniem do łazienek. 

Grzegorz: Była asystentką menedżera, a ja klientem…

Celia: Któregoś dnia Grześ przyszedł kupić kafelki do swojego mieszkania. Kiedy go zobaczyłam, pomyślałam: O mój Boże, jaki on jest piękny! On mnie w pierwszej chwili chyba w ogóle nie zauważył, bo siedziałam za biurkiem. To był impuls, że musi mnie zobaczyć, dowiedzieć się, że istnieję! Wstałam, zaczęłam przechadzać się po salonie, udając, że zapisuję jakieś numery czy ceny (śmiech). I podziałało! Podszedł do mnie, powiedział po francusku: „Bonjour mademoiselle…”. Ogromnie spodobał mi się jego akcent. Uwiódł mnie tym, jak mówi. I swoim uśmiechem.

Grzegorz: (śmiech) Dużo w życiu wygrałem dzięki uśmiechowi. Wtedy chyba cały czas się uśmiechałem, bo Celia bardzo mi się spodobała. Przy pierwszym kontakcie zazwyczaj decyduje fizyczność. Nikt nie analizuje, z jakiegoś powodu podchodzisz do tej, a nie innej kobiety. Kiedy ją zobaczyłem, pomyślałem, że jest atrakcyjna i wysoka, a to było dla mnie ważne przy wyborze partnerki. Zaczarowała mnie jej otwartość, życzliwość i sposób rozmowy, bardzo zalotny. Po kilku minutach poprosiłem o numer telefonu. Zadzwoniłem na drugi dzień. 

Celia: Zaprosił mnie na kolację do restauracji, ale musiałam odmówić, ponieważ moi rodzice nie chcieli, żebym szła do restauracji z chłopakiem, którego dopiero poznałam. Oczywiście wtedy stwierdziłam dyplomatycznie, że wolę spotkać się z nim po południu na tarasie jakiejś kawiarni. 

 Podobno często wybieramy sobie mężczyzn na wzór ojca. 

Celia: To ja chyba jestem wyjątkiem, ponieważ mój tato i Grzegorz w ogóle siebie nie przypominają. Tato uwielbia mieć codzienne życie pod kontrolą: uporządkowane, przewidywalne, spokojne. A Grzesiek jest ambitny, przedsiębiorczy, tryska energią, patrzy w przyszłość, szuka nowych wyzwań, zapala się: zróbmy to, spróbujmy tamtego. Tato w takich sytuacjach mówi: „O nie, nie, nie! Nie będziemy podejmować ryzyka, przecież jest nam dobrze z tym, co mamy i gdzie jesteśmy”. 

 Nie przyznał się Pan na początku, że jest piłkarzem.

Celia: Powiedział mi, że jest studentem, tak jak ja, co mi zresztą bardzo odpowiadało. Właściwie do tej pory nie wiem, po co, może żeby mnie sprawdzić? Zapytałam, dlaczego wybrał akurat Francję, ale już nie pamiętam, co wymyślił, chyba że mamy dobre uniwersytety. Uwierzyłam mu. Po jakimś czasie wyznał, że jest młodym piłkarzem, że chce zostać zawodowcem, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Szczerze mówiąc, nawet sobie pomyślałam: ok, mnóstwo chłopaków fascynuje się piłką nożną, marzą o tym, żeby zostać wielkimi piłkarzami i nie udaje im się, więc niech sobie pogra, w końcu mu przejdzie (śmiech). Ale dość szybko zrozumiałam, że Grzegorz traktuje futbol jako sposób na życie, że to jest pasja, zawód. 

 Kiedy pojawił się po raz pierwszy w domu rodziców, miała Pani tremę?

Celia: Trochę tak, bo kiedy rodzice usłyszeli, że Grzegorz jest piłkarzem, byli – zwłaszcza tato – dość sceptycznie nastawieni. Młodzi piłkarze nie mają najlepszej reputacji, uważa się, że są szaleni, nieodpowiedzialni, lubią ostrą zabawę. We Francji regularnie wybuchają jakieś skandale z czołowymi piłkarzami w roli głównej, więc rodzicie nieco się obawiali. Myślę, że po prostu ulegli stereotypom, ale zaprosili Grzegorza do domu i postanowili mu się przyjrzeć. Zabawne, bo jak tylko Grzesia poznali, od razu go pokochali. Greg jest bardzo inteligentny, kulturalny, odpowiedzialny, spokojny. Można mu było zaufać, co bardzo ich uspokoiło. 

Grzegorz: Ja nie miałem żadnych obaw związanych z rodzicami Celii, to są fantastyczni ludzie, uwielbiam ich i myślę, że z ich strony jest podobnie.

Celia Jaunat, Grzegorz Krychowiak, Viva! czerwiec 2018
Fot. MARCIN KEMPSKI/I LIKE PHOTO

 Jakoś nie dziwi mnie, że zaczarował Pan przyszłych teściów, polskie fanki twierdzą, że ma Pan uwodzicielski wdzięk.

Celia: Ma mnóstwo wdzięku! Na początku niesamowicie mi się podobał fizycznie, myślałam: Jaki on jest wielki, cudownie zbudowany, umięśniony, silny, biła od niego męskość. Był piękny, był charyzmatyczny… Jak się ma 19 lat, to wystarczy, żeby stracić dla kogoś głowę. Był idealnym facetem dla takiej dziewczyny jak ja. 

Grzegorz: Nigdy mi nie powiedziała tylu komplementów! Tak naprawdę słyszę je pierwszy raz… (śmiech). 

Dostał Pan od pana Jaunat bezcenną radę, jak się obchodzić z jego córką?

Grzegorz: Nie. Jest to bardzo życzliwy i spokojny człowiek, nie było żadnych rad ani wytycznych. 

 Szybko zamieszkaliście razem?

Grzegorz: Po dwóch latach. Postanowiliśmy, że Celia musi skończyć studia w Bordeaux, ja wtedy grałem w Stades Reims, potem w FC Nantes, więc widywaliśmy się tylko w weekendy, głównie ona do mnie przyjeżdżała. Kiedy obroniła dyplom, stwierdziliśmy, że już nie ma powodu, żebyśmy mieszkali osobno, i Celia przeprowadziła się do mnie. 

Miał Pan 16 lat, kiedy trafił do akademii francuskiego klubu Girondins de Bordeaux. Z Mrzeżyna nad Bałtykiem do Bordeaux daleka droga, w sensie symbolicznym i dosłownym. 

Grzegorz: Kiedy przyjechałem do Francji i zobaczyłem, jakie mam tam warunki rozwoju, zrozumiałem, że nie mogę tego zmarnować. Poczułem się wybrańcem. Ale gdyby nie rodzice, dyscyplina, w której mnie wychowali, i etos pracy, który mi zaszczepili, nie wiem, czy udałoby mi się to wszystko osiągnąć. Dla rodziców zawsze ważna była edukacja, dzięki temu już jako młody chłopak, mieszkający daleko od domu, podejmując różne ważne decyzje, potrafiłem kierować się rozsądkiem. Na początku zacząłem uczyć się języka. Wtedy nie za dobrze mówiłem po angielsku, ale okazało się, że Francuzi w ogóle po angielsku nie mówią, więc nie miałem wyjścia, tylko zabrałem się ostro do pracy. Klub się mną opiekował, załatwił mi lekcje indywidualne, a potem przez kolejny rok chodziłem na zajęcia jako wolny słuchacz, żeby osłuchać się z francuskim. W efekcie skończyłem studia i zrobiłem dyplom z zarządzania klubami sportowymi. Powoli zakochiwałem się we Francji, w jej kulturze, kuchni… Wszystko było dla mnie fascynujące. 

Pani pierwsza wizyta w Polsce? 

Celia: U rodziców Grzegorza, w Mrzeżynie koło Gryfic. Kiedy przyjechałam, byłam oszołomiona pięknem tego miejsca. Cudownie, cicho, niesamowita przyroda, plaża, morze. „To tak wygląda twoja Polska?”, zapytałam Grzegorza. Śmiał się ze mnie: „No oczywiście, opowiadałem ci przecież”. Niestety, wielu Francuzów myśli stereotypami: Polska to śnieg, mróz i grube futra. A wy macie przepiękne zabytkowe miasta i cudowne plaże nad Bałtykiem. Zawsze z nim wracam do Mrzeżyna, jak chce odwiedzić rodziców. Jest szalenie dumny, że pochodzi z tej miejscowości.

Pomyślał Pan w którymś momencie, że to jest kobieta Pana życia?

Grzegorz: Kobieta życia to coś więcej niż fizyczność. Celia na początku po prostu mi się spodobała. I wciąż ogromnie mi się podoba, bo jest piękna, ale potem zaczyna liczyć się wnętrze, inteligencja, sposób patrzenia na świat. Z czasem zrozumiałem, że uwielbiam jej osobowość, pozytywne nastawienie do życia. To przyszło naturalnie, nie było przełomowego momentu. Jesteśmy razem siedem lat i takich świetnych momentów było naprawdę wiele. Uważam, że o tym, czy związek przetrwa, w 75 procentach decyduje dopasowanie charakterów. Myślę, że dobraliśmy się, pasujemy do siebie, dlatego nasz związek wciąż trwa i – wierzę w to – będzie trwał. 

Celia Jaunat, Grzegorz Krychowiak, Viva! czerwiec 2018
Fot. MARCIN KEMPSKI/I LIKE PHOTO

Kiedy jest rocznica Waszego pierwszego spotkania, pamięta Pan?

Grzegorz: Oczywiście. 25 sierpnia, pewnie pójdziemy do restauracji, żeby to uczcić. 

Celia: Grześ ma prawdziwą obsesję restauracji wyróżnionych gwiazdkami Michelina. Ma swój przewodnik Michelina, w telefonie ma swoją listę najważniejszych knajpek i po kolei je zaliczamy, a potem Greg dodaje swoje rekomendacje, dzieli się swoimi uwagami. W tej chwili jesteśmy w trakcie kończenia tej listy, jest na niej ponad 90 restauracji, a nam zostały może trzy, cztery. 

Grzegorz: Pytała pani, czy Celia jest kobietą mojego życia. Chciałbym, żeby zawsze to, że jesteśmy razem, sprawiało nam przyjemność, żebyśmy się tym cieszyli, byli szczęśliwi. Zresztą nie wyobrażam sobie dnia bez niej. Gdy ją widzę obok siebie, czuję ogromną radość – to jest dla mnie najważniejsze. 

Celia: Kiedy się poznaliśmy, miałam 19 lat, byłam młodziutka, Grześ miał 21, ledwo przestaliśmy być nastolatkami i to było cudowne. Weszliśmy razem w dorosłe życie, to bezcenne doświadczenie mocno nas ze sobą związało. Razem się zmienialiśmy. On był młodziutkim piłkarzem, który marzył o wielkiej karierze. I to marzenie się spełniło, a ja byłam tego świadkiem. Towarzyszę mu od samego początku – byłam przy jego największych sukcesach, transferach do świetnych klubów. Widziałam jego triumf na stadionie w Warszawie. 

 Ale podobno futbol Pani nie interesuje?

Celia: Futbol jest ważną częścią mojego życia, ale nie przepadam szczególnie za piłką nożną, nie pasjonuje mnie to. Nie oglądam meczów, nie śledzę na bieżąco, co dzieje się w branży, nie znam nawet jego kolegów z klubu. Czasami Greg coś mi opowiada: „Wiesz, Marco to, Neymar tamto…”. A ja na to: „Ale kto to jest?”. „No nie wierzę! Żartujesz chyba! Przecież to mój kolega z drużyny, gram z nim…”.

Gniewa się?

Celia: Nie. Wręcz przeciwnie. Przyzwyczaił się. Futbol jest szalenie zaborczy, wszyscy bez przerwy rozmawiają z nim o piłce: trener, koledzy z drużyny, bracia, agenci, fani, kibice, rodzina, dziennikarze… To się nie kończy. Kiedy wraca do domu, to fakt, że ja z nim rozmawiam o wszystkim innym, tylko nie o piłce, że nie znam imion jego kolegów ani nawet trenera, w jakimś sensie go odpręża. Przy mnie choć przez chwilę może przebywać w innym świecie. 

Grzegorz: Dlatego nie jestem fanem rozmów z Celią o piłce. Celia ma swój charakter, ma swoje zdanie. Broni go i za to mam dla niej szacunek.

 Ale futbol bywa okrutny. Wspiera Pana, kiedy ma Pan problemy?

Grzegorz: Wspiera mnie, ale staram się nie zaprzątać jej głowy piłką nożną. Staram się radzić sobie z tym sam, czasami rozmawiam z nią na temat piłki, ale naprawdę robię to bardzo rzadko. Jestem indywidualistą, dość zamkniętym w sobie. Problemy rozwiązuję sam, to jest u nas rodzinne, mam to po ojcu.

Celia: Czasami po ciężkim meczu w domu też bywa ciężko, ale to mija. Kiedy widzę, że jest zdenerwowany, że nie chce w ogóle rozmawiać, zostawiam go samemu sobie, niczego nie wyciągam od niego na siłę. Grzegorz ma bardzo rygorystyczny zawód, sam jest przy tym ambitny i wymagający, więc pojawiają się trudne chwile, ale z drugiej strony kariera piłkarza jest tak krótka, że warto się poświęcić. Uważam to za naturalne. U nas w domu Grześ jest jak król. 

Który mecz pozostanie dla Pani szczególny?

Celia: Jego pierwszy finał Ligi Europy na Stadionie Narodowym w Warszawie w 2015 roku. Sevilla, jego drużyna, przegrywała z Dnipro 0:1, Greg strzelił pięknego gola, doprowadził do remisu, po którym Sevilla poszła za ciosem i wygrała. To był mecz jego życia: był u siebie, strzelił gola, wygrali… Czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Był w euforii.

W jakimś sensie to futbol układa scenariusz Waszego życia, tego, ile czasu spędzacie razem, gdzie mieszkacie. 

Celia: To prawda. Jego sezon w Birmingham skończył się. Grzegorz należy wciąż do klubu PSG i nie wiemy, gdzie nas los poniesie. Za chwilę Mistrzostwa Świata w Rosji, więc czekamy. Co roku jest to samo, czekamy na telefon agenta, na propozycje. Przed Paryżem była Sevilla, spędziliśmy tam prawie dwa lata. Często to klub nam pomaga urządzić się w nowym miejscu, bo nie znamy środowiska, kultury, języka. W Sevilli to ja znalazłam w internecie nasz dom, bo nie podobała nam się żadna z propozycji. Ale kiedy wynajmujemy, raczej nie angażujemy się specjalnie w zmiany wystroju, mamy cały czas poczucie, że to jest tymczasowe. Naszym prawdziwym domem jest apartament w centrum Paryża. Tu jesteśmy u siebie. Przez półtora roku robiliśmy remont, każdy detal jest przemyślany, dekoracje wspólnie wybrane, włożyliśmy serce w urządzenie tego mieszkania, to nasze dziecko. Na dodatek Roman Polański jest naszym sąsiadem!

Celia Jaunat, Grzegorz Krychowiak, Viva! czerwiec 2018
Fot. MARCIN KEMPSKI/I LIKE PHOTO

 Kiedy jesteście razem, jak wygląda Wasz dzień?

Celia: Rytm jest narzucony przez pracę Grzegorza, a on albo trenuje, albo gra, ale przyzwyczailiśmy się. Wstaję koło ósmej, kładziemy się bardzo wcześnie, koło 22 jesteśmy w łóżkach, oglądamy jakiś serial na komputerze, czytamy, o 23 śpimy. Rano Grzegorz idzie na trening, zostaję sama, więc też zaczynam dzień od sportu, co mi zajmuje około dwóch godzin, potem jem lunch. Grzegorz często je w klubie. Gotuję i robię zakupy, dwa razy w tygodniu idę na targ. Bardzo mu na tym zależy, lubi, kiedy dla nas gotuję. Jemy dużo warzyw, trochę białego mięsa, ryby, owoce morza, często są to dania na parze. Bardzo to docenia. Wraca do domu koło 14.30, robi sjestę, bo musi być wypoczęty, w świetnej formie. 

Grzegorz: Potem jesteśmy wolni. Robimy wszystko, na co mamy ochotę. Wszędzie chodzimy na piechotę, co jest bardzo przyjemne. Paryż znam na wylot, zwiedziliśmy chyba każdy zakątek, uwielbiamy chodzić na wystawy, Paryż jest do tego idealnym miastem, cały czas dzieje się tu coś pasjonującego: wystawy fotograficzne, sztuki nowoczesnej, mody. Oglądamy wszystko – od Balenciagi przez Diora, Martin Margiela po paryski dom mody Hermès. Chodzimy do kina, na zakupy. 

 Kupowanie sobie i ukochanej osobie sprawia tę samą przyjemność?

Celia: Tak, ale jest to trochę skomplikowane, ponieważ Grzegorz jest trudny, bardzo często wymienia rzeczy, które dostaje w prezencie. Mówią, że my jesteśmy wymagające i niezdecydowane, no to on jest gorszy niż kobieta. 

Grzegorz: Nie jest to łatwe zadanie kupienie mi prezentu. Zwłaszcza jeśli chodzi o ciuchy. Może to kwestia gustu? Mam swój styl i zazwyczaj jak ktoś mi coś kupuje, wymieniam, nie potrafię tego wytłumaczyć. Rzeczy różnią się detalami, wykończeniem, ciekawym zestawieniem drobiazgów. To właśnie decyduje o tym, czy koszula albo spodnie podobają mi się, czy nie. Ale kiedy ja wybieram ubrania Celii, dziewięć na dziesięć jest trafionych. Wiem, w czym świetnie wygląda, co jej pasuje. 

Celia: Uwielbiam bawić się swoim wyglądem. Zawsze kochałam modę, ale odkąd zamieszkaliśmy w Paryżu, ta pasja się rozwinęła. W Paryżu jest mnóstwo imprez, znam sporo ludzi w tym świecie, mam wielu przyjaciół, więc mnie zapraszają. Kiedy idę na jakiś pokaz, lubię wrzucać potem zdjęcia, dzielić się moimi wrażeniami, emocjami. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że popularność mojego Instagramu, moja popularność wynika z faktu, że jestem z Grzegorzem. Ludzie interesują się moim życiem, ponieważ on jest postacią publiczną. Więc wielka ilość followersów nie ma dla mnie aż tak dużego znaczenia, lepsza jest jakość niż ilość. 

Na ile klub ubezpieczył Pana nogi?

Grzegorz: Zaskoczyła mnie pani… Nie mam pojęcia. 

Celia ma jedne z najpiękniejszych nóg wśród WAGs świata. Ubezpieczył je Pan?

Grzegorz: (śmiech) Nie pomyślałem o tym.

Celia: A powinien! Jestem rozczarowana (śmiech). 

Czuje w nim Pani słowiańską duszę.

Celia: Tak. I widzę różnicę mentalności, ponieważ Grzesiek jest bardzo związany emocjonalnie, uczuciowo ze swoją rodziną i ze swoim krajem. My we Francji jesteśmy bardziej egoistyczni, skupieni na sobie, kiedy dorastamy, nasze związki z rodzicami bardzo się rozluźniają. Każdy prowadzi swoje życie. Nie deklarujemy też takiej miłości do własnego kraju. Nie wiem, czy wszyscy Polacy tacy są, ale Grzegorz na pewno. Rodzina jest dla niego najważniejsza. I jest tak dumny z tego, że jest Polakiem. Widziałam wielu piłkarzy, którzy, jak tylko mieli możliwość, od razu przyjmowali drugie obywatelstwo. Francuz by się nie zawahał, jeśli tylko miałby z tego jakieś korzyści. Grzegorz – nigdy. Nie potrafiłabym nawet wyobrazić go sobie w takiej sytuacji. „Jestem Polakiem i zostanę Polakiem aż do śmierci” – to cały Grzegorz. 

Grzegorz: Nie przyjąłbym francuskiego obywatelstwa, ale to mi nie przeszkadza żyć we Francji, z Francuzką i uważać Paryża za najpiękniejsze miasto na świecie. Tu mamy swoje ulubione mieszkanie. A rodzina? Jest dla mnie ważna, wyjechałem z domu bardzo wcześnie, ale bliskość rodziców, braci jest mi potrzebna, jestem do nich ogromnie przywiązany. Rodziny się nie wybiera, ma się ją na całe życie, trzeba o nią bardzo dbać. 

Jest Pan hojny?

Grzegorz: Staram się. 

Celia: Jest niesamowicie hojny. Mam szczęście.

Grzegorz: Lubię zaskakiwać bliskich. Celia woli się zapytać i mieć pewność, że ta rzecz, którą wybrała, naprawdę sprawi mi przyjemność. Ja wręcz przeciwnie, uwielbiam sprawiać niespodzianki i widzieć ten błysk w oku z zaskoczenia, tę iskrę radości. 

Celia: Ma mnóstwo pomysłów i ja mu się poddaję, wiem, że zawsze znajdzie wspaniałe miejsce, cudowne zakątki, mam do niego zaufanie. Ciągle mi robi niespodzianki – od malutkich po wielkie.

Grzegorz: Niedawno właśnie moi rodzice do ostatniego momentu nie wiedzieli, gdzie z nami pojadą, i to im sprawiło ogromną przyjemność. Na Mauritiusie poczuli się jak w raju. 

„Królestwo ananasów” – tak na swoim Instagramie Celia podpisała słynne już zdjęcie z Waszych wakacji.

Celia: Na Mauritiusie ananasy są wszędzie, w całym hotelu, oni mają obsesję na punkcie ananasów, to się samo narzucało. Miałam na sobie spodnie, wzięłam te ananasy i mówię do Grzegorza: „Patrz”, a on pstryknął zdjęcie. To był żart, zabawa, nie ma sensu doszukiwać się w tym czegokolwiek innego. 

Grzegorz: Przede wszystkim jest dowcipne, zmysłowe, kobiece. 

Lubi Pan fotografować Celię?

Grzegorz: Lubię. Czasem nawet się kłócimy, bo ona zazwyczaj próbuje mi narzucić, że trzeba coś zrobić tak czy tak. A kiedy ja robię zdjęcia, to chcę je zrobić po swojemu. Czasem powstaje mały konflikt. 

 Kłócicie się o inne sprawy?

Grzegorz: Pewnie, że tak, ale są to kłótnie o głupoty, drobiazgi. O wszystko i nic. Potem łapiemy się za głowę, że pokłóciliśmy się z powodu takiej błahostki, ale uważam, że to jest zdrowe i normalne.

Powiedziała Pani: „Grześ ciągle robi mi niespodzianki – od malutkich po wielkie”. Ta największa?

Celia: Oświadczył mi się rok temu, na Bora-Bora. Byliśmy na wakacjach, zarezerwował malutką wysepkę, gdzie specjalnie dla nas przygotowano kolację, byliśmy tylko we dwoje. Było bardzo romantycznie, wszędzie rozsypane płatki róż, a ja niczego się nie domyślałam (śmiech). Pod koniec kolacji uklęknął na jedno kolano, wyjął pierścionek z brylantem i oświadczył się. Od tego momentu czekam…

Grzegorz: W życiu trzeba nauczyć się cierpliwości. 

Celia: Nie zrozumiał, że jak już się oświadczył, to teraz trzeba przejść do konkretów. 

Grzegorz: Jest takie przysłowie po francusku: „Im dłużej się na coś czeka, tym bardziej się tego pragnie”. 

Celia: Ale co ty opowiadasz?! Nic takiego nie istnieje… Wymyśliłeś to na poczekaniu, bo jest ci na rękę.

To kiedy? 

Grzegorz: Przyszłość pokaże. Powtórzmy to pytanie po Mistrzostwach. Teraz albo… za cztery lata (śmiech). 

Celia: Najgorsza odpowiedź. 

Marek Grechuta śpiewał kiedyś: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”. Mam wrażenie, że to, co Was łączy, to jest i miłość, i przyjaźń. Tego nie da się udawać. 

Celia: Rozmawialiśmy o tym na początku, po prostu razem dorastaliśmy. Mamy wspaniałe wspomnienia, świetnie się znamy. Znamy swoje zalety i… wady.

Grzegorz: Ja mam wady? Pierwszy raz o tym słyszę!

 Największa wada Grzegorza?

Celia: Pytanie pułapka…! Jego wadą jest to, że jest trochę nadaktywny. Nieustannie musi coś robić, nie usiedzi bezczynnie, nie potrafi odpoczywać. 

Grzegorz: Proszę mi zadać to samo pytanie.

Celia: O la, la, teraz mi się zrewanżuje…

Największa wada Celii?

Grzegorz: To kobieta perfekcyjna. Nie ma wad.

Celia: I wyszło na to, że ja jestem ta zła, a on ten dobry. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.